| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
statystyka

Bzdury straszne

wtorek, 24 grudnia 2013

Kiedyś znałem ich wszystkich. Kubę, co zawsze był bardziej śmieszny niż zabawny, ale lubiliśmy go, bo dobrze jest mieć w paczce śmiesznego, małego Kubę, który miał fajki, sympatię starszych dziewcząt i często pustą chatę. Martę z dobrego domu, zaangażowaną we wszystko co miało w sobie choć trochę gotyckiego mroku - od satanistycznych mszy organizowanych przez przygłupich metali w lasku pod osiedlem, poprzez poezję Poego i muzykę Artrosis, a na bieganiu nago w noc przesilenia kończąc. Gosię, tę szaloną, czasem nawet popieprzoną, która zawsze wpadała na dziwaczne pomysły i, z pełną determinacją, dążyła, by je zrealizować, obojętne czy po drodze musiała przekupić szkolnego ciecia, poczęstować wódką panią od chemii, beznadziejną alkoholiczkę, czy nawrzucać dresiarzowi z 4b, przypominając mu, że jego matka się puszcza, a ojciec siedzi za rozbój i na pewno kapuje. Karalucha, kolesia o najoryginalniejszej ksywie w szkole, wziętej najpewniej z jakiejś głupiej kreskówki, kojarzonego jednak nie dzięki obrzydliwemu mianu, ale dzięki uroczo-żałosnej akcji odstawionej podczas szkolnych jasełek, gdy nawalony, ledwie na nogach stojący, wyznał na środku sali do wuefu miłość Kasi z 2b, na co ona go wyśmiała i odrzuciła, nie tylko łamiąc mu serce, ale i niszcząc najbliższe dwa lata życia i skazując na miano "Karalucha, co się ośmieszył na jasełkach". I oczywiście, kurwa, jakże by inaczej, Marysię, największy talent drugiego liceum ogólnokształcącego w Olsztynie, wielką nadzieję wschodniej Polski na jakikolwiek sukces w europejskich programach wyrównywania szans, wysyłaną na olimpiady do Warszawy i darmowe turnusy wakacyjne w Zakopanem, mózgowca z biologii, który w przerwach pomiędzy zdobywaniem nagród na międzyszkolnych konkursach doprowadzał się na naszych imprezach do takiego stanu, że nie potrafił już nie tylko stać, ale i siedzieć, potrafił za to, półleżąc i wymiotując, zdjąć stanik jedną ręką, recytując jednocześnie wszystkie elementy układu nerwowego człowieka.

Kiedyś znałem ich wszystkich i byłem tak fajny jak oni. Razem chodziliśmy za garaże, gdzie paliliśmy pety, wciągaliśmy marychę i szprycowaliśmy się klejem, a przynajmniej tak to sobie wyobrażali rodzice i nauczyciele - naprawdę przecież po prostu rzucaliśmy plecaki na asfalt, siadaliśmy na nich po turecku i rozmawialiśmy o klasówkach, pracy domowej i Quake2, modląc się, by nie było nalotu na palaczy i by pani od polskiego nie sprawdzała obecności. Imprezując razem, opróżnialiśmy te wszystkie dziwne butelki podprowadzone z barków rodziców i udawaliśmy, że 80-procentowy rum przywieziony z delegacji nie robi na nas żadnego wrażenia. Tylko po to, by później razem rzygać, przyklejeni do jednego kibla, półprzytomni, zasmarkani, przerażeni tym, co z nas wylatywało, przekonani, że to już naprawdę ostatni melanż, po którym zaczniemy się uczyć i przepełnieni nadzieją, że jednak ktoś, najprawdopodobniej Karaluch, pozostał trzeźwy i trzyma nasze włosy - nie tylko dziewcząt, ale i chłopców, bo przecież to wszystko się działo w cholernych latach 90., kiedyśmy jeszcze kochali grunge i Kurta Cobaina i, miłością tą zwiedzeni, zapuszczaliśmy te androgeniczne fryzury w oczekiwaniu na chwilę prawdy i jakiś piękny, złoty strzał, który skończy nasze cierpienia (a tylko ktoś, kto klęczał kiedyś nad kiblem martwiąc się o włosy, może wiedzieć, jak wielkie były cierpienia bogatych dzieciaków z niższej klasy średniej) i zapisze nasze smutne życia na kartach historii lub chociażby Gazety Olsztyńskiej.

Kiedyś znałem ich wszystkich, bo byli dla mnie jak bracia i siostry, jak palce u dłoni, albo u stóp, to zależy na jaki temat masz fetysz. Kiedyś ich znałem i byłem gotów za nich wszystkich oddać nie tylko rękę, ale i płuco, nerkę, a nawet tę zajebistą koszulkę Nirvany, którą ojciec Leszka (czy Lecha, nie pamiętam nigdy jak on miał na imię, a ostatnio dowiedziałem się, że to są dwa różne imiona i od tej pory nie wiem, jak nazywać przyjaciela z dzieciństwa) przywiózł mu kiedyś z RFN wraz z bluzą-kangurką do kompletu, a którą oddał mi na jakiejś grubszej imprezie bodajże w Luzaku, bełkocząc przez łzy, że skoro już stracił bluzę i serce, to na chuj mu koszulka, i żebym ją przyjął bo to jest najcenniejsza rzecz, jaką posiada, a ja jestem najpiękniejszym człowiekiem jakiego zna.

A dzisiaj siedzę, w wigilię wigilii, w Baltazarze, barze tak chujowym, jak jego nazwa, zimnym, pustym i pozbawionym jakiegokolwiek charakteru, wypełnionym rekwizytami nawet nie z innej epoki, ale z innego świata - świata pełnego ciężkich, bordowych zasłon; martwych plastikowych roślin w kolorze psiego gówna; prawdziwych, wielkich poroży, przywiezionymi z jakiegoś polowania z prezydentem; wielkich, ciężkich ław z oszukanego drewna; i potężnych, kurwa, zaprawdę potężnych, barokowych żyrandoli dających przyćmione, żółto-brązowe światło, które, w zamierzeniach domorosłych projektantów wnętrz urządzających tę żałosną ruderę, miało najpewniej zapewniać intymność, ale sprawia jedynie, iż wszyscy wciąż mrużą oczy, próbując dostrzec, do kogo właściwie mówią, upewnić się, że sięgają po swoje piwo i potwierdzić, czy na pewno siedzą przy dobrym stoliku. Siedzę z tymi ludźmi, Kubą, Martą, Gosią, Karaluchem i Marysią, zwabiony enigmatycznym esemesem z ostatniej chwili, który przecież mogłem zignorować, przecież wiedziałem, ja to się skończy, i zastanawiam się, co ja tu robię, dlaczego nie jestem w domu i nie gram w asasina czwórkę. Chociaż nie, nie będę kłamał, wcale nie myślę o tym cholernym asasinie, tak naprawdę zastanawiam się, w którym momencie popełniłem błąd, gdzie źle skręciłem, że siedzę i udaję, że myślę o asasinie, a oni opowiadają o swoich życiach i są to życia, których im tak cholernie zazdroszczę, że aż mnie to fizycznie boli. Życia pełne międzynarodowych korporacji, które dobrze płacą, życia pełne stanowisk, na które rekrutują headhunterzy, życia, w których trzypokojowe mieszkania w Warszawie kupuje się za gotówkę, wakacje spędza na Filipinach, a na pytanie "co u ciebie" odpowiada "spoko, robię kasę i jeżdżę po świecie". Nie chodzi nawet o to, że czuję się przy nich biedny, choć oczywiście się czuję, ale o to, że nigdy nie byłem tak pewien siebie, jak oni są pewni siebie, gdy tłumaczą mi fuzję, którą właśnie nadzorują, dodając na marginesie, że tak w zasadzie to zajmują się głównie przesuwaniem kapitału z jednego konta na drugie i obserwowaniem jak im rośnie.

Rozumiecie? To są ludzie, dla których kapitał nie jest abstrakcyjnym pojęciem politycznym, ale zwykłym określeniem na w chuj dużo kasy, najprawdopodobniej wystarczająco wielkiej, by mnie nią, po spieniężeniu, obrzucić, przysypać i udusić.

I kiedy pytają mnie, co u mnie zastanawiam się, jak zestawić te Filipiny z przeprowadzką do falowca, jak odpowiedzieć człowiekowi nadzorującemu fuzje i restrukturyzacje, życie człowieka, któremu fuzja i restrukturyzacja najprawdopodobniej zaraz pożre posadę, a który do tej pory cieszył się, że przynajmniej odłożył tyle, by stać go było na dwa miesiące szukania roboty nim wyląduje na zmywaku w fast foodzie. Jak chwalić się niedokończonym doktoratem, na uczelni, która nigdy nie dała mi nawet złotówki, przyjaciółce, która zdobywa granty w Berlinie, mądrzejszej i sensowniejszej (i, kurwa, piękniejszej) niż wszystko, co ja kiedykolwiek mógłbym napisać. Jak wpierdolić się ze swoją olsztyńską codziennością pomiędzy ich wyjazdy, projekty i mitingi. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że przepełnia mnie zawiść, bo zajebiście się cieszę, że Karaluch chodzi z modelką i w końcu możemy się śmiać z tego licealnego epizodu bez okrucieństwa, ale o to, jak to się stało, że stałem się taki powszechny, pospolity. Kiedy ludzie z tego samego podwórka, z tej samej szkoły, zza tych samych garaży zmienili się w tych, co zdobywają dzisiaj Polskę i europejskie dotacje i nie narzekają na umowy śmieciowe, Donalda Tuska, ceny biletów ulgowych w PKP i kolejki do laryngologa przyjmującego na NFZ?

Więc na pytanie, co u mnie, odpowiadam, że świetnie, że schudłem 35 kilo w ciągu roku. Bo moje chudnięcie, to jedyne osiągnięcie, jakim mogę się pochwalić, a które oni zrozumieją i docenią. To wyrażenie w ich języku, w narzeczu architektów, copywriterów, marketingowców, finansistów, prawników i lekarzy, którzy chcą być na czasie, dbają o siebie i realizują marzenia - swoje i innych. Rozumiemy to moje chudnięcie oczywiście inaczej, oni przeliczają kilogramy i kalorie na życie fit i w modzie, na wizyty na siłowni i filmiki z Chodakowską, ja przypominam sobie tego żałosnego, tłustego dupka, którym byłem rok temu, wizytę u psychologa na NFZ i decyzję, że nigdy więcej, nigdy, kurwa, więcej nie odwiedzę żadnego pana od głowy, że sam wezmę się za siebie i niech on spierdala z tym swoim Freudem dla przygłupów. I przez moment autentycznie wzbudzam w nich zainteresowanie, czuję jakąś jedność z ludźmi siedzącymi przy tym samym, brudnym, pogrążonym w mroku stoliku, z którymi spędziłem najlepsze lata mojego życia, a których dziś już w zasadzie nawet nie wiem o co pytać. Odpowiadam na kilka gratulacji, tłumaczę, że ćwiczę, streszczam swoją dietę i przez krótką chwilę znów, tak jak w czasach liceum, na sylwestrze u Adama, kiedy się rozebrałem i robiłem fiutem helikopter, jestem gwiazdą imprezy, ale tylko do czasu, aż wróci temat wyjazdu do Japonii, a ja znów się wyłączę i zacznę myśleć o asasinie - jedynej opcji, bym zobaczył jakiś kawałek świata wart zobaczenia...

 

czwartek, 03 października 2013

Tom Clancy był świetnym pisarzem, którego powieści doczekały się udanych ekranizacji. Dla mnie był jednak przede wszystkim współautorem wciągających gier akcji, w tym zwłaszcza cyklu "Rainbow Six" i "Ghost Recon" (Wiki mówi, iż serię "Splinter Cell" Clancy jedynie "wspierał", a nie współtworzył). Wymagające, militarystyczne skradanki to nigdy nie była moja bajka, ale przeszedłem co najmniej trzy "Rainbow Sixy" (w tym dwa Vegas) i tyleż samo "Spliner Cellów", więc jakoś tam się poczułem dotknięty.

Jego śmierć jest, oczywiście, bolesną stratą - zarówno dla rodziny, jak i tysięcy fanów jego twórczości. I dlatego będę pisał miłymi słowami. Bo nie jest moim celem jebanie człowieka tuż po jego śmierci. Nie uważam zresztą, iż Clancy'ego jakoś specjalnie jebać trzeba. Robił to samo, co całe zastępy twórców, jemu jeno lepiej wychodziło. Dziwie się jednak, że nikt w gierkowie nie mówi o tym, iż Clancy był naprawdę ważny dla tego przemysłu (a przynajmniej nikt w tej jego części, którą czytam i współtworzę). I nie zawsze czynił dobro (przynajmniej w moim odczuciu).

Wspominając twórczość autora "Polowania na Czerwony Października" warto pamiętać, iż był on w dużym stopniu odpowiedzialny za militaryzację i upolitycznienie gier wideo - proces, który doprowadził do obecnej dominacji brutalnych, współczesnych shooterów propagujących amerykański interwencjonizm. To przecież sukces pierwszego "Rainbow Six" stworzył gatunek skradanko-strzelanek, w których każde trafienie mogło się kończyć śmiercią (pamiętam jakie to było odkrywcze w latach 90.!), a aluzje polityczne wybuchają ci w twarz częściej niż granaty.

Gry sygnowane nazwiskiem Clancy'ego pełne są nowoczesnego, a co najważniejsze, prawdziwego uzbrojenia (o tym jak gry wideo wspierają przemysł zbrojeniowy świetny artykuł napisał Simon Parkin z Eurogamer.net) wykorzystywanego przez dzielnych żołnierzy - białych, rosłych, konserwatywnych patriotów, broniących amerykańskiego stylu życia przed najróżniejszymi zagrożeniami. Najczęściej poza granicami Stanów Zjednoczonych.

Nadużywanie dronów; torturowanie ludzi w "dobrej sprawie"; ignorowanie demokratycznych mechanizmów kontroli nad wojskiem; nielegalne operacje na terenie obcego państwa; wszechwładne organizacje terrorystyczne, nie kierujące się żadną ideologią; a przede wszystkim gadżeciarski kult broni, kupowanej w specjalnych sklepikach, rozbudowywanej, pięknej, szczękającej i błyszczącej - o tym są gry apostrofowe (Wiki mówi, że fani tak nazywają twórczość promowaną nazwiskiem pisarza, ale nie pisaną przez niego - w przypadku gier będzie to zdecydowana większość produkcji). Jeżeli wywalić czysty gameplay wyjdzie nam, iż czasami Clancy gra resentymentami zimnowojennymi (Ghost Recon), zdarzało mu się jednak kreować i maniakalnych ekoterrorystów, szykujących ogólnoświatowe ludobójstwo, by "oddać ziemię matce naturze" (Rainbow Six).

Ten tekst, to nie jest to z mojej strony żadna uszczypliwość. Clancy nigdy nie wstydził się swoich poglądów i chętnie o nich mówił (i dobrze! dużo bardziej wolę takie podejście, niż zboczeńców co to niby "nie interesują się polityką", a cichaczem przemycają swój przekaz). Bez zahamowań propagował je też w swojej twórczości. Szło mu to tak dobrze, że powieść "Polowanie na Czerwony Październik", kupiona przez wydawnictwo za ledwie 5 tysięcy dolarów i nie zapowiadająca się na nic wielkiego, odniosła spektakularny sukces, gdyż polecił ją Ronald Reagan, ówczesny prezydent USA. W podzięce Clancy zadedykował mu w 1996 roku powieść "Dekret". Inne swoje dzieła pisarz dedykował (jak podaje Wiki, bo niestety nie udało mi się znaleźć żadnej kompletnej listy) "wpływowym konserwatywnym politykom".

Autor "Czasu patriotów" od 1978 roku należał też do National Rifle Association - potężnej amerykańskiej organizacji propagującej nieograniczony dostęp do broni, która nie ma żadnych zahamowań, by zrzucać na gry winę za krwawe masakry w amerykańskich szkołach. I na koniec ciekawostka: po zamachach na World Trade Center Clancy kilkakrotnie był gościem amerykańskich mediów (w jednej ze swoich powieści opisywał podobny zamach), w przynajmniej jednym występie winą za tragedię obarczał amerykańską lewicę mającą "czepiać się CIA".

 

PS Swoją drogą szkoda, że Clancy nie pracował już przy "Splinter Cellach", bo fabuła "Blacklist" to smutny żart.

piątek, 12 kwietnia 2013

Miałem w tym tygodniu seks. Skończyłem "Bioshocka". Obejrzałem "Spring Breakers". Przeczytałem "Nakręcaną dziewczynę" (notka w drodze). Byłem dwa razy na basenie. Borussia i Barca wygrały swoje mecze. Kalisza wyjebali z SLD. Pożegnaliśmy Wiedźmę. Ted wrócił z cholernego Iranu nieuszkodzony. Nie upiłem się. Nie jebnąłem focha. Po czterech miesiącach embarga pozwoliłem sobie w końcu na KFC i nawet udało mi się nie przekroczyć limitu kalorii. Temperatura jest na plusie. A dziś, ledwie zacząłem narzekać na deszcz, potknąłem się o 20 złotych - najwyższą sumę jaką kiedykolwiek znalazłem (serio).

Chyba jestem szczęśliwy. To dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Jaka jest procedura w takich okolicznościach? Pomocy Internecie…

Schopenhauer jest rozczarowany

środa, 09 maja 2012

I

"Ludzie z Korto w okresie przedkrzyżackim wiedli życie raczej spokojne, nie będąc przez długi czas przez nikogo niepokojeni". Ale w XIII wieku przyszli Krzyżacy, niosąc europejską mądrość i chrześcijańskie miłosierdzie. Najprawdopodobniej podzielili się nimi z ówczesnymi Prusami z osady Korto nim wycięli wszystkich w pień - mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Porąbane ciała "zamiast w kurhanach, takich, jakie otwarto chociażby zaraz niedaleko, na zachodnim brzegu jeziora, spoczęły wprost w jamie grobu szkieletowego, zgodnie z praktyką chrześcijańską".

1

Najstarsze wspomnienie z Kortowa mam z wizyty papieża w Olsztynie 5 czerwca 1991 roku. Choć byłem wtedy tak mały, że wszystko może mi się mylić, to jestem niemal pewien, że szliśmy z Pieczewa, przez Jaroty i Kortowo (słynna pętla 15) na skrzyżowanie Sielskiej z Warszawską. W tłumie gapiów wyglądaliśmy Papa Mobile, a gdy wreszcie zobaczyłem o co chodzi byłem zdziebko rozczarowany - starszy pan na biało pozdrawiał nas machaniem i jechał dalej. Było upalnie, tłoczno i duszno, ale gdzieś tam pewnie spłynęła na mnie chrześcijańska łaska.

II

8 maja 1940 roku 23-letnia dziewczyna postanowiła wykąpać się nago w jeziorze. Oczywista oznaka szaleństwa. Zatrzymana przez policję, została uznana za niepoczytalną i w końcu zesłana do Zakładu dla Umysłowo Chorych i Lazaretu Rezerwowego w Kortau. "Słynącego z rozpoznawania nawet najoporniejszych przypadków". Uczynni niemieccy lekarze wysterylizowali ją, wygłodzili (dziennie wydawano na pacjenta 1,6 marki, podczas gdy głodowa racja w niemieckich szpitalach kosztowała 2,5 marki), naszprycowali lekami, a następnie zdiagnozowali. Schizofrenię. Choroba była oczywista po tym, jak pacjentka stwierdziła iż szpitalny "chleb smakuje jak kamień, a masło jak mydło". Nie wiadomo, czy do leczenia użyto wyprodukowanej przez Siemens maszynki do elektrowstrząsów, ale zakład Kortau miał taką na stanie.

25 czerwca 1941 postanowiono wyleczyć ją definitywnie i w ramach akcji T-4 przeniesiono w głąb kraju. Przed nią z Kortau "przeniesiono" do innych szpitali w III Rzeszy około 900 pacjentów - wszystkich poddano przymusowej eutanazji. Lubiąca kąpać się nago dziewczyna miała niesłychane szczęście. Lekarze z Zschadrass postanowili jej nie gazować, gdy okazało się, że nie wiedzą, na co miałaby chorować.

24 września 1941 skołowani doktorzy z Kortau wypuścili dziewczynę mimo, iż oficjalnie wciąż cierpiała na schizofrenię. "Należy przypuszczać, że udało jej się ujść z życiem".

2

Podstawówkę kończyliśmy wielkim balem. Kortowska stołówka pękała w szwach, 14-latki tańczyły, jadły i darły mordy. Co chwilę wymykaliśmy się na zewnątrz, by, w ciemności kortowskiej nocy, jarać szlugi. Nauczyciele oczywiście o wszystkim wiedzieli, ale mieli to gdzieś - przecież kończyliśmy już szkołę. Gdy impreza się rozkręcała rozzuchwaliliśmy się na tyle, że zaczęliśmy pić wódkę pod stołami. Zsuwaliśmy się na ziemię w naszych małych garniturach i odświętnych sukienkach i, osłonięci obrusami, pociągaliśmy z ćwiartek ciepłą wódę bez zapojki. Wszystko było tak oczywiste, że aż śmieszne. Powiedziała mi to zresztą pani od chemii, którą, w przypływie pijackiej odwagi, poprosiłem do tańca.

III

6 czerwca 1955 roku przystąpiono do wydobywania ciał z odkrytego właśnie zbiorowego grobu w okolicach kortowskiej stołówki. Było ciepło, a całkowitemu rozkładowi uległy tylko najwyżej położone ciała - te pod nimi wciąż pokrywały ochłapy mięsa, więc w okolicy śmierdziało niemiłosiernie. By znaleźć chętnych do kopania władze Olsztyna obiecały nagrody - 80 złotych za każdą czaszkę i uczciwy przydział spirytusu.

Wykopano 227 ciał - "mężczyzn, kobiet, a według jednego z obserwatorów i treści zachowanego zapisku, również dzieci". By uczcić pamięć ich, i jeszcze kilku setek wykopanych na Kortowie trupów, postawiono w Olsztynie pomnik poświęcony "ofiarom terroru hitlerowskiego".

Problem w tym, że tym razem nie były to ofiary hitlerowskie, a rosyjskie. Wyzwoliciele Olsztyna zajęli Zakład dla Umysłowo Chorych i Lazaret Rezerwowy w Kortau w nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku. Jego załogę, a także nieewakuowanych pacjentów (ewakuowanych zabili hitlerowcy) wymordowali w akcie "spontanicznej zemsty". Pewną grupę jeńców utrzymywali przy życiu i zmuszali do kopania grobów dla martwych kolegów. Następnie ich także zabili. Masakrę przeżył jeden człowiek - ukryty w stolarni anonimowy pracownik szpitala, który dał świadectwo.

3

Mam 20 lat, jest wiosna, trwa Kortowiada. Po raz pierwszy w życiu ściąłem włosy na krótko. Z ogoloną czaszką, tonami nadwagi i nieschodzącym z twarzy uśmiechem, wyglądam jak tybetański nazista gotowy do miłosnego holocaustu.

Leje, ale jest ciepło. Górka kortowska spływa błotem. Wciąż się w nim przewracam. Tak jak dziewczyna, z którą jestem - uwierzcie mi, najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek widzieliście. Utaplana błotem, roześmiana, zakochana we mnie po uszy. Wtopieni w studencki tłum słuchamy chujowych koncertów, chujowych polskich kapel, zapowiadanych przez chujowych prowadzących. Otaczają nas nasi przyjaciele. Przepici, przejarani, przemoczeni, roześmiani.

Późno w nocy wydostajemy się z tłumu i idziemy nad jezioro. Tutaj, wciąż pijani, rozmawiamy kilka godzin. Niewiele jest kobiet, z którymi potrafiłem tak rozmawiać jak z tamtą. Później kochamy się na tyłach przystanku autobusowego.

To jedno z najszczęśliwszych wspomnień jakie mam.

Epilog

Roy Batty mówi:

Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy na deszczu.

Kurtyna

 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Stanisława Piechockiego "Czyściec zwany Kortau", Olsztyn 1993

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Jestem stary"

Ta myśl nie pojawia się nagle. Spodziewasz się jej od lat, w zasadzie od momentu, gdy osiągnąłeś pełnoletniość. Wiedziałeś, że w tobie rosła, niczym złośliwy guz w bolesnym miejscu, którego czułeś od dawna, ale wolałeś się oszukiwać, że się wchłonie, a teraz jest już za późno i musisz z nim żyć, choć dni jest coraz mniej. Jest głupia i pretensjonalna na tyle, byś się jej wstydził i nie wypowiadał zbyt często, ale jednocześnie na tyle prawdziwa, byś nie mógł jej tak po prostu przełknąć.

Wcale nie jesteś zaskoczony, gdy w końcu wypływa i nie daje ci spokoju. Siedzisz akurat w środku warmińskiego lasu, nad jakimś zapomnianym przez wszystkich bogów chaosu jeziorem, narajany i pijany, i starasz się sobie wytłumaczyć, dlaczego przez cale życie myślałeś, że lubisz to uczucie otumanienia, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi, zwłaszcza spaw pod tobą, mówiły, że jest ono chujowe i depresyjne, niczym seks z litości.

Twoi kumple upijają się z entuzjazmem godnym królika wpuszczonego między samice. Spuszczeni ze smyczy na jeden, krótki weekend kawalerski korzystają z każdej sekundy wolności, za chwilę będą bowiem musieli wrócić do swoich pięknych, małych światów, opiekować się dziećmi, kochać żony i myśleć o awansach. Mają po trzydzieści kilka lat, patrzą więc na ciebie - z twoim żałosnym, pustym życiem zdesperowanego kawalera - jak na bohatera jakiejś zapomnianej książeczki z dzieciństwa. Jesteś dla nich pokręconym, tłustym spełnieniem chłopięcych marzeń o dorosłej samotności, pozwalającej na szalone noce przed xboxem, przypadkowy seks, kolekcjonowanie brudnych naczyń i zamawianie jedzenia na wynos. Starasz się nadążyć za ich dialogami, ale po prostu kurwa nie ogarniasz tematów, bo wciąż wydaje ci się, że wszystko możesz zmienić, podczas gdy oni wiedzą już, że to nieprawda. Co gorsza wiedzą, że gdyby mogli, nie zmieniliby nic i walą cię tą pewnością w twarz, przypominając, że nie masz gdzie i do kogo wrócić.

I choć wiesz, że to nieprawda, to nie potrafisz o tym nie myśleć. Że masz 28 lat, pełen portfel i nudną pracę. Własne mieszkanie, uregulowane rachunki i urlop zamiast wakacji. Kumpli, którzy się żenią, rozmnażają i biorą kredyty. A później wyjeżdżają chuj wie gdzie, a gdy się widzicie, to nie opowiadają już o piciu i podrywaniu, tylko wyjmują smartfony i godzinami skrolują zdjęcia swych dzieci. Dziewczyny myślące o ciążach i przyszłości i odstawiające tabletki, bo "tak będzie lepiej", które na imprezach albo upijają się desperacko, albo (co gorsza) siedzą niezdrowo trzeźwe i wypytują o plany na przyszłość, jakby w skrytości pracowały dla jebanego GUS-u..

To typowa drama klasy średniej – wydumany strach Piotrusia Pana, przerażonego, że nadeszła dorosłość, a on nie wyjechał do Nowej Zelandii, nie poznał miłości swojego życia, nie posadził drzewa i nie zabił niedźwiedzia. Łatwo się z niej otrząsnąć, przypominając sobie Darfur, Bydgoszcz czy wąs prezydenta, ale równie łatwo spędzić cały weekend kawalerski najaranym, najebanym i zapłakanym, słuchając depresyjnej piosenki o uciekającej młodości.

O tej:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11