| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
statystyka
Kategorie: Wszystkie | Bzdury | Bzdury straszne | Lista Nienawiści | Ostatnio oglądane/czytane/słuchane | Psychopaci z google
RSS

Ostatnio oglądane/czytane/słuchane

czwartek, 14 sierpnia 2014

To jeden z tych wpisów, które zaczynają się w połowie zdania...

 

Bo przecież siedzisz w domu w czwartek (taki nibypiątek), przełożyłeś właśnie wyjazd na Warmię i zastanawiasz się jak strawić wieczór, skoro już pojeździłeś na rowerku, spaliłeś kalorie i załatwiłeś zlecenia. Powinieneś coś poczytać, pouczyć się, posiedzieć nad doktoratem, ale zamiast tego otwierasz wino ze swoją dziewczyną i odpalacie torenta na chybił trafił. Wciąż zdołowani po śmierci Philipa Seymoura Hoffmana, przeszukujecie jego filmografię i nagle zostajecie w trójkącie z "Almost Famous", filmem tak dobry, że dopijacie wino, siadasz przed lapkiem i zaczynasz pisać w drugiej osobie liczby pojedynczej, jakbyś był, nie przymierzając Michałem R. Wiśniewskim i właśnie wydał debiutancką powieść, o której Tomek Pstrągowski napisał już do Konwerskiego, że zapowiada się wybornie.

Ale cokolwiek wypływa spod palców, nie ma nic wspólnego z filmem, bo jedyne, co potrafisz napisać, to proste: "ściągnijcie, obejrzyjcie, zakochajcie się", jakbyś miał 16 lat i znów obejrzał "Boogie Nights"; jakbyś ledwo wchodził w filmoznawstwo i odkrywał teorie rytuału kinowego; jakbyś trafił na film wybitny po całej masie filmów dobrych, średnich, nijakich, słabych, prostych, prostackich, zabawnych i głupich.

Robisz więc to co zwykle - wyjmujesz z opowieści Camerona Crowe jeden wątek, ten najbliższy tobie i znęcasz się nad nim jak sadystyczny dzieciak nad bezpańskim kotem. Wątek, oczywiście, dziennikarski, bo przecież jakiś idiota (Paweł Huelle) zapłodnił cię na czwartym roku myślą, że dziennikarstwo jest cool i dzięki temu siedem lat później siedzisz w Wirtualnej Polsce, bez żadnych szans na awans i rozwój, wkurwiony na wszystkich, którzy cię zdradzili i załamany kondycją zawodu. Patrzysz na Williama Millera - 15-letniego geniusza maszyny do pisania, wyruszającego w pierwszy rajd za zespołem rockowym ze zleceniem od "Rolling Stone" - i zastanawiasz się, kiedy to, co robisz przestało przypominać twoje marzenia, a zaczęło brudną, prostą prostytucję wieszczoną w latach 80. przez Davida Simona, a uprawianą dziś, między innymi przez ciebie: wyzbytego ze snów, cynicznego, myślącego tylko o podwyżce, szansach na przekwalifikowanie i jakiejś przygodzie, najlepiej w innym, lepszym korpo, które przecież istnieje. Prawda?

Nagle budzisz się w nieistniejącym świecie zaliczek, dwóch tygodni na napisanie tekstu, opłaconych delegacji i mentorów o twarzy Philipa Seymoura Hoffmana powtarzających, iż najważniejsza jest uczciwość i brak litości - tak szczerze i prawdziwie, że zaczynasz się zastanawiać, czy jego śmierć nie nabiera jakiegoś intymnego, symbolicznego wymiaru, tylko dla ciebie, egoisty bez sumienia, wystarczająco skupionego na sobie, by interpretować cudzą śmierć pod siebie.

 

Choć wiesz, że te czasy już się skończyły i nigdy nie wrócą. Czasy, w których mogłeś ufać czytelnikom nawet nie dlatego, że ich lubiłeś, ale dlatego, że to im zależało na twoim krytycyzmie. Czasy dżentelmeńskich umów i chińskich murów. Czasy tekstów krytycznych, szczerych, wypracowanych, opłacanych. Czasy, gdy wynagradzano za słowa i warsztat, gdy ktoś sprawdzał cytaty, zatrudniano korektorów i organizowano prawdziwe kolegia redakcyjne - na których ścierały się idee, a nie tabelki Excela.

Duma każe ci tęsknić. Za niezależnym dziennikarstwem, pismakami pokroju Williama i telefonami z "Rolling Stone". Ale przeklęta lewacka wrażliwość pyta, czy naprawdę byłbyś po właściwej stronie lustra. Czy w tych wyidealizowanych latach 70. nie znalazłbyś się po drugiej stronie - niedostrzeganej, pomijanej zapomnianej. O której Pratchett napisał "Ruchome obrazki"* - której nigdy nie pozwolono odkryć własnego talentu, bo z góry przesądzono o jej losie. Nagle stajesz przed wyborem, czy twoje marne pisarstwo w kiepskim portalu nie jest więcej warte niż niemożliwy do zrealizowania sen o sławie w staroszkolnym dziennikarstwie.

Przecież jeszcze w latach 90. szansa, że ktoś odkryje chłopaka z Olsztyna i pozwoli mu prowadzić największy portal o czymkolwiek była minimalna. Prawdziwych Williamów nie było (poza tym, że był, bo "Almost Famous" to film semi-autobiograficzny), byli tylko wybrańcy u koryta - przeciętni lub utalentowani, ale zawsze dobrze urodzeni - i zastępy świetnie piszących anonimów, nie mających szans na nic więcej niż laury w powiatowym konkursie literackim, uścisk dłoni marszałka i ekskluzywne wydanie "Potopu" w prezencie.

A później film się kończy, po raz drugi, wino wciąż krąży w żyłach i jedyne, o czym myślisz to, jak przekonać kogokolwiek do obejrzenia "Almost Famous". Przeżycia tego, co ty. W jakim języku krzyczeć? Jakie słowa dobrać? Jak sformułować zdania? Jedyne w czym jesteś dobry, to język polski, więc nalewasz kolejną szklankę wina (zaśpisz na poranny pociąg do Olsztyna, to pewne, już prawie świta), siadasz do biurka i zaczynasz napierdalać w klawiaturę. To ostatni sposób, jaki znasz na przekazywanie skomplikowanych uczuć, a tylko takie w sobie znajdujesz po obejrzeniu tego majstersztyku.

 

Amen.




 

* "Wiesz, co jest największą tragedią tego świata? - Ginger wcale nie zwracała na niego uwagi. - Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć." T. Pratchett, "Ruchome obrazki"

poniedziałek, 30 czerwca 2014

"No więc przesłuchujemy świadków w komisariacie, a oni mówią, że Smark Boogie zawsze przyłączał się do gry, a potem uciekał z pulą, i w końcu mieli już tego dosyć. A ja zapytałem jednego z nich, wiesz, zapytałem go, dlaczego dopuszczali Smarka Boogie do gry skoro zawsze próbował uciec z pieniędzmi. Popatrzył na mnie naprawdę dziwnie a potem mówi: 'Musieliśmy mu pozwolić grać... To jest Ameryka.'"

Obojętne ile razy oglądam jutubki z najlepszymi fragmentami "The Wire" - ten dialog zawsze mnie rozbrajał. Bo czy da się trafniej opisać to, co naiwni grafomani nazwali kiedyś "amerykańskim snem", a co przerodziło się (przynajmniej w rozumieniu człowieka takiego, jak ja, który z Ameryką obcuje tylko dzięki popkulturze) w "amerykańskie rozczarowanie"? Dziś wiem, że David Simon nie wymyślił tej sceny. Ona wydarzyła się naprawdę, a dziennikarzowi z Baltimore opowiedział ją Terrence McLarney - cyniczny, uroczy policyjny geniusz, dowódca brygady w wydziale zabójstw policji w Baltimore.

"Wydział zabójstw. Ulice śmierci" - 800-stronicowy reportaż z ulic Baltimore, opisujący rok 1988 z perspektywy detektywów rzeczonego wydziału - ukazał się w Polsce 25 lat po amerykańskiej premierze. I chyba dobrze. Dzięki temu dzieło Davida Simona czyta się bez zbędnych emocji, nie dopisując mu aktualnych kontekstów i nie wpisując go w żadną ideologiczną wojenkę. Obdarta z tych podniet książka pozostaje tym czym jest - arcydziełem gatunku, drobiazgową relacją z jednego roku pracy prawdziwego wydziału zabójstw działającego w prawdziwym amerykańskim mieście.

Simon - jak przystało na dziennikarza ze starej szkoły - zajmuje się rzeczywistością i tylko nią. Żadnego upiększania, ani grama fantazji. Swoją książkę buduje ze szczegółów, które wielu autorów porzuciłoby na ołtarzu dramaturgii. Dławi nimi czytelnika, każe czytać monotonne wykłady na temat procedur i hierarchii, uparcie twierdząc, że to jest ważne. Że nie da się poznać pracy detektywa policji nie wiedząc ile formularzy musi wypełniać, jak wiele czasu spędza w sądzie, ile jego spraw zostaje utrąconych przez niechętnie przegrywających prokuratorów i jak często zastanawia się nad wcześniejszym odejściem na emeryturę.

Podobnie jak w późniejszym "The Wire", struktura "Wydziału zabójstw" cierpi przez to przywiązanie do autentyczności. To książka policyjna, w której nie pada ani jeden strzał. Policjanci są grubi, przestępcy głupi, a prostytutki brzydkie. Wydział zabójstw zjawia się na miejscu zbrodni już po wszystkim. Śledztwo stanowiące główny wątek pozostaje nierozwiązane, a człowiek podejrzany o zamordowanie i zgwałcenie 11-letniej dziewczynki umiera spokojnie w domu, wiele lat po tym, jak policja odpuściła mu z powodu braku dowodów. Nie dlatego, że był zacierającym ślady geniuszem zbrodni, ale dlatego, że często po prostu nie ma z czego ukręcić aktu oskarżenia ("Reguła Numer Dziesięć w podręczniku wydziału zabójstw: Jest również coś takiego jak morderstwo doskonałe"). Tutaj największym sukcesem porucznika Gary'ego D'Addario nie jest rozwiązanie spektakularnej sprawy, ale fakt, że udało mu sie przetrwać i nie zostać zwolnionym w wyniku politycznej intrygi.

Tak jak bohaterowie "The Wire" nie pokonają narkotykowego półświatka Baltimore, tak prawdziwi ludzie, których spotykamy na kartach "Wydziału zabójstw" pozostają tylko ludźmi - ich misja nie polega na powstrzymaniu przestępczości w mieście zaliczającym około 300 morderstw rocznie, ale na rozwiązywaniu spraw. Jedna po drugiej, ze świadomością, że nigdy nie dogonią statystyki.

O ile jednak serial "The Wire" (w którym, w rolach drugoplanowych, pojawiają się bohaterowie "Wydziału zabójstw"), oparty na faktach, ale jednak fikcyjny, można zamknąć fajną sceną muzyczną i domkniętymi wątkami o przemianach głównych bohaterów (Michael -> Omar, Dukie -> Bubbles), o tyle w reportażu dostajemy tylko ponure post scriptum, w którym czytamy, że: "w 1988 roku w mieści Baltimore zginęły gwałtowną śmiercią 234 osób. W 1989 roku 262 osoby zostały zamordowane. W zeszłym roku liczba zabójstw gwałtownie wzrosła, do 305 - był to najgorszy wskaźnik od niemal dwudziestu lat. W pierwszych miesiącach 1991 roku w mieście zdarza się średnio jedno morderstwo dziennie."*

Ale nie o tę falę przemocy tu chodzi, ale o ludzi, którzy prowadzą walkę. Simon buduje swoim bohaterom pomnik. "Owszem", mógłby powiedzieć, "to rasiści i cynicy, kryjący własne tyłki w obawie przed konsekwencjami służbowymi" (ważnym wątkiem jest nierozwiązana sprawa strzelaniny z udziałem policji). "Ale jednocześnie" - dodałby - "ci rasiści i cynicy naprawdę odbierają telefony, naprawdę jeżdżą na miejsca zbrodni i naprawdę pracują nad morderstwami". Obojętne czy ofiara jest biała, żółta czy czarna. Obojętne czy to dziecko czy narkoman. Obojętne czy w wydziale sypią się na ich głowy akurat gromy za niski współczynnik wykrywalności.

Brzmi w reportażu Simona, podobnie jak w "The Wire", "Generation Kill" i "Treme", paradoksalne przesłanie, mówiące, że państwo, procedury i instytucje nie działają, ale pracujący w nich ludzie, jeżeli wyjąć złodziei, cwaniaków i karierowiczów, to bohaterowie. Dzięki nim, ludziom przypominającym definicję pojęcia "służba cywilna", ta maszyna się toczy i choć zgadzamy się wszyscy, że jest to maszyna zardzewiała i wadliwa, to tylko na taką zasłużyliśmy.

Bohaterem rozczarowującej amerykańskiej codzienności nie jest kłamliwa hollywoodzka wydmuszka w rodzaju Brudnego Harry'ego. To Donald Waltermeyer poprawiający martwej narkomance ubranie tak, by dla identyfikującego zwłoki męża wyglądała nieco schludniej. Albo Donald Worden pracujący nad strzelaniną z udziałem policjantów z taką samą skrupulatnością, jak nad każdą inną sprawą. Czy Jay Landsman czytający pisemka pornograficzne jakby była to literatura piękna i drący się na podejrzanych tak długo, aż pękną i wyznają prawdę. Lub Tom Pellegrini rujnujący sobie psychikę nad niemożliwą do rozwiązania sprawą Latonii Wallace. I tak dalej, i tak dalej...

Tę samą pieśń próbował kiedyś zaśpiewać w Polsce Patryk Krzemieniecki ("Vega"), przedstawiając rodakom zapijaczonego Metyla i jego przyjaciół. Ale "Pitbull" był zbyt płytki i krótki, zbyt jawnie nastawiony na tanie sensacje i szokowanie, zbyt otwarcie tabloidowy, a za mało konserwatywny. W takiej robocie trzeba być konserwatywnym i mieć dużo czasu. Trzeba być ze starej szkoły. Nie da się pójść na skróty, trzeba wziąć rok wolnego, obserwować każdy dzień pracy wydziału, napisać o tym 800 stron, a później nakręcić kilka seriali. Inaczej to nie ma sensu.

David Simon

(fotografię wziąłem stąd)

*

Z egoistycznych pobudek w twórczości Simona najbardziej stymulują mnie wątki dziennikarskie (swoją drogą - najfajniej pociągnięty jest on w "Treme", gdzie widzimy prawdziwe, żmudne śledztwo dziennikarskie, z którego niewiele wynika). Niestety, w pracach mojego idola nie znajduję pocieszenia. W posłowiu "Wydziału zabójstw" łatwo się doszukać goryczy, która później wyleje się w "The Wire". Współcześnie dobre dziennikarstwo jest, zdaniem Simona, na wymarciu i nie zapowiada się na żadną odnowę.

"Odszedłem" - czytamy na stronie 790, w książkowym odpowiedniku odcinka specjalnego, w którym twórcy i autorzy opowiadają o kuchni i wspominają kręcenie ulubionych scen. "Pomogło mi to, że moja gazeta - niegdyś miła, siwowłosa dama o czcigodnych, choć nieco staroświeckich tradycjach - stała się boiskiem dla pary przybyszów z Filadelfii, dwóch pozbawionych wyczucia słowa pismaków, dla których apogeum dziennikarstwa był pięcioczęściowy artykuł, gdzie w drugim akapicie znalazło się stwierdzenie, że '«Baltimore Sun» nauczył się', a potem następowało kilka przegadanych stron prostackich wyrazów oburzenia i jeszcze bardziej prostackich rozwiązań. W redakcji zapanowała gorączka Pulitzera i starannie konstruowana mitologia, według której nikt nie wiedział, jak wykonywać swoją pracę, dopóki obecny zarząd nie przyniósł tablic z góry Synaj."

Desanty barbarzyńców z innych firm i redakcji; wygłaszane publicznie samokrytyki i zapewnienia, że do tej pory było źle, ale teraz będzie lepiej; poczucie wyższości wynikające z pychy i bezsensowna pogoń za wynikami - obojętne czy postrzeganymi jako Pulitzery/Grand Pressy, zaspokojeni reklamodawcy czy rosnące statystyki pustych klików; mitologia sukcesu, wskrzeszenia i odnowy. Brzmi znajomo?

Simon pisał swoje słowa 25 lat temu, w czasach, które sam wspomina jako "stare" i "dobre", a w których ja marzyłem o byciu strażakiem a nie dziennikarzem. Kiedy przyszedłem do tego zawodu o prawdziwych dziennikarzach krążyły już tylko legendy - jak o prawdziwej polskiej lewicy czy politykach zatroskanych losem państwa. A przecież i tak było wtedy dużo lepiej niż dzisiaj. Chodziło się jeszcze po ludziach, dzwoniło po komentarz, sprawdzało fakty, wstrzymywało publikacje niepotwierdzonych informacji. Krótko mówiąc - marnowało się czas na robienie rzeczy oczywistych, ale czasochłonnych, których dziś się już nie robi, mając nadzieję na klikalne sprostowanie (Reguła Numer Jeden dziennikarstwa internetowego: kłamstwo klika się dwa razy). Wychodzi więc na to, że stwierdzenia takie jak Simona można wygłaszać regularnie, co dwadzieścia, dziesięć, albo nawet sześć lat i zawsze będą one równie trafne co spóźnione. Bo zawsze będzie gorzej.

W "The Wire" ten kryzys został zobrazowany w postaciach Gusa i Scotta. Pierwszy jest starym wygą, służącym prawdzie (obojętne jak idiotycznie i górnolotnie by to brzmiało), drugi fabrykuje dowody w sprawie nieistniejącego seryjnego mordercy za co zostaje nagrodzony Pulitzerem. Dzisiaj, tutaj, Gus byłby źle opłacanym redaktorem papierowej gazety chylącej się ku upadkowi. Jego teksty byłyby pełne błędów i stronnicze politycznie, ale przynajmniej miewałby jakieś sprawdzone źródła, dostawał płatne delegacje, a czasem, naprawdę rzadko, informowałby czytelników o czymś, o czym wcześniej nie wiedzieli. Scott zaś napiedalałby tautologiczne galerie o mamach Madzi, książkach Chodakowskiej i strasznym (acz niepotwierdzonym badaniami) wpływie gier wideo na psychikę dzieci. Podkręcałby wystawki, kłamał w tytułach i śledził statystyki. A bardziej niż na Pulitzerze zależałoby mu na dobrym słowie od korpo-szefa i obietnicy ucieczki z kadłubkowej dwu-, trzyosobowej redakcji na jakieś bezpieczne stanowisko decyzyjne, z którego będzie się już można ewakuować do menadżmentu, marketingu lub chociaż piaru. 

Oczywiście boli mnie to, że w tej metaforze jestem Scottem. Ale naprawdę przeraża mnie myśl, że za 25 lat mogę być przez kogoś postrzegany jako Gus.

Wydział zabójstw okładka

*

I jeszcze taki cytacik, z którego wynika, że można się już radować, bo Polska dogoniła Stany Zjednoczone:

"W postmodernistycznej Ameryce, bez względu na to, w jakiej instytucji służycie lub jaka służy wam - czy jest to departament policji, czy gazeta, partia polityczna czy Kościół, Enron czy Worldcon - w końcu zostaniecie zdradzeni."

 

* Simon podaje, ze w 1988 roku w Baltimore mieszkało 700 tysięcy mieszkańców. Taka ciekawostka dla wszystkich fanów amerykańskiej wolności i prawa do posiadania broni. W 40-milionowej Polsce w 2009 roku wszczęto 729 postępowań w sprawach o zabójstwa (klik).

czwartek, 18 lipca 2013

Ja wiem, że niemodnie jest krytykować produkcje HBO, ale peany na temat "Girls" to gruba przesada. To serial nie tylko niechlujnie zrealizowany - nierówny, słabo napisany, przyciągający doskonałymi, naprawdę zabawnymi monologami, by chwilę później kopnąć w twarz bezsensownym zwrotem akcji i wysypem hipsterskich bieda-żartów - ale przede wszystkim kurewsko głupi. Lena Dunham i Judd Apatow wychwalają w nim egoizm, do rangi cnot wynoszą ignorancję i okrucieństwo, ale przede wszystkim tworzą płytkie dwuwymiarowe bohaterki, których nie sposób lubić. I każą mi się przejmować ich losem.

Porównywanie tej fuszerki do "Seksu w wielkim mieście" (który też przecież nie jest serialem idealnym) to jakiś żart. Carrie Bradshaw być może kłamała na temat swojego pokolenia, stawiając w centrum zainteresowania Manhattan, seks i kasę, ale w jej historii można było znaleźć coś prawdziwego. Hannah Horvath sprzedaje wiele naskórkowych prawd o pokoleniu umowy o dzieło, lecz proponowane przez nią diagnozy to wielkie, tłuste kłamstwa. I z dwojga złego wolę już zło do dobra prowadzące (materialistkę mówiącą, że każdy bywa samotny) niż dobro złem przeżarte (bieda-feministkę chwalącą egocentryzm).

Najgorzej napisana jest oczywiście Hannah, próbująca oczarować wszystkich swoją oryginalnością. Problem w tym, że w Hannah nie ma ani odrobiny tego, co wciąż nam się wmawia. Jej jedyna prawdziwa cecha to obsesyjna, kompulsywna miłość do własnej osoby. Wszystko w tej postaci - od idiotycznych, ręcznie robionych sukienek z ręczników i papierowych serwetek, po przegięte egzystencjalne dramaty, autodestrukcyjne zachowania seksualne i nieumiejętność pisania - sprowadzone są do jednego: dla Hannah ważna jest tylko Hannah. Cały ten serial to tak naprawdę spis jej porażek jako istoty ludzkiej, które, jako, że serial krąży wokół jej ego, przedstawiane są w pozytywnym świetle, jako wytryski autentyczności, realne dramy i problemy, a nie pojebane akcje rozpieszczonej gówniary. A przecież długa listów grzechów i zaniedbań Hannah obejmuje zignorowanie dramatu przyjaciółki (po tym jak rozstała się z miłością swojego życia), porzucenie zakochanego w niej chłopaka (po tym, jak potrącił go samochód), wykorzystywanie własnych rodziców (po tym, jak na własne życzenie wpadła w długi), złamanie serca obcemu facetowi (po tym, jak włamała mu się do życia) i wywalenie przyjaciela z mieszkania (po tym jak jedna dorosła osoba dobrowolnie przespała się z drugą dorosłą osobą).

Zwróćcie uwagę na jej sceny - w każdym dialogu dochodzi do momentu, w którym Hannah zaczyna ignorować co się do niej mówi i zaczyna nadawać o sobie. I być może byłoby to ok, gdyby miała coś ciekawego do powiedzenia, ale, jak słusznie wytykane jest to w pierwszych odcinkach 2 serii, ona nawet nie wie, co się dzieje w jej kraju. Jej zainteresowanie polityką jest kłamstwem, jej feminizm to poza, w jej umiejętności pisarskie musimy uwierzyć na słowo (w całym serialu sprzedaje jeden artykuł), a jedyna książka, o jakiej mówi się w "Girls" to "Małe kobietki" pozostawione w kiblu. Nic dziwnego, że przyszła wielka powieść Hannah ma opowiadać o łzach, gdy facet spuści się jej na twarz (praktycznie dosłowny cytat z serialu) - poza takimi przygodami Hannah nie ma absolutnie nic do opowiedzenia. To nie żaden głos pokolenia, to kolejna sztuczna niunia, tylko przegięta w drugą stronę! Skupiony na sobie seksista Hank Moody to przy niej Nabokov, geniusz pióra i języka, empatyczny przyjaciel każdego człowieka!

Nie wiem ile w tej postaci jest Leny Dunham (ponoć dużo), ale autobiografizm nie przynosi rozgrzeszenia. Marne scenopisarstwo to wciąż marne scenopisarstwo. Jeżeli przez dwa sezony tworzysz postać, która wypełnia mnie obrzydzeniem, to miej odwagę się do tego przyznać. To byłoby nawet ciekawe - serial krytykujący własne pokolenie, pokazujący jak okrutnymi i cynicznymi stworzeniami staliśmy się w wieku iPhone'ów, baniek internetowych i kryzysów finansowych. To jednak zbyt skomplikowane dla Dunham (i dla Apatowa chyba też, jejku, jak ty mnie rozczarowałeś człowieku). Zamiast tego dostajemy bajkę o brzydkiej księżniczce Disneya, która mimo wszystko zasłużyła na księcia, miłość i nasze uwielbienie. W końcu jest księżniczką!

Tanią sztuczką rozgrzeszającą Hannah jest choroba psychiczna - wyciągnięta z kapelusza po 16 odcinkach obrzydzania mi jej postaci. Nagle egoistka ma stać się ofiarą. Wszystko będzie odpuszczone! Ja na to niestety nie idę. Hannah Pozostaje pierdoloną egoistką, która na żaden ratunek nie zasłużyła. Biegnący jej na pomoc Adam to kłamstwo - być może największe w całych dwóch sezonach - bo Hannah winna skończyć otoczona kotami, pogrzebana w odrzuceniu i z rakiem jelita grubego (lub inną chorobą, która dałaby jej szansę pokazywania wszystkich tych fizjologicznych scenek, co to swoją autentycznością zachwyciły ktytyków).

A nie chcecie, żebym zaczynał o Jesse…

Hannah Horvath z kutasem na czole

W cyklu "weź spierdalaj" ukazały się także:

Nucky Thompson, weź spierdalaj

Sheldon Cooper, weź spierdalaj

Don Draper, weź spierdalaj

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Oh, jakże smakowitym kąskiem jest "Tylko Bóg wybacza" i jakże niezasłużenie zbiera zjeby od krytyków (28 procent na rotten tomatoes? serio?!). Choć w sumie łatwo mi to zrozumieć. Białym ludziom nie spodobał się film uderzającym w białych ludzi. Nie ogarnęli, odwrócili się, shejterzeli. Norma. A przecież to słuszna i sprawiedliwa historia o jankeskich chujach, co to myślą sobie, że przyjechali do trzeciego świata, więc dostają za swoje.

Nicolas Winding Refn ("Drive", "Vallhala") kpi sobie z euro-hollywoodzkiego odbiorcy i w roli głównego dobrego osadza Vithaya Pansringarma, aktora, którego nazwiska nie jesteśmy nawet w stanie wypowiedzieć, a który nie tylko ma rację, nie tylko morduje białych, ale jeszcze masakruje cudną facjatę Ryana Goslinga. I przecież ma rację! Julian, Billy i Crystal (świetna Kristin Scott Thomas) na wszystko sobie zasłużyli. To Chang jest tu sprawiedliwy, nie oni. Owszem, sprawiedliwy na swój własny, popieprzony, tajski sposób, ale kim my jesteśmy, żeby z perspektywy handlarzy narkotykami, morderców i gwałcicieli oceniać jego moralność? Wszyscy tubylcy Changa szanują i poważają, jest niemalże boską figurą, takim ichniejszym Batmanem, co to podejmuje trudne decyzje dla większego dobra. Przypomina mi przy tym postacie z cudownej "Nakręcanej dziewczyny" Paolo Bacigulapiego - fanatyczne białe koszule, Jaideego i Kanye, które też przecież rozpychają się trochę za bardzo, rozstawiają ludzi (zwłaszcza białych) po kątach i wszystko robią po swojemu, ale koniec końców mają rację, ratują Tajlandię i jej honor.

Nie ma tu zaskakującego odwrócenia ról, na które czekamy przez cały seans. Nic nam nie udowadnia, że to my, biali, jesteśmy prawdziwymi przechujami, co to zawsze wygrywają. Nie ma sceny, w której ten głupi żółtek w końcu dostaje za swoje. Zamiast tego są powolne, wysmakowane egzekucje i triumfująca sprawiedliwość.

brzydki gosling

Bezbłędny jest też trop mitologiczny, nawiązanie do opowieści o Edypie. Warto tylko pamiętać, że nie chodziło w nim jeno o pierdolenie własnej matki, ale o antyczny tragizm, klątwę, której nie można uniknąć, obojętne jak bardzo by się starało. Edyp robił wszystko by nie zabić własnego ojca i nie poślubić własnej matki, ale w starciu z okrutnym losem nie miał żadnych szans. Podobnie rzecz ma się z Julianem - od początku robi co tylko może, by ocalić siebie. Odpuszcza mordercy swojego brata, pozwala spuścić sobie wpierdol, ratuje dziecko. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, grzechy już zostały popełnione - wszak Julian jest handlarzem narkotykami, zabójcą własnego ojca i kazirodcą. A w wielkim Bangkoku nie ma boga, który by wybaczał. Jest tylko beznamiętny, praworządny Chang, dla którego wszystkie dobre uczynki Juliana mogą co najwyżej wpłynąć na złagodzenie kary (Edyp też nie umiera - oślepia się i skazuje na banicję).

To nie jest film o Goslingu. To film o Tajlandii, o triumfującym Bangkoku, o okrutnej sprawiedliwości i siłach wyższych, które drwią sobie z naszych poczynań. Biali zostają ukarani, zgwałcone dziecko pomszczone, piękny chłopiec oszpecony. Happy end jak się patrzy!

PS. Och, jakże cudownie kłamliwy jest ten trailer. Jak mało znacząca jest w filmie scena z kolesiem ciągniętym za zęby, jak mało w nim Pansringarma, a dużo Goslinga, jakże mylący jest tekst "you wanna fight" odczytywany z naszym podejściem do Goslinga...

czwartek, 06 czerwca 2013

Trzeci akt "Blood Dragon", to najpiękniejsze, co się przydarzyło nurtowi retro od czasów pierwszych "Expendebles". Tak się powinno robić zakończenia gier! Tak się powinno pokazywać potęgę gracza. Nie, jak robił to "Far Cry 3" odbierając mu wolność i wrzucając w chujowy quick time event, ale oddając mu władzę i ofiarowując akurat tyle zabawek by miał zajebistą frajdę, ale się nie znudził.

Rex Blood Dragon DLC Far Cry 3

Rex nie bierze


Czego tu nie ma?!

Strzeleckie "Mortal Kombat" zakończone rzezią z gatlingiem i zgrywą z "He-Mana", a jednocześnie wyśmiewające przechujowe, pseudo-fantastyczne zakończenie "Far Cry 3", w którym strzelałeś z łuku do boga.

Przepiękny montaż potrzebny po to, by Rex (mówiący głosem TEGO Michaela Biehna) opanował swoje nowe umiejętności. Przywodzący na myśl wszystkie piękne, kiepskie filmy z lat 80. podczas których chciałeś po prostu wstać i boksować do końca świata. Sklejany do muzy z filmu z Van Damme'em!

Rysunkowa seks scena, w której Elisabeth Darling mówi ci, iż mimo, że 85 procent twojego ciała to metal, to wciąż jesteś 100 procentowym mężczyzną! Medytacja karate w promieniach krwawego słońca, przepaska na czole, tekst, że "moja krew nie jest czerwona jak twoja - jest czerwona, biała i niebieska".

A później killstar, prawdziwy morderczy Sky-Hook, od którego ludzie wybuchają, jakby byli śmiesznymi, małymi balonikami napompowanymi krwią.

I kiedy już myślisz, że lepiej być nie może dają ci robo-dinozaura strzelającego laserami z oczu.

I TY NA NIM JEDZIESZ

NA ROBO-DINOZAURZE

I STRZELASZ

DO WYBUCHAJĄCYCH LUDZIKÓW

HELIKOPTERÓW

UZBROJONYCH LOTNI

A ROBO MÓWI: "GENOCIDE IS FUN"

Helikoptery spadają, rakiety wybuchają, lasery napierdalają, muzyka dudni, a w środku tego wszystkiego człowiek, który jest w 85 procentach maszyną, ale w 100 procentach mężczyzną bez mrugnięcia okiem, bez choćby cienia uśmiechu, walczy o własną duszę, oddając jeszcze hołd słynnej scenie z "Imperium kontratakuje"!!!

--------------------

I wtedy już byłem mokry i kupiony. I równie szczęśliwy, co w dniu, w którym po raz pierwszy widziałem "Rocky'ego IV". Oszołomiony odkładałem pada, a głupi uśmiech nie schodził mi z ust. Tak się powinniśmy czuć kończąc głupie strzelanki!

 

Dla niedowiarków. W jutubce tylko 5 minut cut-scenki. Mniej więcej 25 procent tego co opisałem wyżej, ale wciąż 100 procent frajdy



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18