| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
statystyka
Kategorie: Wszystkie | Bzdury | Bzdury straszne | Lista Nienawiści | Ostatnio oglądane/czytane/słuchane | Psychopaci z google
RSS

Ostatnio oglądane/czytane/słuchane

wtorek, 28 lipca 2015

Rozczarowany „Okruchem lodu” miałem pisać o „Wiecznym ogniu” - że fajny, ale... Ale z rozpędu przeczytałem „Wiedźmina” i zorientowałem się, że Sapkowski żadnej taryfy ulgowej nie potrzebuje. Bo, jak mu się chce, to naprawdę dobry z niego pisarz. Dlatego, choć dzisiaj napiszę o „Wiedźminie”, gotujcie się już na średnio pochlebną notkę o „Wiecznym ogniu”, wcale nie takim fajnym, jakby się wydawało (i jak go zapewne zapamiętaliście).

wiedzmingeralt

„Wiedźmin” to po prostu kawał dobrego opowiadania fantasy i wcale mnie nie dziwi, że Sapkowski otworzył sobie tym tekstem wrota do wielkiej literackiej kariery. Nawet czytany trzeci czy czwarty raz (jestem tak stary, że nie jestem pewien, ile razy je wchłonąłem), wciąż bawi i zaskakuje. I oczarowuje świeżością (włażenie do sarkofagu, żeby nie dostała się do niego strzyga? ekstra pomysł!).

Najlepiej oczywiście wychodzi główna postać. Geralt nie jest jeszcze emo-nastolatkiem filozofującym o Mniejszych Złach, granicach możliwości i okruchach lodu, ale zakapiorem i profesjonalistą, który morduje trzech ludzi tylko po to, by się popisać, a próbującego obalić króla cwaniaka poświęca w charakterze żywej przynęty. I, inaczej niż w „Granicach możliwości”, nie kłóci się to z wygłaszanym później monologiem o ratowaniu zagrożonych gatunków smoków – bo po prostu go nie ma.

Geralt jest też wiedźminem – co może się wydawać oczywiste, ale po dwóch tomach opowiadań, pięciu tomach sagi i trzech grach wcale takie nie jest. Bo przecież z czasem Geralt wyewoluuje w mutanta, odszczepieńca, domorosłego czarownika, bawidamka, żigolaka, polityka, najemnika i wiejskiego superbohatera, ratującego maluczkich przed wszelkim zagrożeniem. No więc tutaj jeszcze do tego nie dochodzi. Wiedźmin jest wiedźminem i zajmuje się przede wszystkim wiedźminieniem. A nawet kiedy wiedźminieniem się nie zajmuje, tylko, na przykład, morduje ludzi w knajpie, to po to, by się zareklamować jako lepszy wiedźmin. Warto też zauważyć, że tematem opowiadania jest potwór, którego trzeba ubić lub odczarować i tego się Sapkowski trzyma. We wstępie dowiadujemy się, co to za potwór, w rozwinięciu obserwujemy walkę z maszkarą, a w zakończeniu widzimy ją odczarowaną (a wiedźmina ubitego). Proste.

Podoba mi się też, jak Sapkowski tworzy postaci drugoplanowe. Foltesta buduje w zasadzie jednym zdaniem, gdy w przypływie szczerości król zadaje smutne pytanie, czy kazirodczy charakter jego związku mógł mieć wpływ na klątwę wiszącą nad córką. A Velerada tworzy z monologów na temat strzygi – udaje się w tej scenie jednocześnie zbudować postać i opowiedzieć historię królewny i okolic.

Jest też „Wiedźmin”, jak na Sapkowskiego, zaskakująco zwarty. Niewiele tu brnięcia w dygresje, bardzo mało popisywania się formą, a i nawiązania do słowiańskich baśni podsunięte są jakby subtelniej – z wiarą, że czytelnik sam je wyłapie i nie trzeba mu ich wciskać przez gardło. Jak, na ten przykład, okruchów lodu.

Na marginesie:

Geralt z Jebakolandii nie zalicza w tym odcinku, więc w wydaniu książkowym Sapkowski dopisał scenę seksu otwierającą cały tom, a będącą wprowadzeniem do poszatkowanego "Głosu rozsądku". Pada w niej zgrabne "Zdecydowanymi ruchami bioder domagała się odpowiedzi. Odpowiedział" - co jest chyba najfajniejszych opisem wzwodu, jaki czytałem.

Ilustracja: Jako, że "Wiedźmin" budzi we mnie tylko ciepłe emocje, to obrazuję najlepszym zwiastunem do "Wiedźmina 3" - robi go nie tylko muzyka Bena Howarda, ale i pokazywana w nim prawda (tak, "Wiedźmin 3" to przede wszystkim gra o jeżdżeniu na koniu po świecie)

poniedziałek, 27 lipca 2015

My tu sobie żartujemy, o opowiadaniach jakiś rozmawiamy, Sapkowskiego i liceum wspominamy, a tymczasem, zupełnie niespodziewanie, w „Mieczu przeznaczenia” ukryła się perełka cudownie szpetna, chyba już mocno zapomniana, bo nie piętnowana, Sapkowskiemu nie wypominana. Mowa oczywiście o „Okruchu lodu”, najprawdopodobniej najgorszym kawałku prozy, jaki czytałem w 2015 roku. A nie dość, że dopiero lipiec, to czytałem niedawno fatalne „Pół króla”, więc wiem, co to słabe fantasy, dzifko.

Pastwić się nad „Okruchem lodu” naprawdę trudno, bo to trochę tak, jakby pastwić się nad moim pierwszym opowiadaniem. Pisałem w nim o chmurnych ludziach, stojących na wietrznych klifach. Przedstawiałem wielkie, dramatyczne wyznania miłosne. I na 12 oszukanych stronach standardowego maszynopisu z lokalnej sesji RPG dochodziłem do ratowania świata, romantycznych nadczłowieków i Potęgi Wyobraźni (pisanych od wielkich liter, bo to Ważne Sprawy). „Okruch lodu” wprawdzie nie ma takiej skali, ale językowo i koncepcyjnie jest "Wybrańcowi" (sic!) naprawdę bliski i trudno mi nie poczuć jakiejś komitywy z Sapkiem i nie docenić, iż z mdławego, źle napisanego romansidła na trzy głosy próbuje wycisnąć pełnoprawny, idiotyczny traktat o życiu, śmierci i w ogóle wszystkim.

Możecie mi nie uwierzyć, więc odwołam się do cytatu (bredzi, oczywiście Yennefer): „Emocje, kaprysy i kłamstwa, fascynacja i gra. Uczucia i ich brak... Dary, których nie wolno przyjąć... Kłamstwo i prawda. Czym jest prawda? Zaprzeczeniem kłamstwa? Czy stwierdzeniem faktu? A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda? Kto jest pełen uczuć, które nim targają, a kto pustą skorupą zimnego czerepu? Kto? Co jest prawdą, Geralt? Czym jest prawda?”

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale czuję tę emocjonalność. Sam w niej tkwiłem przecież przez kilka dekad (dwie to kilka, prawda?). I nawet te fafnaście lat później, czytając te słowa, czuję jak coś tam we mnie drga. Jakieś niezałatwione licealne traumy słysząc to zaklęcie, próbują się wyrwać i ruszyć radośnie w tan. Ale później przypominam sobie, że jednak jestem kurwa myślącym stworzeniem, że mam jednak jakąś godność i załamuje się we mnie wszystko na raz. Bo wraz z przekonaniem o wyjątkowym talencie Sapkowskiego, umierają przecież wszystkie moje egzaltowane porno marzenia, o lepszym, głębszym Tomku, co od maleńkości czytał bardzo mądre rzeczy, więc kiedyś zrozumie teorie wszechrzeczy, a już na pewno Prawdy i Kłamstwa, bo czym jest prawda, Geralt?" (swoją drogą na to pytanie odpowiada nie Geralt, ale wyczarowana pustułka; otóż prawda jest, wystawcie to sobie, "okruchem lodu" - bo jakże by mogło być inaczej, przecież ten tytuł naprawdę ciężko wcisnąć w opowiadanie o rębaczu potworów).

Z ciekawszych epizodów:

1) Geralt być może chędoży wszystkie obce laski, ale jak się zakocha, to miewa problemy z hydrauliką (można mu to wybaczyć: jest po zleceniu, na eliksirach, swoje lata ma, a poza tym, komu w głowie chędożenie, gdy w powietrzu wisi, czym jest prawda, Geralt?). Pomaga mu wtedy magia Yennefer, która przecież zawsze dostaje to, czego chce.

2) Najciekawszą nauką tego opowiadania jest ta o wiecznym, męskim szczenięctwie. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że Geralt ma jakieś 90 lat. Nie starzeje się, bo próba traw. Istredd, jego rywal w walce o serce Yennefer (o którym Sapkowski chyba później zupełnie zapomniał, bo nie kojarzę go z sagi), ma lat kilkaset - jak to czarodzieje. Tymczasem obaj zachowują się, jak młode koguciki, walczące o najładniejszą kurkę w stadzie. Najpierw przechwalają się przed sobą, kto kiedy Yennefer posiadł, a jak to nie przynosi rozwiązania, to postanawiają się pozabijać.

Z epizodów żałosnych:

1) Cykada to jest tak zmarnowana postać, że nie wiem po co w ogóle w tym opowiadania występuje. Chyba tylko po to, by Geralt mógł komuś bezkarnie wpierdol spuścić.

2) Czym jest prawda, Geralt?

Ilustracja: nie mam pojęcia jak zobrazować ten bełkot, co go właśnie przeczytałem, więc wrzucam półnagiego Żebrowskiego

geralt

niedziela, 26 lipca 2015

Rozczarowany "Mniejszym złem" pognałem do "Miecza przeznaczenia", bo przecież to już prawie początek sagi - sugerowane są wątki, pojawiają się postaci, ogólnie we wspomnieniach mych jakoś tak mi się drugi tom opowiadań jawił, jako wstęp do wielkiego nilfgaardzkiego pierdolnięcia.

Tymczasem jednak "Granice możliwości" nie mają jeszcze wiele wspólnego z tym, co się później będzie działo. Ot, taka tam historyjka o złotym smoku, co nie za bardzo ma sens. Sapkowski nie miał chyba jeszcze pomysłu na postacie, bo np. z Yennefer zrobił po prostu głupią jędzę, gotową zabić rzadkie, myślące stworzenie, by naprawić sobie macicę. Upartą do tego stopnia, że nie jest gotowa wybaczyć Geraltowi nawet wisząc nad przepaścią, uczepiona jego paska. A Yarpen Zigrin - stający się później postacią dość sympatyczną i heroiczną - tutaj jest zwykłym skurwysynem. I to takim śliskim, co to sugeruje gwałty i morderstwa, a jak przychodzi do bitki ze smokiem, to po prostu ucieka.

yarpen_zigrin_card

Sam Geralt jak zwykle miota się pomiędzy zaangażowaniem, a obojętnością. Powieka mu nawet nie mruga, gdy egzotyczna zabójczyni odcina głowę nieco zbyt porywczemu (ale przecież dla takich kozaków - niegroźnemu) wieśniakowi. Ale, gdy przychodzi do rozmów o smoku, to nagle wielki z niego pacyfista - ba, koniec końców nawet aktywnie występuje w jego obronie, rzucając się na, było nie było, kolegów po fachu.

Najfajniejszym momentem opowiadania jest scena na łące przy posterunku. Jaskier jest w niej Jaskrem i zabawnie opowiada o szewczyku Dratewce, Geraltowi przez kilka stron udaje się nie strzelić emo, a gwiazdą drugiego planu zostaje dziesiętnik na oczach czytelnika awansujący na setnika i "wielmożnego pana". Równie udanie wychodzi pojedynek pomiędzy rycerzem (którego wszyscy zapamiętaliśmy jako Stępnia z 13. posterunku, a nie Paździocha idioto!) a smokiem. Ale nie ze względu na samą walkę, ale z powodu Yarpena, walącego naprawdę dowcipny monolog. Nawet chichnąłem i na głos przeczytałem lubej mej. Nieźle wypada też młodziutki król, który mówi mało, więc nie gada głupot. A gdy w końcu mówi, to mądrze. Najgorszym momentem jest niestety to nieszczęsne wiszenie na skale - nie tylko dlatego, że to punkt kulminacyjny słabego wątku miłosnego, ale i dlatego, że to zapowiedź, że ten słaby wątek miłosny będzie się w przyszłości rozwijał i komplikował.

Nie byłoby to opowiadanie o Geralcie z Jebaklandii, gdyby nie było w nim beztroskiego bara-bara ku uciesze gawiedzi. I, oczywiście, jest. Z egzotycznymi wojowniczkami chroniącymi Borcha Trzy Kawki, co to oczywiście oh, jakie są ciekawe czy wiedźminowi staje i czy dobrze se w alkowie radzi (tak, radzi sobie doskonale, o czym informuje nas Borch - co jest nieco dwuznaczne).

To jest niestety także ten moment, gdy zaczyna mnie mocno uwierać zamiłowanie Sapkowskiego do cytowania tytułu w opowiadaniu. O ile jeszcze w "Mniejszym złu" miało to sens, to tutaj bohaterowie szastają tą "granicą możliwości" na lewo i prawo, wbrew logice i stylistyce. Nieco się lękam, bo wiem, że najgorzej będzie w "Czasie pogardy" - no ale na razie mój plan przewiduje tylko opowiadania, więc może do tych wszystkich "czasów pogardy, zniszczenia, pogardy, samotności, pogardy i ognia" nie dotrę.

Ilustracja tej notki może być oczywiście tylko jedna - o ile jeszcze twórcom serialu można wybaczyć samego smoka (uchodzącego wtedy za szczytowe osiągnięcie polskiego CGI), to już nie da się wybaczyć, że zabijają jedną z lepszych scen opowiadania, psując pojedynek błędnego rycerza ze smokiem tak, że naprawdę bardziej się nie dało.

sobota, 25 lipca 2015

Więc, zainspirowany 162 godzinami w "Wiedźminie 3", postanowiłem wrócić do prozy Sapkowskiego - sprawdzić, jak po tych 20 latach bronią się książki, które, było nie było, stworzyły nastoletniego Tomka w równym stopniu co DragonLance, Plaescape, pisanie emo-opowiadań, wina za 2,99 zł, glany noszone w środku lata i masturbacja przez łzy. Na pierwszy ogień poszły opowiadania, bo, jak mawiał Michał Piwowarczyk (taki mój ziom, nie kojarzycie): "Sapek najlepiej sprawdzał się w opowiadaniach"wiedzminKOMIKS

"Mniejsze zło" zapamiętałem jako najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Bo przecież i parodia "Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludków" i "rzeźnik z Blaviken" i, och, jakie poważne problemy etyczne, czy istnieje mniejsze zło i większe zło, czy nie, kto to wie, na pewno nie 15-letni ja. Dzisiaj rzecz wypada słabo. Zaczyna się bardzo spoko. Rozmowa z czarodziejem zaskakująco dobrze napisana, prawie już zapomniałem, że Sapek radzi sobie z dialogami całkiem zgrabnie. Pomysł, by zamykanie księżniczek w wieżach wykorzystać do celów politycznych - błyskotliwy. Ale od wyjścia Geralta z wieży wszystko się raczej sypie. Najbardziej rozczarowała mnie oczywiście rozmowa z Dzieżbą/Renfri - całe to gadanie o Większym Złu i Mniejszym Złu (od wielkich liter, bo przecież to Ważne Sprawy) wypada na maksa sztucznie i pretensjonalnie. Dorośli ludzie tak nie rozmawiają, pokazał to George R.R. Martin w "Grze o tron". Dorośli ludzie mówią normalnie, bez tego nastoletniego zadęcia. Załamanie Renfri ("Zimno mi Geralt") to już scena zupełnie bezsensowna, rozwalająca postać, nawet trochę seksistowska, potrzeba tylko po to, by za chwilę wcisnąć dziewczynę Geraltowi do łóżka - bo przecież to takie oczywiste, że każda kobieta pakuje się wiedźminowi do łóżka, nawet jeżeli następnego dnia oboje chcą się pozabijać.

Gdy już przychodzi do samego zabijania Sapek wraca do formy. Choć przez całą rzeź zastanawiałem się, dlaczego zbóje nie rzucą się na wiedźmina na raz, tylko, niczym oddani fani Assassins Creed, podchodzą pojedynczo, dają się zasiekać i ustępują miejsca następnemu. Nie pamiętałem już, że do rzezi w zasadzie mogło nie dojść - wystarczyło, by Geralt poczekał 5 minut, zamiast od razu rzucać się z mieczem. Niemniej wciąż nie bardzo rozumiem, dlaczego Renfri czuła się tak związana z bandą bezmózgich najemników, że musiała, po prostu musiała, się dla nich zabić.

A już zupełnie absurdalna jest reakcja mieszkańców miasteczka. Owszem, może zabijanie w wykonaniu wiedźmina to nie jest jakiś piękny spektakl, ale przecież a) uratował ich czarodzieja (a z opowiadań dowiadujemy się, że taki czarodziej w wiosce, to jest poważna sprawa, za którą warto grozić wiedźminowi śmiercią - por. Okruch lodu); b) zasiekł jednak nie bandę niewinnych dziewic z drugiej c, ale agresywnych morderców, którzy cały poprzedni wieczór pili i awanturowali się w karczmie; c) skoro sprawa rozgrywała się na oczach tłumu, to ktoś powinien był dostrzec, że to jednak oni zaczęli, strzelając w Geralta bełtem

Ogólnie, jak na takiego klasyka, "najlepsze opowiadanie" i w ogóle arcydzieło polskiej fantastyki w oczach Tomka nastoletniego - szału nie ma. Takie tam 7/10, akurat do Nowej Fantastyki, cobym przekartkował, przeczytał akapit czy dwa, odłożył na później, ale nigdy nie przeczytał, bo przecież źle się czyta fikcję na kiblu

Fun fact: w serialu telewizyjnym opowiadanie zgwałcono dosyć brutalnie, wykręcając zupełnie przesłanie. Podzielono je też między dwa odcinki, więc ja tutaj linkuję do odcinka 10, ale samą walkę zobaczycie w odcinku 11 - choć, szczerze mówiąc, nie polecam, nie ma co oglądać.


czwartek, 14 sierpnia 2014

To jeden z tych wpisów, które zaczynają się w połowie zdania...

 

Bo przecież siedzisz w domu w czwartek (taki nibypiątek), przełożyłeś właśnie wyjazd na Warmię i zastanawiasz się jak strawić wieczór, skoro już pojeździłeś na rowerku, spaliłeś kalorie i załatwiłeś zlecenia. Powinieneś coś poczytać, pouczyć się, posiedzieć nad doktoratem, ale zamiast tego otwierasz wino ze swoją dziewczyną i odpalacie torenta na chybił trafił. Wciąż zdołowani po śmierci Philipa Seymoura Hoffmana, przeszukujecie jego filmografię i nagle zostajecie w trójkącie z "Almost Famous", filmem tak dobry, że dopijacie wino, siadasz przed lapkiem i zaczynasz pisać w drugiej osobie liczby pojedynczej, jakbyś był, nie przymierzając Michałem R. Wiśniewskim i właśnie wydał debiutancką powieść, o której Tomek Pstrągowski napisał już do Konwerskiego, że zapowiada się wybornie.

Ale cokolwiek wypływa spod palców, nie ma nic wspólnego z filmem, bo jedyne, co potrafisz napisać, to proste: "ściągnijcie, obejrzyjcie, zakochajcie się", jakbyś miał 16 lat i znów obejrzał "Boogie Nights"; jakbyś ledwo wchodził w filmoznawstwo i odkrywał teorie rytuału kinowego; jakbyś trafił na film wybitny po całej masie filmów dobrych, średnich, nijakich, słabych, prostych, prostackich, zabawnych i głupich.

Robisz więc to co zwykle - wyjmujesz z opowieści Camerona Crowe jeden wątek, ten najbliższy tobie i znęcasz się nad nim jak sadystyczny dzieciak nad bezpańskim kotem. Wątek, oczywiście, dziennikarski, bo przecież jakiś idiota (Paweł Huelle) zapłodnił cię na czwartym roku myślą, że dziennikarstwo jest cool i dzięki temu siedem lat później siedzisz w Wirtualnej Polsce, bez żadnych szans na awans i rozwój, wkurwiony na wszystkich, którzy cię zdradzili i załamany kondycją zawodu. Patrzysz na Williama Millera - 15-letniego geniusza maszyny do pisania, wyruszającego w pierwszy rajd za zespołem rockowym ze zleceniem od "Rolling Stone" - i zastanawiasz się, kiedy to, co robisz przestało przypominać twoje marzenia, a zaczęło brudną, prostą prostytucję wieszczoną w latach 80. przez Davida Simona, a uprawianą dziś, między innymi przez ciebie: wyzbytego ze snów, cynicznego, myślącego tylko o podwyżce, szansach na przekwalifikowanie i jakiejś przygodzie, najlepiej w innym, lepszym korpo, które przecież istnieje. Prawda?

Nagle budzisz się w nieistniejącym świecie zaliczek, dwóch tygodni na napisanie tekstu, opłaconych delegacji i mentorów o twarzy Philipa Seymoura Hoffmana powtarzających, iż najważniejsza jest uczciwość i brak litości - tak szczerze i prawdziwie, że zaczynasz się zastanawiać, czy jego śmierć nie nabiera jakiegoś intymnego, symbolicznego wymiaru, tylko dla ciebie, egoisty bez sumienia, wystarczająco skupionego na sobie, by interpretować cudzą śmierć pod siebie.

 

Choć wiesz, że te czasy już się skończyły i nigdy nie wrócą. Czasy, w których mogłeś ufać czytelnikom nawet nie dlatego, że ich lubiłeś, ale dlatego, że to im zależało na twoim krytycyzmie. Czasy dżentelmeńskich umów i chińskich murów. Czasy tekstów krytycznych, szczerych, wypracowanych, opłacanych. Czasy, gdy wynagradzano za słowa i warsztat, gdy ktoś sprawdzał cytaty, zatrudniano korektorów i organizowano prawdziwe kolegia redakcyjne - na których ścierały się idee, a nie tabelki Excela.

Duma każe ci tęsknić. Za niezależnym dziennikarstwem, pismakami pokroju Williama i telefonami z "Rolling Stone". Ale przeklęta lewacka wrażliwość pyta, czy naprawdę byłbyś po właściwej stronie lustra. Czy w tych wyidealizowanych latach 70. nie znalazłbyś się po drugiej stronie - niedostrzeganej, pomijanej zapomnianej. O której Pratchett napisał "Ruchome obrazki"* - której nigdy nie pozwolono odkryć własnego talentu, bo z góry przesądzono o jej losie. Nagle stajesz przed wyborem, czy twoje marne pisarstwo w kiepskim portalu nie jest więcej warte niż niemożliwy do zrealizowania sen o sławie w staroszkolnym dziennikarstwie.

Przecież jeszcze w latach 90. szansa, że ktoś odkryje chłopaka z Olsztyna i pozwoli mu prowadzić największy portal o czymkolwiek była minimalna. Prawdziwych Williamów nie było (poza tym, że był, bo "Almost Famous" to film semi-autobiograficzny), byli tylko wybrańcy u koryta - przeciętni lub utalentowani, ale zawsze dobrze urodzeni - i zastępy świetnie piszących anonimów, nie mających szans na nic więcej niż laury w powiatowym konkursie literackim, uścisk dłoni marszałka i ekskluzywne wydanie "Potopu" w prezencie.

A później film się kończy, po raz drugi, wino wciąż krąży w żyłach i jedyne, o czym myślisz to, jak przekonać kogokolwiek do obejrzenia "Almost Famous". Przeżycia tego, co ty. W jakim języku krzyczeć? Jakie słowa dobrać? Jak sformułować zdania? Jedyne w czym jesteś dobry, to język polski, więc nalewasz kolejną szklankę wina (zaśpisz na poranny pociąg do Olsztyna, to pewne, już prawie świta), siadasz do biurka i zaczynasz napierdalać w klawiaturę. To ostatni sposób, jaki znasz na przekazywanie skomplikowanych uczuć, a tylko takie w sobie znajdujesz po obejrzeniu tego majstersztyku.

 

Amen.




 

* "Wiesz, co jest największą tragedią tego świata? - Ginger wcale nie zwracała na niego uwagi. - Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć." T. Pratchett, "Ruchome obrazki"

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19