| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
statystyka

Lista Nienawiści

sobota, 12 listopada 2011

Oczywiście, że jestem przeciwko demonstracji ONR i Młodzieży Wszechpolskiej - nie dlatego, że nie podoba mi się świętowanie niepodległości, ale dlatego, że obie organizacje słyną przede wszystkim z łysych panów w szalikach zamawiających po pięć piw na raz. Ziemkiewicz, Kukiz, Zaremba i cała reszta prawicowej wierchuszki robi źle popierając marsz, który co roku kończył się wysyłaniem Żydów do gazu, hajlowaniem i rozróbami. Wystarczyło by zwołali własną demonstrację, a ONR i MW zostawili policji.

Na szczęście polski bieda-faszyzm ma to do siebie, że sam kompromituje się najlepiej, więc swój marsz okrasili występami kiboli, petardami, zdemolowanymi przystankami i palonymi samochodami.

I oczywiście podoba mi się pomysł Kolorowej Niepodległej. Nawet nie jako demonstracji przeciwko Marszowi, ale jako osobnej imprezy pokazującej, że Polakami są też kobiety, homoseksualiści i ludzie, którzy nie lubią piłki nożnej. To dobry kierunek, może w przyszłości będzie z tego jakieś normalne centro-lewicowe, obywatelskie świętowanie, bo jest przecież co świętować.

Ale zapraszanie do Polski niemieckich zadymiarzy? Łażenie po ulicach z bejsbolami? Kominiarki? Zaczepianie przechodniów tylko dlatego, że mają polska flagę czy biało-czerwony szalik? Barykadowanie się w Nowym Wspaniałym Świecie, jak dzieci przepłoszone z piaskownicy?

Seriously Krytyko Polityczna? POPIERDOLIŁO WAS?! Jaki dokładnie mieliście pomysł? Na serio, chciałbym to usłyszeć, myślę, że wiele osób by chciało. Jak to miało wyglądać? Jaki błyskotliwy plan uknuliście? Jak zamierzaliście to rozegrać? Bo jedyne co wam wyszło, to spierdalanie przed policją, chowanie sie w pubie (wyszliście na pizdy nawet przed kibolami) i ośmieszenie całego pomysłu Kolorowej.

Że jesteście idiotami podejrzewałem od dłuższego czasu, teraz myślę, że jesteście niebezpiecznymi idiotami.

poniedziałek, 23 maja 2011

czyli o wyższości "How I Met Your Mother" nad "The Big Bang Theory"

 

Z serialami ze śmiechem z puszki jest o tyle łatwiej, że można poznać, co śmieszy twórców, i kiedy oczekują, że śmiać się będzie widz. To ułatwia mi nielubienie "The Big Bang Theory".

Rzecz dzieje się w 14 odcinku 4 serii. Sheldon odgrywa swoje dziecięce opowiadanie, w którym przylatuje po niego ekipa Star Treka, a mama z radością się go pozbywa. Chwilę później dochodzi do załamania i widzimy płaczącego geeka proszącego matkę, by ta zapewniła go, że jego dziecięce lęki się nie spełnią. Obraz raczej przygnębiający… Nie dla twórców TBBT! Cała scena komentowana jest głośnym, sztucznym rechotem, jakby sala pełna buców upajała się łzami dorosłego faceta, bo "och jakie śmieszne, że koleś miał ciężkie dzieciństwo i wciąż czuje się niepewnie!"

Na tym polega mój problem z TBBT - to serial, który wyśmiewa mniejszość, karykatyzuje ją i wykrzywia. I nie ma znaczenia, że to nie geje czy czarni, a zwykłe geeki. Śmiejąc się z Sheldona czy Raja czuję się jak szkolny osiłek znęcający się nad mniejszym kolegą. Żaden z czwórki głównych bohaterów nie jest zabawny sam z siebie. Nie śmieszą nas sytuacje czy dialogi. Śmieszy nas ich inność i nieprzystosowanie. Wszyscy są też ucieleśnieniem negatywnego stereotypu. Z Howardem, przyszłym gwałcicielem, na czele i Sheldonem, człowiekiem-robotem, jako jego upośledzonym sidekickiem. Wszystkie postacie "normalsów" przedstawiane są zaś neutralnie, jakby to do nich należała słuszność większości - wchodząc w świat czwórki bohaterów zachowują się niczym biali ludzie zafascynowani afrykańskimi dzikusami.

TBBT to taka właśnie wyprawa do ludzkiego zoo, w którym pokazują ci afrykańską wioskę - niby interesujące i zabawne, ale coś dziwnego dzieje się w twoim wnętrzu gdy dostrzegasz większy obrazek. Dlatego, gdy chce się pośmiać wybieram raczej "How I Met Your Mother", serial być może nieco gorzej zrealizowany (ale poczekajmy aż TBBT dożyje 6 serii), ale z pewnością mniej okrutny. Choć przecież i tu cel (nowojorskie hipsterstwo) jest wdzięczny i często sam pcha się pod pręgierz.

W obu serialach główne postacie komiczne grają geje. Ale gdy mam do wyboru śmiać się z geja udającego stereotypowego samca alfa, stojącego na szczycie łańcucha pokarmowego korporacyjnego hitmana i wszechruchacza (w skrócie ZŁO) i geja, który najprawdopodobniej sam doświadczył dyskryminacji, a teraz wyśmiewa nieprzystosowanego społecznie odludka z traumatycznym dzieciństwem (w skrócie NIEWINNOŚĆ), to nie mam wątpliwości.

Sheldon Cooper, weź spierdalaj.

Sheldon Cooper, weź spierdalaj

środa, 27 kwietnia 2011

Przez całe życie ponad tłumne spędy i masowe koncerty przedkładałem spokojną napierdółkę w domu, sam, z filmem z wypożyczalni porno, dziesięcioma browarami, trzema tanimi winami, siedmioma vicodinami i zdjęciem "tej, której nigdy nie miałem". Dlatego nie jestem może światowej sławy autorytetem w dużych imprezach, ale na kilku byłem. A jako, że pochodzę z Olsztyna, tak się złożyło, że w trakcie swojego smutnego życia byłem też na 7 Kortowiadach. I zaufajcie mi, kiedy mówię, że to najbardziej chujowa impreza w tym kraju.

Zanim zaczniesz hejterzyć w komciach wiedz, że najprawdopodobniej byłem na Kortowiadzie w czasach, gdy ty z Internetem łączyłeś się przez modem. Upijałem się tam, gdy podniecałeś się Dragon Ballem, a w kortowskim błocie taplałem się, gdy wyrastałeś z Tokio Hotel. Byłem tam w czasach, których dziś się wstydzę. Byłem tam punkiem, zdesperowanym samobójcą o złamanym sercu i zwykłym licealnym pijakiem rzygającym na modne trampki. Byłem tam nawet zakochanym, pierwszorocznym polonistą. Podniecała mnie wtedy atmosfera studenckiego bajzlu, taniego alkoholu i chujowego nagłośnienia. Dziś stać mnie już tylko na diss.

Jedyne, co ma do zaoferowania Kortowiada, to rozrywki dla żuli – kup pan kratę taniego browara, przewróć się w błoto i podrywaj przemykające półlegalnie małolaty na swój studencki czar. Muzyki nie posłuchasz, bo nie dość, że organizatorzy wytrwale promują chujowych wykonawców ogniskowych przytupanek (idealnie nadających się na imprezę integracyjną klubu miłośników Dżemu czy grilla z wykładowcą od językoznawstwa opisowego) to jeszcze całość odbywa się na kortowskiej górce - ze sceną u jej stóp i tobą na jej szczycie nie licz na jakąkolwiek akustykę. Zresztą krótki wgląd w tegorocznych wykonawców wiele mówi o guście organizatorów – półgoła plastikowa pani reklamuje nam takie świeżynki jak Elektryczne Gitary, Lady Punk czy post-licealny warmijski hicior (odkryty właśnie w Polsacie) Enej, znany z grafomańskiego hymnu imprezy. Nie mogło też zabraknąć Dżemu, mistrza muzyki szmacianej, bez którego zabawa byłaby niemożliwa – no bo przy czym airguitarowaliby ci wszyscy długowłosi buntownicy w kraciastych koszulach?

Pozostaje pytanie, czy da się tam bawić. Się nie da. O ile po wypiciu trzech beczek rozwodnionego browara nie stracisz przytomności w jakimś strategicznym miejscu, masz wszelkie szanse, by zgubić się na nieoświetlonej górce, dostać w ryj od olsztyńskiej bandyterki lub zostać zarzyganym przez przypadkowego pijaka, całkowicie pewnego, że zrozumiesz dowcip. W najebanym, śmierdzącym tłumie nie usłyszysz muzyki (choć może to i szczęście), za to nawąchasz się spawów i naoglądasz półprzytomnych dziewczyn, rozbieranych spiesznie przez ich anonimowych adoratorów.

Ale najgorsze, że Kortowiada doskonale wpisuje się w bucowaty mit studenta – niedorosłego, nieogolonego pijaczka przepychanego z roku na rok, żeglującego, ogniskującego i użalającego się nad niepewną przyszłością absolwentów filozofii. Sława tej imprezy bierze się przede wszystkim z pijackich opowieści takich właśnie swetrzastych indywiduów, co to siódmy rok robią drugi rok zarządzania czy czwarty semestr polonistyki. Snute przez nich wspomnienia to piękne historie o przyjaźni, harmonii i wolności.

Ta idiotyczna legenda "największych juwenaliów w Polsce" (komplement w stylu "najciekawsze choroba na oddziale") dotarła już nawet do Gdańska. I choć wyjechałem, to znów muszę słuchać bredni powtarzanych przez bajdurzących przegrańców mających się za ludzi z fantazją, zza których wychyla się smutna historia skisłego piwa, niesmacznych petów, rzygających kumpli i niewydarzonych muzyków.

Więc zanim pojedziesz, zapamiętaj. Kortowiada to śmierdząca, źle zorganizowana i przeludniona bzdura i żadne legendy tego nie zmienią. 100 tysięcy ludzi tapla się tam w błocie w rytm żałosnego rzępolenia, a żeby móc spojrzeć sobie później w oczy dopisuje do tego mit godzien pierwszego Woodstocku. Nie mów, że nie ostrzegałem.

wtorek, 15 grudnia 2009

 

Berlusconi dostał w ryj. I dobrze. Nie tam, że od razu życzę mu śmierci, kastracji i innych takich, ale bardzo cieszy mnie, gdy idioci namaszczający się na naszych liderów zdają sobie sprawę jak niewiele trzeba by przekroczyć granicę między nimi a nami.

Włoski dupek nigdy nie ukrywał, że jest chujem. Jego poglądy zawsze lawirowały pomiędzy szowinizmem, faszyzmem, idiotyzmem i skrajnym skurwysyństwem. Jest przestępcą, który zmienia prawo, by nie zostać skazanym. Jednym z najgorszych, najbardziej zeskurwysyniałych polityków w Europie.

Blisko mu do polskiej ekstraklasy politycznej, ale jednak jeszcze trochę brakuje.

Dlaczego oni mogą niszczyć ludziom życia, a my im nie? Mamy butelki z benzyną, kamienie i miniaturowe figurki katedr! Wystarczy tylko rzucić!

środa, 09 grudnia 2009

Loczki w Trampkach mnie namierzyły. I się wypowiedziały na swoim loczkowo-trampkowo forum o moim blogasku. A że takich Loczków w Trampkach lepiej nie niedoceniać (w kilka ledwie lat zniszczyli muzykę rockową, przypisali sobie legendę przeklętych rockowców, przekonali wszystkich, że malowanie się nie jest gejowskie i posuwają wszystkie nastolatki, o których ty tylko możesz marzyć) postanowiłem odpowiedzieć.

Zaczęło się od użytkownika czołgaja, który zlinkował moją recenzję „Zombielandu” pisząc, że wiem co piszę. Chwilę później pochwalił mnie sam ojciec chrzestny vel godfather (nadal uważacie, że nie należy ich się bać? to spójrzcie co zrobili z Open’erem!), a następnie zniszczył/a mnie mulligan pisząc tak (teraz mnie wklejanie grafiki rozjebie lejałt blogaska… mam za swoje, że zadzieram z Loczkami!):

Dowód 1

No i się potoczyło. Zaraz zaczęli mnie wyzywać od doktorantów (czy ja ci wyrzucam, że słuchasz chujowej muzyki?) i od takich co to mają do siebie dystans (pewnie, kurwa, że mają, cały ten wpis jest dowodem mojego kurewskiego dystansu! cały jestem dystansem! a ty słuchasz chujowej muzyki długodystansowcu!).

A na koniec się okazuje, że się na filmach w ogóle nie znam, bo zauważyłem, że Harrelsonowi wyszła druga rola z rzędu, a Murray ma dystans do siebie. W takim oto stwierdzeniu się okazuje:

Dowód 2

No więc ja już od pewnego czasu podejrzewam, że ludzie czytający mojego blogaska to idioci i psychopaci (i teraz jeszcze Loczki w Trampkach), więc czas chyba na małą instrukcję obsługi strony, co by uzasadnić dlaczegom napisał o drugiej roli Harrelsona z rzędu.

Dowód 3

Później jest już zupełnie chujowo. Opada moja maska i wszyscy mogą przeczytać moje nazwisko i jeszcze podejrzewa mnie się o jakąś ironię, a przecież ja jestem normalnym chłopakiem z Pieczewa.

A na końcu padło wyzwanie (zwróćcie uwagę na sformułowanie „się zrobiła” zamiast „se zrobiłem” - Loczka nie da się przecenić, Loczek to przeciwnik groźniejszy niż obdażony mocami Jedi Predator).

Dowód 4

No i ja, żeby usłyszeć, że recenzja bardzo fajna i udowodnić, żem nie tłumok (bo dziewczyny Loczków w Trampkach są zazwyczaj piękne, inteligentne i bardzo seksowne, zwłaszcza ta jedna co ją znam, i zależy mi na jej opinii) odpowiem:

„Urodzeni mordercy”. I wiem, że to nie ostatnie 10 lat, tylko 15, ale jestem starszy, żyłem w tamtych czasach i mnie można więcej, więc pocałuj mnie w dupę.

PS Jeżeli wzięłaś udział w powyższej dyskusji, stałaś po mojej stronie, jesteś kobietą, jesteś młoda i jesteś ładna, to odezwij się. W zamian obiecuję wspomnieć o tobie w podsumowaniu z okazji 200 tysięcy klików.

 
1 , 2 , 3 , 4