| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
statystyka

Bzdury

czwartek, 12 marca 2015

Nie wiem, czy Terry Pratchett ukształtował mnie takiego, jakim jestem. Wiem, że ze wszystkich pisarzy, którzy przewinęli się przez moje życie, to jego książek przeczytałem najwięcej.

***

Długo kochałem go bezwarunkowo, jak przystało na nastolatka. Nie rozumiejąc jeszcze do końca "Równoumagicznienia" czy "Trzech wiedźm", zagłębiałem się w Świat Dysku z naiwnością dzieciaka wychowanego na DragonLance, odkrywającego, że fantastyka mieści w sobie coś więcej niż półnagie torsy, dwuręczne miecze i pradawne smoki. Dopiero na studiach dostrzegłem, że za żółwiem, słoniami, magami i świetnym humorem kryją się kunsztowny język i mądra myśl.

Przesadziłbym pisząc, że to dzięki Pratchettowi stałem się lewakiem, ale z pewnością otworzył me oczy na kilka tematów. Jego Rincewind uświadomił mi, że nawet męscy bohaterowie heroicznego fantasy bywają egocentrycznymi idiotami. Straż Miejska nauczyła szacunku do instytucji państwa i przypomniała, że czasem za idiotycznymi prawami i upierdliwymi procedurami stoi troska o zwykłego obywatela. Babcia Weatherwax nie tylko dała wykład z Szekspira, ale i nauczyła doceniać surowy hart ducha - i pamiętać, o suchych, starszych paniach, na których barkach nasz świat opiera się w tym samym stopniu, co Świat Dysku na czterech słoniach.

Jednak najbardziej udaną postacią Pratchetta była niedoceniana dziewczyna z Kredy - Tiffany Obolała. Książki o niej przyszły do mnie w idealnym momencie. Akurat, gdy dorosłem na tyle, że zdałem sobie sprawę, iż twórczość Pratchetta to jednak literatura dla nastolatków i akurat, gdy wykształciłem się wystarczająco, by przyznać się przed sobą samym, że wcale mi to nie przeszkadza.

Tiffany to jedna z najpiękniejszych postaci współczesnej literatury. Pospolita, nieładna dziewczyna, która nie radzi sobie zbyt dobrze z magią. Nie tak zgrabna, jak ładniejsze koleżanki. Nie tak utalentowana, jak koledzy magowie. Nie tak twarda jak legendarna Babcia Weatherwax. Ale dzielniejsza niż oni wszyscy. Czerpiąca siłę właśnie ze zwyczajności. Z poczucia godności, zrozumienia dla innych i zwykłej empatii. Jej misja nie polega na ratowaniu świata, a heroizm ogranicza się do prostych, ludzkich aktów miłosierdzia. Wobec 13-latki, która poroniła i pijanego ojca, który ją skatował. Wobec zagubionego dziecka i zbyt dumnej księżniczki.

Gdy przeczytałem już kilka książek, dostrzegłem w Tiffany fatalistyczne poczucie konieczności z książek Josepha Conrada, "Innego Świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy wierszy Herberta. To właśnie Pratchett, a nie oni, nauczył mnie, by ponad krzykaczy z wielką wizją składających obietnice bez pokrycia, przedkładać mrówczą pracę anonimowych społeczników. A zachwyt nad Tiffany obolałą pchnął mnie w objęcia platonicznej miłości do Janiny Ochojskiej.

***

Czasem się z nim nie zgadzałem. Jak chociażby czytając książki o finansjerze. Nie rozumiałem skąd w nim ten zachwyt nad pieniężną szarlatanerią. W typach pokroju Moista von Lipwiga dostrzegam więcej zagrożeń niż szans, zaś ich krasomówcze popisy i tabelkowe czary mary, kataloguje jako zwykłe oszustwa.

Czasem mnie wkurzał. Wychwalając postęp zapominał, iż nowoczesne technologie niosą i niebezpieczeństwa. Zdarzało mu się ignorować wykluczone grupy społeczne (Ziemia Podstawowa w Długiej Ziemi) naznaczając je, jako zacofany "ciemny lud". W technologii, w której coraz więcej współczesnych widzi zagrożenia dla bezpieczeństwa, prywatności i miejsc pracy, on dostrzegał tylko szanse. Naiwnie i bezsensownie, jakby niczego nie nauczyła nas rewolucja przemysłowa.

Czasem pakował mnie w kłopoty. Chciałem się do niego zbliżyć tak bardzo, że parłem nawet, gdy go nie było w pobliżu. Podczas wywiadu z Nailem Gaimanem dużo bardziej niż na autorze "Amerykańskich bogów" zależało mi na komentarzu wobec twórczości jego przyjaciela. Wyszło niezręcznie i niegrzecznie, a ja do tej pory wspominam tę rozmowę, jako jedną z najgorszych, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem.

Czasem mnie rozczarowywał. Wyżywałem się na nim ostatnio za cykl o Długiej Ziemi. Niepotrzebny, nietrafiony, przegadany i nieśmieszny. Nie pozostawiający w czytelniku żadnej głębszej myśli, edukujący topornie, na siłę. Karykaturalnie nieudany w porównaniu do niedawnej "Nacji" - doskonałej. Pratchett zdaje się w nim zafascynowany własnymi pomysłami tak bardzo, że zapomina o tym, co zawsze wychodziło mu najlepiej - przekonujących, pełnowymiarowych bohaterach, będących czymś więcej niż egzemplifikacją myśli przewodniej.

Czasami mnie zwyczajnie nudził. Ostatnie powieści ze Świata Dysku odpuściłem. Schematy są w nich zbyt czytelne, bohaterowie zbyt dobrze znani, pomysły zbyt przewidywalne. Miałem dość tych samych powieści wydawanych w równych odstępach czasu. Tej samej struktury powtarzanej wciąż i wciąż. Skserowanych dowcipów. Książek produkowanych, a nie tworzonych. Pisanych zgodnie z wzorem, który wprawdzie Pratchett wymyślił, ale z którego korzystał zbyt długo.

***

Myślałem ostatnio, że Terry Pratchett już mi przeszedł. Że ciągnąca się od 16 lat "faza" dobiegła końca. Przecież odkryłem China Mieville'a! Ale cholernie się myliłem. Bo, inaczej niż nastoletnie zauroczenia, miłości do pisarzy nie przechodzą wraz z wiekiem - zagnieżdżają się tylko w najdziwniejszych rejonach naszych dusz, by co jakiś czas o sobie przypominać. Pratchett robił to zaskakująco często. Mimo, iż przestałem kupować jego książki, wciąż nim myślałem. Wyłaził mi w rozmowach i dyskusjach politycznych. Dawał znać, przy lekturze każdego innego fantasy. Chciałem do niego wrócić, ale wydawało mi się, że nie muszę się z tym spieszyć, że skoro przez całe życie jakaś jego kolejna książka była na wyciągnięcie ręki, to zawsze tak będzie.

Cóż. Głupi byłem.

 

PS. Nie zapominajmy o Joshu Kirbym...

piątek, 18 lipca 2014

Pamiętajcie. Są dobre małpy i złe małpy. Dobrzy ludzie i źli ludzie.

Ta scena, dla której warto

"Rekiny zabijają rocznie kilkanaście osób" - myślę, gdy pierwsze małpy przemykają po ekranie. Dumne tak, jak dumni potrafią być tylko cyfrowe naczelne ery CGI i blue box. Niepokojąco podobne do żywych aktorów, z mordkami powykrzywianymi w grymasach odegranych przez Andy'ego Serkisa.

"Ludzie rejestrują ataki rekinów od XVI wieku. W tym czasie doszło mniej więcej do 2500 niesprowokowanych incydentów" - kołacze się w mojej głowie, gdy Cezar naucza swojego syna, zły Koba sugeruje, że będzie zły, a na ekranie pojawia się Kodi Smit-McPhee z niedocenianej amerykańskiej wersji "Pozwól mi wejść". "To był świetny film" myślę, na moment zapominając o rekinach. "I jeszcze lepsza książka".

"Niewielka liczba ataków rekinów kończy się śmiercią człowieka, o wiele częściej drapieżnik, zorientowawszy się, że nie atakuje łatwej zdobyczy, po prostu się wycofuje" - przypominam sobie, gdy sztywny Jason Clarke po raz kolejny uderza w tekst o spokoju, odpowiedzialności i powinności, a jego upośledzony współpracownik odgraża się setce inteligentnych, uzbrojonych szympansów. Siedzę tu już godzinę i załapałem, że istnieją dobrzy ludzie i źli ludzie. Wydaje mi się także, że ogarnąłem podział na dobre małpy i złe małpy. Wszystko to, myśląc o rekinach.

"Ludzie zabijają od 100 do 300 milionów rekinów rocznie. Brzmi niewiarygodnie, ale pamiętajmy, że rekiny to nie tylko żarłacz biały czy rekin tygrysi, ale i wiele spokojnych gatunków, które nigdy nie atakują ludzi. Jak chociażby rekin wielorybi - największa ryba...". Na chwilę tracę wątek, bo na ekranie pojawia się "Black Hole" Daniela Clowesa Charlesa Burnsa, jeden z tych komiksów, których kiedyś nie doceniłem, a do których muszę wrócić, może się myliłem. Ale najbardziej interesująca scena filmu prowokuje mnie do nowych rozmyślań. Przypominam sobie aferę plagiatową wywołaną przez Shia LaBeoufa i jego nieudolne próby zachowania twarzy. I worek na głowie, z napisem "nie jestem sławny" i występ w "Nimfomance". Ciekawe czy czwarte "Transformersy" to naprawdę taka porażka...

Bo wiecie, okazuje się, że ósmy film o planecie małp - będący drugą częścią serii prequelowej wobec remake'u z 2001 - jednak nie jest dobry. Ja rozumiem, że małpy skaczą, ludzie się boją, i O MÓJ BOŻE, CZY TA MAŁPA WŁAŚNIE SZARŻUJE NA KONIU DZIERŻĄC W DŁONIACH DWA WIELKIE RKM-y?!, ale ile można słuchać idiotycznego pitolenia małp i ludzi? Są dobre małpy i złe małpy, dobrzy ludzie i źli ludzie. I tak w kółko, jakby scenarzystom wydawało się, że odkryli jakiegoś Świętego Graala scenopisarstwa, bo przecież jedyną bolączką wysokobudżetowych knotów z Hollywood jest ich jednostronność. Otóż nie, jest jeszcze kilka innych problemów. Na przykład debilny dydaktyzm, którego w "Ewolucji planety małp" jest więcej niż w najgorszych animacjach Disneya.

Pamiętajcie: są dobre małpy i złe małpy, dobrzy ludzie i źli ludzie. Dobre małpy chcą pokoju, złe małpy chcą wojny. Dla odmiany: źli ludzie chcą wojny, dobrzy ludzie chcą pokoju.

Nie będzie zaskoczeniem, jeżeli napiszę, że nie ma tu żadnych bohaterów - są jedynie papierowe ludziki definiowane przez pojedyncze sceny i mielone w kółko przesłanie. Manekiny odgrywające swoje role bez żadnego zaangażowania, skazane na prostackie podziały na dobro i zło. I tę szarą strefę pomiędzy, która jest taka niedwuznaczna, tak pułapek pełna, tak zwodnicza, że w ostatniej scenie dosłownie widzimy Malcolma znikającego w cieniu...

Na przykład Cezar, nieufny małpi geniusz, przez którego przemawia mądrość wszystkich Nelsonów Mandelów i Lechów Wałęsów ludzkiego świata. Albo harcerzy Malcolm, co to stracił żonę, ale wciąż ma syna, zależy mu więc na życiu w spokoju i świecie bez wojny. Albo Dreyfus grany przez zdegradowanego Gary'ego Oldmana - postać z szufladki numer 3, tej ze złoczyńcami udającymi sympatycznych facetów, ale wariującymi w ostatnich scenach. Przez drugoplanowe postaci małpie nawet nie chce mi się przekopywać, bo to już sa zwykłe hasła - syn marnotrawny, zawistny rywal, matka-księżniczka, orangutani mędrzec (to chyba przypadkowe nawiązanie do Świata Dysku) i tak dalej i tak dalej, aż do momentu, gdy znajdujemy się w domu z poprzedniego filmu i okazuje się, że James Franco na starym zdjęciu jest najlepszym aktorem w tym badziewiu.

"Rzeźby tworzone przez starożytnych Greków - te wszystkie piękne posągi ładnych panów z małymi siusiakami - wcale nie były białe. Grecy je malowali, ale mieli problem z trwałością barwników. Dlatego dzisiaj widzimy już tylko kamień" - myślę, gdy Cezar walczy z Kobą, a Malcolm z Dreyfusem. Bo wiecie, są dobre małpy i złe małpy. Dobrzy ludzie i źli ludzie. Grecy nie byli wcale tacy nudni, rekiny są wyżynane na całym świecie, muszę sobie powtórzyć "Black Hole", ciekawe czy zamknąłem drzwi na klucz, balonik, parka z tyłu się chyba całuje, bitwa o Psie Pole to propagandowe kłamstwo, ach, jakie dobre było "Breaking Bad", muszę się w końcu wziąć za doktorat i skończyć scenariusz, a Shii LaBeoufowi po prostu odpierdoliło, może to przez występ w "Nimfomance", w której miał niezłą rolę i nie najgorszą scenę rozdziewiczenia. ANAL!

planetazdjecieost

Tekst publikuję jednocześnie na blogasku Niezatapialni.pl, gdzie możecie mnie ostatnio znaleźć.

wtorek, 12 listopada 2013

Jakże żałośnie słaba jest filmowa "Gra Endera"…

Jeżeli nie chcesz spoilerów, to przestań czytać w tym momencie, wypożycz książkę i nie oglądaj filmu.

Naprawdę byłem dobrej myśli. Nie tylko dlatego, że to ekranizacja kultowego science fiction, ale także dlatego, że specjalnie na tę okazję owo kultowe science fiction przeczytałem i okazało się, że powieść Orsona Scotta Carda nie zestarzała się ani odrobinę. Wciąż jest doskonałym dramatem psychologicznym, w którym mniej chodzi o pif paf z kosmitami, a bardziej o rozważania na temat granic ludzkiej wytrzymałości, mesjanizmu i faszystowskich promilitarystycznych ideologii dzielących ludzi (i obcych) na "naszych" i "innych", usprawiedliwiających zrobienie z "innymi" wszystkiego, co najgorsze, by chronić "nasze" i przedkładających dobro ogółu ponad dobrem jednostki.

gra endera okładka

To w żadnym momencie nie jest przygodowa powieść o walce z robalami. To jest książka napisana przez skrajnego chrześcijanina (nie chcę nikogo obrazić, ale Mormoni to chyba już naprawdę skrajność?) o genialnym dziecku wyhodowanym w jednym tylko celu - by zbawiło ludzkość. Zmuszonym poświęcić wszystko dla ludzi, którzy przez całe życie je okłamują, szykanują i krzywdzą. Nie chcę napisać, że to opowieść o kosmicznym Jezusie Chrystusie, ale inspiracje są czytelne.

"Gra Endera" to historia o okaleczonej, sponiewieranej, połamanej istocie ludzkiej, którą wielka machina przetrwania wchłania, miele i wypluwa w imię wyższego dobra, ignorując całkowicie jej wolę czy marzenia. Ender jest najbardziej samotnym człowiekiem we wszechświecie. Odizolowanym od rodziny, skonfliktowanym ze wszystkimi rówieśnikami, szanowanym tylko dzięki inteligencji, zmienionym w potwora zdolnego do morderstwa, a nawet ludobójstwa. To nie jest miła historia dla hollywoodzkich aktorów i podtatusiałego Harrisona Forda. To okrutna, przejmująco smutna fabuła w stylu "Władcy much", w której kosmosy i robale, są tylko tłem, bo co nas obchodzi jakaś inwazja, jeżeli na pierwszym planie kilkuletnie dziecko zostaje doprowadzone na skraj, a następnie pchnięte, i znów pchnięte, i znów, i znów…

Końcowy zwrot akcji jest tu równie oczywisty, co w Nowym Testamencie. To, pisząc słowami mego przyjaciela Dominika, bardziej "plot" niż "plot twist". Rozgryzie go każdy, kto przeczytał wcześniej więcej niż jedną czytankę. O ile jednak czytelnik książki wie, że Ender może nie chcieć stać się Peterem, ale i tak się nim stanie, o tyle w spłycającym psychologię postaci filmie zwrot sugerują nam efekty specjalne. To co w powieści z lat 70. opisywane było jako gra i symulacja, w kinie zobrazowano z przepychem typowym dla fabryki snów. Dzięki czemu widz przez cały trzeci akt domyśla się, że przecież nikt nie wydałby tylu pieniędzy na jakąś tam symulację. To głupie, ale do obronienia - twist w finale "Gry" powinien być zaskoczeniem tylko dla Endera: genialnego dziecka, ale jednak dziecka. Nie spodziewającego się, jak perfidny i zdradziecki potrafi być świat dorosłych. Nie spodziewającego się, że jego okrutni opiekunowie wrobią go w ludobójstwo.

Smutnej historii Endera nie da się opowiedzieć w efektownym blockbusterze operującym tradycyjną strukturą, dwoma obowiązkowymi punktami kulminacyjnymi, wymuszonym plot twistem i dodanym na siłę wątkiem romantycznym. A tym chce być "Gra Endera" - zwykłym, płaskim blockbusterem. Tymczasem tutaj trzeba by nie kina akcji, a filmu-opowieści. Nie "Szybkich i wściekłych" w kosmosie, ale "Życia Adeli"* z wielkimi mrówkami zamiast scenek porno. By opowiedzieć o samotności tak wielkiej, że zaczynasz rozumieć (i kochać) obcą rasę, potrzeba cierpliwości, a nie wysokiego budżetu. W tej marnej, pozbawionej ambicji ekranizacji, za którą Card jest niestety współodpowiedzialny, nie ma nic z geniuszu powieści. Najsamotniejsze dziecko na świecie ma tu nie tylko przyjaciół, ale i kochających rodziców i sympatycznego przełożonego. Nie odczuwamy jego bólu i osamotnienia, bo kilkuletnie szkolenie polegające na ciągłym przekraczaniu granic wytrzymałości skrócono do kilku króciutkich scen i dwóch (liczbowo: 2) mało wymagających walk! W geniusz Endera, w który w powieści wierzymy zarówno dzięki jego wspaniałym strategiom, jaki i dzięki rodzeństwu, zdobywającemu ukradkiem władzę na Ziemi, w filmie musimy wierzyć na słowo, bo nie ma czasu, żeby je przedstawić (wątek rodzeństwa całkiem wycięto). Jeżeli jakaś książka zasługuje na trylogię, to właśnie "Gra Endera", a nie ten cholerny, głupi "Hobbit". Tylko, że nikt nie ma dziś jaj, by zrobić trzy smutne filmy sf o odrzuconym, poniewieranym dziecku i z rozczarowującym finałem, w którym trzeba by pokazać wektorową symulację i głównego bohatera złamanego własnym sukcesem.

 

* Lofciam totalnie!

środa, 24 kwietnia 2013

W zeszłotygodniowym "Forum" (kupujcie, bo to świetna, bardzo źle sprzedająca się gazeta!) artykuł o miliarderze Peterze Thielu (granym w "The Social Network" przez Wallace'a Langhama), który chce ufundować libertariańskie państwa-raje pływające po oceanach. Nazywane na przykład Appletopia, gdyby funkcjonowała w nim akurat dyktatura Apple (i tak lepsza niż funkcjonujący obecnie "kartel państw").

W tym pięknym śnie o wolności "chodzi między innymi o zniesienie ochrony socjalnej i płacy minimalnej, mniej restrykcyjne przepisy budowlane i usunięcie części ograniczeń w posiadaniu broni" (artykuł nie tłumaczy niestety po co libertarianom broń na rajskich wysepkach na środku oceanu, gdzie obywatele konkurowaliby ze sobą na pomysły biznesowe). Wspólnikiem Thiela nie jest wprawdzie Ayn Rand, ale na straży ideowej czystości stoi Patri Friedman, pomysłodawca tego szaleństwa, wnuczek Miltona Friedmana starego kumpla z Chicago.

Thiel tak uzasadnia swoją wizję: "Konstytucja Stanów Zjednoczonych dopuszczała na początku rzeczy, na które dzisiaj już się nie pozwala. Pytanie brzmi zatem: «Czy możemy wrócić do punktu wyjścia? Jak zacząć od nowa? »" I pomijając fakt, że to są dwa pytania, warto zwrócić uwagę, że pisana w XVIII wieku konstytucja Stanów Zjednoczonych dopuszczała między innymi niewolnictwo, zaś ubóstwiane dziś prawo do posiadania broni, nie jest żadnym prawem do posiadania broni, a prawem do tworzenia uzbrojonych milicji, które miały sens w czasach, gdy młode państwo wciąż martwić się musiało inwazją imperium zza wielkiej wody czy najazdem tubylców ("A well regulated Militia, being necessary to the security of a free State, the right of the people to keep and bear Arms, shall not be infringed").

Kolejnym marzeniem Thiela jest libertariańska kolonia w kosmosie: "Mnóstwo ludzi sądzi, że to niemożliwe. Tym lepiej. Nie musimy się nimi przejmować." Thielowi śni się też uniwersalna waluta wyzwolona spod kontroli państwa (po to początkowo powstał PayPal, dziś ten sen kontynuowany jest w formie Bitcoin - i jak zwykle prowadzi do spekulacji, baniek, bankructw i podejrzanych fortun), a także prawdziwie wolny Internet, którego przykładem miałby być chociażby Facebook.

Szczerze mówiąc jestem za. Bogaci, doskonale uzbrojeni kapitaliści, na sztucznej wyspie odciętej od świata, spekulujący swoimi nieistniejącymi miliardami... Co może pójść nie tak?! Kupuję popcorn (metaforyczny, bo przecież nienawidzę popcornu!) i czekam na "Bioshock 4: Seasteading".



sobota, 23 lutego 2013

W lutym minęły 4 lata mojej błyskotliwej kariery jako farmera kontentu; dziennikarza (nie pluć mi tu na monitor) internetowego; człowieka, który robi rankingi. W tym czasie udało mi się skatalogować i ustawić w porządku od 1 do 10 niemal wszystko, co wymyśliła popkultura. Od najpiękniejszych nieistniejących kobiet, poprzez najdziwniejsze nieistniejące związki, a na najbardziej przerażających, nieistniejących korporacjach kończąc. By jakoś uczcić tę okrągłą rocznicę jebłem se ranking nad rankingami, ranking, który zjada wszystkie inne rankingi, ranking, który rozjebie Internet. I być może przyniesie mi z 12 lajków.

Oto 10 najlepszych rzeczy ever. Na całym świecie. W historii ludzkości. A że przeczytałem właśnie "Lewą rękę ciemności" i nauczyłem się, że każde dobro ma swój cień, a każde zło czemuś służy, to każdej pozycji przypisuję jej arcywroga. Co by feng shui kosmosu się nie spierdoliło.

 

10. Hot&Spicy. Jakkolwiek korporacje fast-foodowe są złe, mordują zwierzęta, tuczą społeczeństwo i gnębią trzeci świat, to nie da się dłużej ukrywać faktu, że gdyby kejefcowe Hot&Spicy istniały w 1939 roku nikomu nie przyszedłby do głowy Holocaust – wszyscy wpierdalaliby kurczaka i rzygali miłością. Ba, gdybym był kurczakiem z chęcią dałbym się zarżnąć w jakieś zdehumanizowanej, w pełni zautomatyzowanej korpo-rzeźni, byle tylko stać się pysznym kawałkiem mięsa w panierce, które można zamoczyć w najlepszym na świecie sosie słodko-kwaśnym.

Popcorn. Nie ogarniam, kurwa nie ogarniam. W kinie bywam 2-3 razy w miesiącu i za każdym razem, gdy widzę jak moi znajomi/bliscy/przyjaciele/partnerki kupują popcorn, zadaję sobie pytanie, na czym polega fenomen tego gówna. Smaku to nie ma żadnego, słone jest jedynie, bo obsypuje się toto górą soli, a do tego włazi między zęby tak głęboko, że przez cały seans siedzi człowiek i zamiast film oglądać kreśli językiem wstęgi Möbiusa, by wycmokać chujostwo spomiędzy zębów.

 

9. Pad do xboxa. Ja wiem, że społeczeństwo postrzega mnie jako konsolowego radykała, ale prawda jest smutniejsza i bardziej prozaiczna: konsolę kupiłem ledwie 4 lata temu, wcześniej, przez dekady byłem graczem pecetowym, wmawiającym sobie, że WSAD i myszka to jedyna słuszna droga. Na szczęście z mroku wyciągnął mnie xboxowy pad, najlepsze co się przytrafiło współczesnemu graczowi od czasów "Planescape: Torment". Duże to, solidne, a nie takie chujowe i kruche, jak pad peesowy. Spusty ma z prawdziwego zdarzenia, kabel się nigdzie nie majta, a lewy joy jest dokładnie tam, gdzie być powinien, siedzi i czeka, byś położył na nim palucha niczym uczynny punkt G. I gdyby nie zjebany D-Pad pewien byłbym, że to jeden z zapomnianych projektów Leonarda Da Vinci.

pilot do TV. Najbardziej wkurwiające urządzenie jakie wymyśliła ludzkość. Nie dość, że każdy jest inny, więc w zasadzie za każdym razem kiedy siadasz do nowego telewizora/sprzętu grającego/garażu wszystkiego musisz się uczyć na nowo, to jeszcze nigdy chujostwo nie działa – a to baterie za stare, a to coś promień przecina, a to kurwa nie ten pilot wziąłeś i próbujesz ogarnąć dekoder urządzeniem do kina domowego. To jednak byłoby do przejścia, gdyby nie fakt, że pilot to dziś przedmiot niszczący więzy rodzinne i cofający nas do czasów głębokiego patriarchatu. Bo każdy samiec alfa musi za pomocą pilota okazać swą władzę, włączając jakiś chujowy Eurosport i zmuszając rodzinę do gapienia się na czajniki puszczane po lodzie. Albo skacząc z kanału na kanał akurat tak szybko, bym zdążył zorientować się co za program leci, ale nie zdążył go polubić.

 

8. The Wire. Coś z filmowo-serialowego bogactwa kultury na liście znaleźć się musiało. Pierwszą mą myślą był oczywiście "Król Lew", film idealny, ale stwierdziłem, że to zbyt proste. Drugi był "Fight Club", po 20 seansach muszę jednak przyznać, że druga połowa nieco mnie nuży i oglądając ją w zasadzie czekam tylko na piosenkę w finale. Myślałem jeszcze o "Blade Runnerze", ale tu z kolei odstraszył mnie ciężar – dzieło Scotta jestem w stanie oglądać góra raz na pół roku, inaczej nawiedzają mnie myśli samobójcze. Dlatego koniec końców padło na "The Wire", 60-godzinne neo-dickensowskie arcydzieło, które oglądać mógłbym w kółko.

Lost. Sześć. Lat. Kurwa.

 

7. Tokelau. O tym, że gdzieś na świecie istnieje raj dowiedziałem się na drugim roku studiów, gdy przeczesując najmroczniejsze zakamarki porno-netu zainteresowała mnie domena .tk. I tak, dzięki kobietom w maskach koni sikającym na płaczących mężczyzn, dowiedziałem się, że na Oceanie Spokojnym istnieje moje miejsce. Nie zdziwiło mnie wcale, że moje miejsce jest dokładnie na drugim końcu świata, bo przecież spodziewałem się tego, od kiedy w podstawówce po raz pierwszy złamano mi serce. W końcu to moje życie.

Warszawa Centralna. Być może Somalia, Bydgoszcz czy Irkuck zasłużyły sobie na nienawiść bardziej niż Warszawa Centralna, ale je mogę omijać, Warszawy zaś nie. Dlatego chciałbym w tym momencie przypomnieć jak chujowy, brzydki i pojebany jest warszawski dworzec – skryty pod ziemią, opleciony labiryntem przerażających tuneli, straszący pasażerów obsługą i wyglądem, śmierdzący i ponury. Mówiący do odwiedzających otwartym tekstem: PIERDOL SIĘ CZŁOWIEKU, TAK JAK WARSZAWA PIERDOLI CIEBIE.

 

6. Czekolada. Nie jest tak, że czekolada jest moją najlepszą przyjaciółką. To byłoby krzywdzące i powierzchowne, mogłoby się jej zrobić przykro gdybym tak ją nazwał, tak jak mnie byłoby przykro, gdyby zasugerowała, że powinniśmy się rozstać. Czekolady nie można przyjaźnić, bo to soul mate, istota doskonała, która dzieli ze mną radości i smutki (zwłaszcza), wzloty i upadki (częściej). Jej obecność w moim życiu jest tak oczywista, że czasami szepcę jej to, co Ripley szeptała obcemu w ciemnym tunelu ponurego więzienia – "nie pamiętam już życia bez ciebie".

Waga. NIE OSĄDZAJ MNIE GŁUPIA, WYNIOSŁA, WSZYSTKOWIEDZĄCA, ZAKŁAMANA KURWO! CO TY WIESZ O MOIM ŻYCIU, DOŁACH, POJEBANYCH AKCJACH, SERCOWYCH PROBLEMACH? JAK ŚMIESZ Z WYŻSZOŚCIĄ MACHAĆ TYMI CHOLERNYMI WSKAZÓWKAMI I SUGEROWAĆ, ŻE NIE JESTEM PIĘKNYM KWIATEM ROSNĄCYM POŚRÓD CUDOWNEGO OGRODU? PIERDOL SIĘ!

 

5. Planescape: Torment. Nie istnieje pełniejsza, piękniejsza, dojrzalsza gra niż "Planescape: Torment". A jeżeli myślicie inaczej idźcie do domu, zbierzcie swoje dvd, blu-raye, kartridże, zwińcie kable od konsol, zbierzcie cały sprzęt grający i wrzućcie to wszystko do pieca. A następnie zapytajcie sami siebie "cóż może zmienić naturę człowieka?" i postąpcie zgodnie z odpowiedzią. Albowiem na tym etapie rozwoju nie macie pojęcia o pięknie i nie poznalibyście arcydzieła nawet gdyby was w nocy napadło z kumplami, okradło, zgwałciło i następnego dnia twierdziło, że to z miłości.

Mass Effect 2. Oczywistą oczywistością jest, że istnieją gry gorsze, ohydniejsze, brzydsze, nieporadniej zrobione, niezgrabniej napisane, bardziej niedopracowane i odważniej plujące w twarz graczowi, który wydał właśnie 200 peelenów. "Mass Effect 2" jest jednak jednym z najwstrętniejszych wytworów medium właśnie dlatego, że koniec końców to całkiem niezła gra. Na tym polega sztuczka kurew z Electronic Arts i BioWare – sprzedać swoją chorobę weneryczną, tak by klient był jeszcze zadowolony. Tymczasem jest to gra okrutnie głupia, prosta jak wzwód Rona Jeremy'ego (i równie długa), udająca erpega, choć od dawna jest już tylko wulgarną, śmiesznie łatwą strzelanką, w której naparzamy się z najbardziej stockowymi obcymi na komicznie małych mapkach. To produkt nie mający nic wspólnego z jakąkolwiek kreatywną myślą, proste, wysokobudżetowe copy/paste, sprzedawane (i kupowane!) jako przekozacka kosmiczna epopeja.

 4. Wish You Were Here. To proste. Gdybym miał w nieskończoność słuchać jednej, jedynej piosenki, byłaby to właśnie ta. Bo jest w niej wszystko – romantyzm, okrucieństwo, rozczarowanie, melancholia i tekst, który nie do końca rozumiem. Jest w niej smutek dalekich podróży i nadzieja nowego świata. I gitara, którą słyszę w samotne noce i nieco żałosnego zawodzenia rozrywającego mi serce na kawałki, tylko po to, bym 5 minut i 34 sekundy później sam je musiał poskładać. A przede wszystkim jestem w niej ja, być może pomylony ze złotą rybką, ale wciąż wywołany niemal wprost, przez samo Pink Floyd!

Waiting on an Angel. To nie jest tak, że ta piosenka jest zła. Wręcz przeciwnie – jest dobra. Smutna, powolna, nastrojowa. Świetnie się przy niej ogląda wyciszone niemieckie pornosy, z których i tak rozumiem tylko krew, pot i łzy. Ale ile złych wspomnień może się zawierać w 4 minutach muzyki? No bo po kolei. Piosenkę poznałem dzięki Miłości Mojego Życia®, która kiedyś, kiedy już mnie przeżuła, wypluła i podeptała, wpadła popatrzeć na moją agonię i zostawiła mi trochę mp3, co bym miał przy czym płakać. Zaanektowałem ją więc na potrzeby mego miłosnego soundtracka, przy którym przyjmowałem wizyty Miłości Mojego Życia ver. 2 poprawiona® i od tej pory już zawsze kojarzy mi się z tymi krótkimi, rzadkimi chwilami, kiedy wychylałem się z mroków pomagisterskiej depresji i pozwalałem sobie na uśmiech. A jakby tego było mało, na koniec została to ulubiona piosenka Tej, Której Nigdy Nie Będę Miał®, bo nieopatrznie puściłem ją kiedyś w nadziei na jakąś konsumpcję, nie wiedząc, że oddaję jej właśnie nie tylko serce ale i jedyną fajną piosenkę, której wcześniej nie znała (bo ogólnie znała się na muzyce dużo lepiej niż ja). A najśmieszniejsze jest to, że ja nawet nie lubię Bena Harpera.

 

3. Ruchoma czcionka. Wybór to dość oczywisty i asekurancki, ale znaleźć się musiał na tej liście ze względu na moje uwielbienie dla wiedzy. A gdyby nie ruchoma czcionka i upowszechnienie druku wciąż żylibyśmy w mrocznych czasach certyfikowanej mądrości dostępnej tylko dla dobrze urodzonych. Tymczasem wynalazek Gutenberga w dłuższej perspektywie dał głos każdemu debilowi, dziwakowi i innowiercy i choć Internet przekonuje nas dziś, że nie był to najmądrzejszy ruch, to ja wciąż wielbię słowo. Hasło pokrewne: Wikipedia.

Komunikatory. Niby miały nam pomóc, a tylko przeszkadzają. Komplikują proste sprawy, ułatwiają rzeczy, które winny być trudne, wpierdalają się w każdą strefę życia i mordują chwalebną tradycję pisania listów. To przez nie większość relacji międzyludzkich jest dziś płytka i sztuczna i je właśnie winię za to, że współczesnego człowieka po prostu nie da się lubić – bo jest tchórzliwy, za monitorem skryty i wiecznie zabezpieczający się, jakby kontakt w realu równał się spotkaniu z bazyliszkiem.

 

2. Janina Ochojska. Gdybym miał wybrać najwybitniejszego Polaka naszych czasów, to byłaby to Janina Ochojska. Nie dlatego, że ją znam czy chociażby wiem dokładnie czym się zajmuje, ale dlatego, że uosabia ona wszystko, czym pragnę być. I nie chodzi tylko o to, że ma piersi i inne zajebiste przymioty, których mojej płci poskąpiono. Ochojska jest zdecydowana, pewna siebie i przebojowa. Pierdoli swoje kalectwo, tak jak ono kiedyś pierdolnęło ją - nie pytając o zdanie, ani zgodę. I mimo wszystko, robi dobrze. W Palestynie, Czeczenii czy innym Sudanie. Przypominając nam na każdym kroku, że gówno wiemy o biedzie. Bo bieda to nie jest iPhone na raty, ani kredyt na 30 lat w zamian za loft w centrum. Bieda jest wtedy, kiedy dzieci umierają na anginę, bo szpitala nie stać nawet na witaminę C. Wiem, bo tak powiedziała mi Ochojska.

SLD. Nieślubne dziecko Leszka Millera i Józefa Oleksego, największych szkodników w polskiej polityce. Złośliwa narośl na naszym kraju, rak, którego powinno się wyciąć, tak jak wycina się nowotwory, resztki zaś spuścić w brudnym kiblu, jakiegoś zasyfiałego baru dla loczków w trampach. Może was zdziwić, że prawdziwe obrzydzenie budzi we mnie jedyna polska partia, która twierdzi, że jest lewicowa, ale to właśnie dlatego nie cierpię jej bardziej niż wszystkich tych pokracznych prawicowych tworów na literkę P. One mnie przynajmniej nie okłamują, na wstępie mówią, że wszystko co w co wierzę, to w dupie mają i idź się w ogóle pierdolić grubasie. To uczciwe. SLD zaś jest jak najlepszy przyjaciel ruchający najebaną miłość twojego życia na jakieś chujowej imprezie na domku w lesie i wysyłający ci MMS-y z akcji (nigdy ci tego nie zapomnę Gąsior!). Z pozoru uśmiechnięty i uroczy, w rzeczywistości zepsuty i skurwiały, z twoimi ideałami mający tyle wspólnego co "Gears of War" z dobrym scenariuszem.

 

1. Piersi. Dobro i piękno w ostatecznej formie, źródło niekończącej się radości i frajdy, niestarzejący się evergreen (w sensie piersi jako zjawisko, a nie konkretne piersi, bo te się oczywiście starzeją), dowód na istnienie Boga, który przekonuje nawet ateistów, bo czy ślepa, głupia ewolucja mogła stworzyć coś tak doskonałego na pustyni ludzkiej zawiści i duchowej szpetoty?

Penisy. NIE-NA-WI-DZĘ

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25