| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
statystyka
czwartek, 21 lutego 2013

Aby przeczytać, zrozumieć i zaakceptować poniższą notkę, musicie wpierw wiedzieć dwie rzeczy.

Po pierwsze: Ryba ma swoje fanki. Niektóre są nawet nastoletnie, wydają się być ładne, z pewnością są inteligentne i lubią Rybę takim jakim jest - czyli cyfrowym, od ich życia bezpiecznie oddalonym, ale za to na Gadu Gadu wygadanym, melancholijnym i szarmanckim.

Po drugie: fanki te zwracają się czasem do Ryby z życiowymi problemami, gdyż uznają jego autorytet, albo próbują mu zrobić przyjemność udając, że go uznają.

Gdy już przetrawicie obie te wiadomości i przestaniecie śmiać się/rzygać/panikować (niepotrzebne skreślić), możecie przejść do dalszej lektury.

 

Otóż pyta się mnie moja droga fanka (na potrzeby tego wpisu tak właśnie będziemy ją nazywać, bo to PRZEZAJEBISTE, ŻE MAM FANKĘ), kiedy będzie mogła przespać się ze swoją sympatią, by chłopak nie pomyślał, że jest łatwa. I jest to pytanie w naszej kulturze tak częste, a przy okazji tak chujowe, że nie wiem, który członek załamać pierwszy.

Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, jak zepsutym chujem trzeba być, by pomyśleć cokolwiek złego o dziewczynie, która idzie z tobą do łóżka. Serio potencjalny partnerze? Oto masz wystąpić w jednej z najfajniejszych scen w swoim życiu - bo przecież nie oszukujmy się, seks jest jak pizza, nawet jak jest zły to jest dobry. Koniunkcja planet jest odpowiednia, kontynenty się poruszyły, bogowie zapatrzeni są w Somalię: jakaś niewiasta doszła do wniosku, że nie jesteś aż tak szkaradny, jak się wydawało lekarzom i dzieciakom z przedszkola i jest gotowa się przed tobą rozebrać. Jeżeli nie rozwiązujesz w tym momencie jakiejś noblowskiej tajemnicy, to jedyna myśl, jaka ma prawo pojawić się w twojej głowie brzmi: "dziękuję!". Żadnego oceniania. Żadnego planowania pogaduszek z kumplami. Żadnego pokątnego śledztwa, ilu to ona miała partnerów. Żadnej tajemnej matematyki, sugerującej, że 12h to jeszcze za wcześnie, 872h to dużo za późno, 3 związki to mało, a 27 straszliwie wiele!

Na chuj ci to pokręcony matkojebco? Przepełniać ma cię tylko wdzięczność. Po same brzegi pustego jestestwa.

czwartek, 14 lutego 2013

Jeżeli czytacie tego bloga dłużej niż 2 tygodnie, mogliście się zorientować, że o budowaniu zdrowych związków wiem mniej więcej tyle co Leszek Miller o myśli lewicowej. Przeczytałem kilka książek, spodobał mi się pomysł i zainteresowałem nim nawet kilka osób, ale zawsze gdy siadam do konkretów okazuje się, że zbyt wielki ze mnie chuj, bym zorganizował partię związek nie niszcząc wszystkiego wokół.

Walentynki świętuję zatem tak, jak Polacy zwykli świętować rocznice powstań - to piękne i miłe wspomnienia, ale wisi nad nimi widmo rozczarowania, porażki i bombardowanych miast. I kilka zajebanych piosenek, których zostałem pozbawiony przez okrutny los.

Listę piosenek, których już nie słucham, otwiera na szczęście strata najmniej bolesna - przechujowe Artrosis i ich okropne "Pośród Kwiatów i Cieni". Tak, miałem taki epizod w liceum. Spotykałem się wtedy z najpiękniejszą dziewczyną w szkole, ale oczywiście nic z tego nie wyszło - po miesiącu dobrej zabawy zafundowałem jej dwa miesiące rybiej niepewności i zawiści, co zakończyło się spektakularnym rozstaniem. Gdzieś pod koniec tego wspaniałego okresu, przeszliśmy się na koncert Artrosis dziś więc ich patetyczne rzygi nie kojarzą mi się już z Sapkowskim czy DragonLance, ale zmarnowaną szansą na pierwszy raz bez alko.

O ile jednak straty Artrosis nie żałuję (posłuchajcie tylko tego gówna), o tyle za każdym razem gdy słyszę Maroon 5 otwiera się we mnie lovecraftowska otchłań. Nie tylko dlatego, że przypominam sobie seks na Kortowie, ale także dlatego, że to kawał dobrego popu, którego naprawdę mi dzisiaj brakuje. Tymczasem nie potrafię słuchać zarówno rewelacyjnego "This Love" z najlepszym "ooo" w historii, jak i przecudnego "Moves Like Jagger", na które za kilka lat padnie spojrzenie kogoś zupełnie innego.

Najdłuższy związek w moim życiu odebrał mi "24 zachody słońca", ale za to akurat powinienem dziękować, bo to śpiewany Coelho w najgorszym wydaniu (swoją drogą Stare Dobre Małżeństwo też dzięki niemu straciłem). Gorzej jednak, że byłem na tyle nieostrożny by zarazić moją ówczesną sympatię miłością do The Who, co zaowocowało wieloletnim banem na ten zespół. Dopiero niedawno, po lekturze "Freaks and Geeks" doszedłem do wniosku, że kwarantanna się powiodła, pacjent wyzdrowiał i czas go ponownie zaprosić do mojego życia. Znów więc mogę cieszyć się "Who Are You", "I Can See For Miles" czy prawdziwym, przez Freda Dursta nie spierdolonym, "Behind Blue Eyes".

Gdzieś w trakcie mojej fazy Open'erowej odpuścić sobie musiałem Kings of Leon i Kings of Convenience, oba zespoły poznałem bowiem w bardzo dziwnym momencie mojego życia, do którego za żadne skarby nie chciałbym wracać. Zdradzę tylko, że "Sex On Fire" nie kojarzy mi się wcale, tak jak powinno - z tekstem o lasce robionej w samochodzie, ale z ręką usychającą od unoszenia w powietrze komórki, by kolejna "najważniejsza kobieta mojego życia" mogła sobie posłuchać. W tym mniej więcej czasie straciłem też "Down in Mexico", piosenkę, którą kojarzycie pewnie tylko z "Death Proof" Quentina Tarantino.

Namiętnie wymazuję też wszystko, co stworzył Damian Rice, jego twórczość okazała się bowiem kiedyś zbyt dobrze działać na pewną niewiastę. Wykorzystywałem to bez skrupułów za co bogowie pokarali mnie dożywotnią niechęcią nawet do "The Blower's Daughter" - piosenki zajebiście przecież szykownej, depresyjnej w najlepszym tego słowa znaczeniu. By klątwa była jeszcze dotkliwsza niechęć ma przeszła nawet na "Closer", jedną z najpiękniejszych komedii romantycznych, jakie kiedykolwiek oglądałem.

Najświeższą jednak raną (a zatem najbardziej bolesną) jest niepozorna piosenka z soundtracka do GTA4, radosne "No Sex For Ben" zespołu Rapture. Szkoda to tym dotkliwsza, że to jedna z niewielu wesołych piosenek, które tolerowały w swoim otoczeniu takie dołujące giganty jak "Hurt" czy "The Wall" (album). Dzisiaj jednak nie kojarzy mi się już z wesołym rozjeżdżaniem ludzi i masakrowaniem policjantów z Liberty City, a z rozczarowująco szczerymi wyznaniami na Gadu-Gadu (tak, wciąż tego używam), które w zamierzeniu miały być oczyszczające, wyszły jednak prozaicznie bolesne.

wtorek, 05 lutego 2013

 Polska okładka jest zbyt chujowa by ją promować

Nigdy nie pływałem w oceanie, ale zawsze przerażała mnie toń. Prawdziwa oceaniczna toń, której dno jest tylko sugestią, mglistym, naukowym założeniem, niemożliwym do potwierdzenia. Zimna, mroczna, głucha. Niezbadana i obca niczym odległe galaktyki. Zamieszkała przez plugawe olbrzymy z mackami, skrywająca tajemnice, których nigdy nie zrozumiemy.

Nie przez przypadek Lovecraft - straszący nas nieskończonymi, kosmicznymi koszmarami - swoje największe okropieństwa uśpił właśnie na dnie oceanu.

Ten strach jest we mnie tak duży, że boję się patrzeć nawet w głębię dużych, mazurskich jezior. Świadomość, że pode mną istnieje cały świat jest paraliżująca. Nic więc dziwnego, że bałem się na każdej z 640 stron "Blizny".

Zwłaszcza gdy podnosili awanka - olbrzymią, bezrozumną bestię żyjącą w oceanach innych wymiarów. Tak wielką, że może napędzać nawodne miasto, spętaną kilometrami gigantycznych łańcuchów. Na szczęście nieświadomą (ale nie bójcie się, "Blizna" oferuje też całkiem dużo inteligentnych podmorskich koszmarów).

*

"Blizna" jest oczywiście lepsza niż "Dworzec Perdido". Pierwsza powieść ze świata Bas-Lag po lekturze "Blizny" i "Żelaznej Rady" wydaje mi się niepoważna, płytka, pisana na szybko i niedopracowana. Urzekają w niej tylko momenty, niektóre pomysły. Żebra, pan Motley, bezprzestankowe monologi Tkacza, historia kheprich, Rada Konstruktów.

Jednak wszystko to zaprzęgnięte jest w służbę awanturniczej fabułce o ludziach polujących na fajne potworki. Brakuje myśli przewodniej, czegoś, co przykułoby uwagę czytelnika, zmusiło do myślenia. Nowe Crobuzon oczywiście oszałamia, ale w "Dworcu Perdido" pozostaje tylko pomysłowym miastem w świecie fantasy. Dopiero "Blizna" i "Żelazna Rada" czynią z niego najbardziej niezwykłe państwo-miasto w historii fantasy. Hipnotyzującą potęgę, przerażającym, bezdusznym imperium, którego nie sposób nie kochać. Wielomilionową, tętniącą polityką metropolią, w której poeci spiskują przeciwko władzy, khrepi ukrywają się w swoich gettach, ludzie-kaktusy rządzą się w Cieplarni własnymi prawami, a milicjanci przemykają ponad głowami mieszkańców w wagonach nadziemnej kolejki.

*

Ciekawe są punkty wspólne "Blizny" i "Żelaznej Rady". W obu mowa jest o fantastycznych, bajkowych miastach, walczących z Nowym Crobuzon. Zarówno Armada jak i Wieczny Pociąg to miasta wolności. Okrutne i wrogie, oczywiście, ale przeciwstawiające się przemocy najwspanialszego miasta Bas-Lag, będące wobec niego w opozycji. O ile jednak Wieczny Pociąg to spełniony robotniczy sen, o tyle Armada jest eksperymentem średnio udanym. Pływające miasto trzyma się kupy trochę na słowo honoru, poszczególne dzielnice konkurują ze sobą, toczą zażarte spory. A niewybieralni władcy potrafią być równie okrutni co burmistrzowie Nowego Crobuzon.

Być może dlatego Armada ocaleje, a Wieczny Pociąg skazany jest na zagładę. China Miéville (który wygląda jak lewacki przechuj) nie jest głupcem, wie, że utopia nie może się spełnić, że ludowy sen może trwać tylko kilka krótkich chwil, nim znajdzie go milicja lub sam skaże się na zagładę. Niedoskonała, skłócona wewnętrznie Armada przetrwa, bo po bliższym poznaniu okazuje się być przeżarta przez korupcję bogaczy. Obalona dyktatura zastąpiona zostanie przez następną, nieco subtelniejszą. Tak przecież pisze się historię.

*

Uwielbiam Miéville'a za to, że w swoich powieściach skupia się na bohaterach drugoplanowych, postaciach, które w klasycznym fantasy wystąpiłyby nawet bez imienia, jako statyści w tłumie. Jak ten koleś co zabił Wiedźmina.

W "Bliźnie" nawet wyniosły, dumny siepacz Uther Doul, typek, którego każdy polski pisarz fantasy uczyniłby głównym bohaterem (i nazwał Inkwizytorem lub Kłamcą), bo przecież tak zajebiście wywija mieczem i tak wiele ma tajemnic, przedstawiany jest za pomocą Bellis - bezbronnej uciekinierki, cholernej lingwistki (czy można sobie wyobrazić mniej romantyczny zawód dla bohatera powieści o piratach i czarach?). A wielki projekt złowienia awanka poznajemy dzięki Tannerowi Sack, prze-tworzonemu robotnikowi portowemu, który pokochał Armadę, bo zaproponowano mu na niej szacunek i uczciwą pracę.

To kolejny powód słabości "Dworca Perdido". Tam Isaac jest kimś, głównym aktorem w centrum wydarzeń. To po prostu kolejny nawiedzony naukowiec, z bogatego zbioru nawiedzonych naukowców. Tyle, że nieco grubszy i sympatyczniejszy. Jest wyjątkowy tylko dlatego, że autorowi bardzo zależało by uczynić go wyjątkowym. Postacie takie jak Bellis, Tanner Sack czy Cutter i Ori ("Żelazna Rada") są wyjątkowe dzięki swojej przeciętności. To ludzie z krwi i kości, tchnienie prawdziwości w wymyślonym świecie.

Dzięki temu autentycznie brzmi także wymowa polityczna książek Miéville'a. To nie są abstrakcyjne rozprawy o władzy toczone na poziomie królów King's Landing czy imperatorów Diuny. Tutaj decyzje podejmowane na górze, przez postacie, które ledwie znamy, w ogóle zaś nie rozumiemy, wpływają na życia przeciętnych bohaterów. Porządki panujące w poszczególnych dzielnicach Armady poznajemy od dołu, tak samo jak terror Nowego Crobuzon. Rozlewa się on po ulicach dzięki milicjantom wykonującym rozkazy, nie widzimy wydającej rozkazy burmistrzyni, nie słyszymy jej monologów, filozoficznych pytań o istotę władzy. Zamiast tego dostajemy obrazki z pacyfikowanych dysydenckich knajp, państwową przemoc wymierzaną przez doskonale wyszkolonych fachowców. Albo oszukanych obywateli, którzy wierzyli w sen o Armadzie dopóki nie zorientowali się, że ich władcy to pojebani psychopaci.

*

No i skala tego wszystkiego!

Miéville nie boi się mieszać konwencji, do klasycznego fantasy dorzucać steampunk, a nawet dziwaczne, rdzewiejące science fiction (Rada Konstruktów, Plaża Maszyn). Wszystko to mieszać z odwołaniami do prawdziwego świata i jego prawdziwej polityki. Przypominać o kolonializmie, budowie wielkich linii kolejowych, niewolnictwie i krwawych ludowo-robotniczych buntach z XIX wieku.

Tam, gdzie inni twórcy sięgnęliby po znane rekwizyty, on wymyśla nowe. Zaludnia swoje światy niesamowitymi postaciami, ludźmi-kaktusami, wielkimi komarami Anophelii, które niegdyś wyssały krew z połowy świata, khepri o kobiecych ciałach i owadzich głowach, prze-tworzonymi z mackami i silnikami parowymi, demonami wprost z Piekła i szczątkami po pradawnej rasie przybyłej z innej planety. Jego magia ma tysiące odmian, zna golemy czasu i żywiołaki błyskawic, na poczekaniu wymyśla szeptaczy czy inteligentne delfiny…

To jest prawdziwa fantastyka! Bezczelna, odważna, zaskakująca.

*

Kończąc czytać jego powieści pogrążam się w smutku. Również dlatego, że wszyscy bohaterowie powieści z Bas-Lag zawsze kończą rozczarowani. Pominięci przez historię, zapomniani, skrzywdzeni, zdradzeni. Zazwyczaj okrutnie okaleczeni.

Ale przede wszystkim dlatego, że nie cierpię kończyć naprawdę wybitnych powieści. Chciałbym by trwały w czasie niczym zatrzymany przez Judasza Wieczny Pociąg lub niekończący się list Bellis. Nawet jeżeli oznaczałoby to kolejne setki stron strachu przed tonią.

Ale one się kurwa kończą.

środa, 30 stycznia 2013

1. Wstyd

Pierwsze miejsce to mało, bo "Wstyd" to dla mnie jeden z filmów życia. Cholernie bolesna i szczera opowieść o tym, jak chujowymi staliśmy się ludźmi. Tu nie chodzi nawet o miłość w czasach porno i krytykę współczesnego mężczyzny, ale i o opowieść o zwykłym, fikcyjnym bohaterze, z którym związałem się tak bardzo, że po wyjściu z kina nie chciałem z nikim rozmawiać o tym, co właśnie przeżyłem.

2. The Cabin in the Woods

Nie oglądam horrorów z bardzo prostego powodu - boję się, a nie lubię się bać. "The Cabin in the Woods" zrobiło mnie jednak na tylu poziomach, że jestem w stanie wybaczyć mu te kilka sekund, kiedy myślałem, że się zmoczyłem. To najmądrzejsze, najbardziej przewrotne i ironiczne wyznanie jakie Hollywood wypuściło od dawna. Zakamuflowany w fajnej opowieści o fajnych ludzikach (oczywiście w jednej z bohaterek się zauroczyłem) wykład na temat współczesnego kina komercyjnego.

3. Chciwość

Nie będzie zaskoczeniem, jeżeli powiem, że "Chciwość" ucieszyła mnie jak dziecko, głównie tym, że pokazywała złych kapitalistów gnębiących tych zwykłych, biednych ludzi. Ale jest w tym filmie o wiele więcej - przede wszystkich cholernie przykra prawda o naszych czasach. No i jest przepiękny monolog o "prawdziwych ludziach", chyba najbardziej cyniczny monolog tego roku (jedna scena mówi więcej o kapitalizmie niż całe, wymęczone "Cosmopolis").

4. Argo

Świetna, prawdziwa historia, doskonałe aktorstwo, napięcie do końca, mimo iż wiesz, co nastąpi, i umiarkowany antyamerykanizm przypominający jedną z najciekawszych zbrodni Stanów Zjednoczonych. Ben Affleck robi trzeci film i udowadnia, że jego reżyserowanie to nie żadna fanaberia - ma chłopak po prostu talent.

5. Zero Dark Thirty

Nie wiem czy dało się opowiedzieć o zamordowaniu Ben Ladena lepiej niż zrobiła to Bigelow. Zamiast filmu akcji mamy spokojny (czasem nudny) paradokument o szczegółach śledztwa, w którym znalazło się nawet miejsce na kilkunastominutową sekwencję krążenia po pakistańskim mieście. "Zero Dark Thirty" jest oczywiście lekką agitką, ale nie można zrobić filmu o udanej akcji CIA, który nie byłby propagandowy. Bigelow równoważy ten hurraamerykański wydźwięk, przypominając największe grzechy CIA i wrzucając na samym początku ohydną scenę tortur.

6. Kronika

Najlepsza "Akira" jaką zrobiło do tej pory Hollywood. I jeżeli wierzyć zapowiedziom, to nawet po nakręceniu prawdziwej, aktorskiej "Akiry", ja wciąż będę wolał "Kronikę". Bez zadęcia i patosu - to prosta opowieść o przyjaciołach odkrywających w sobie super moce. Kończąca się akurat wtedy, kiedy powinna się skończyć - a to w filmach o rodowodzie komiksowym rzadkość.

7. Prometeusz

Tak, wiem, że to głupi, źle napisany film. Ale cóż mogę zrobić, bawiłem się na nim zajebiście. Bo koniec końców, to wciąż najmądrzejsze science fiction, jakie proponują nam dziś twórcy filmowi. Mówiące o pustce, bezsensie i braku boga. A, że mówiące nieco bełkotliwie i bez sensu? Nikt nie jest doskonały.

8. Róża

W zasadzie wystarczyłoby, żebym napisał "Smarzowski" i wszystko jasne, ale dodam jeszcze ze dwa zdania dla opornych. Przede wszystkim "Róża" w końcu zrywa z całym tym chłopięcym, militarystycznym zacięciem polskiego kina. Ofiarami wojny nie są tutaj piękni młodzieńcy z AK, co to bawili się z Niemcami w chowanego, ale prawdziwi ludzie - do tego zazwyczaj kobiety, do tej pory zapominane przez niemal wszystkich polskich reżyserów. A poza tym Smarzowski przypomina, że sprawa Wielkiej Polski(R) i genetycznej polskości nie jest wcale taka prosta, jakby się to Prawdziwym Polakom(R) wydawało. Do tego robi to na Mazurach, w okolicach bliskich memu sercu.

9. Django

Na początku byłem like "ale to tylko tyle" i wciąż uważam, że Tarantino zrobił jeden ze słabszych filmów w karierze. Ale po drugiej lekturze pewien jestem, że nawet słaby film Tarantino to wciąż jeden z dziesięciu najlepszych filmów roku. Django jest śmieszny, mądry i ładny. Ma wspaniałą ścieżkę dźwiękową i Jamiego Foxxa grającego dokładnie tak, jak powinien. A jakby tego było mało w przeuroczym epizodzie pojawia się Jonah Hill, mój ulubiony grubas Hollywood.

10. Brave

Nie wiem dlaczego "Brave" nie zyskał uznania równego innym filmom Pixara. Może dlatego, że tym razem nie mówimy o chłopięcych zabawkach, ojcowskich poszukiwaniach i wstydliwych robocich uczuciach, ale o dziewczętach i ich matkach, a ten temat panowie krytycy nie bardzo ogarniają? W każdym razie to zabawna i wzruszająca historia, a scena z niemal śmiercią mamy obudziła we mnie zapomnianą już traumę po odejściu Mufasy (NEVER FORGET!). No i na tle bardzo przeciętnego "Ralpha Demolki" to zdecydowanie najlepsza animacja roku.

 

PS Nie widziałem: Pewnego razu w Anatolii, Lincoln, Spadkobiercy, Mistrz, Bestie z południowych krain, Miłość, Raid, 7 psychopatów i w chuj innych dobrych filmów, które pewnie załapałyby się na tę listę.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

1. Zagubione dziewczęta, Alan Moore, Melinda Gebbie

Najinteligentniejsze porno jakie kiedykolwiek przeczytacie. Bardzo chciałbym nie lubić Alana Moore'a, bo to buc i czarodziej, ale nie potrafię - czego się nie dotknie, okazuje się być genialne. Więc nie będę wydziwiał, tylko wpierdolę jego komiks na pierwsze miejsce, żebyśmy mieli to już za sobą.

2. Rozmówki polsko-angielskie, Agata Wawryniuk

Jedyny polski komiks, który mnie w 2012 roku jakoś poruszył. Wawryniuk bierze na warsztat jedno z najważniejszych doświadczeń mojego pokolenia i opisuje je z własnej perspektywy. Brakuje w tym nieco osobistej refleksji, widać, że autorka nie chciała dopuścić czytelnika zbyt blisko, bo zależało jej na uniwersalności opowieści, ale wciąż jest to świetna, dowcipna historia o zapierdalaniu na saksach.

3. Goliat, Tom Gauld

Prosta, krótka historia o zwykłym facecie wrobionym w chujową sprawę. Tom Gauld wyciska z biblijnego mitu "Paragraf 22", doprawiając to jeszcze refleksją na temat bezwzględności starotestamentowego boga, uroczymi bohaterami i fantastyczną stylizacją. Komiksowe piękno i dobro w czystej postaci.

4. Parenteza, Elodie Durand

Autobiograficzna opowieść dziewczyny, która chorowała na epilepsję i traciła wspomnienia. Mogło być kiczowato i płaczliwie, a wyszło niesamowicie empatycznie. Durand zamiast się nad sobą rozczulać, opisuje kolejne etapy tracenia siebie (w przekonaniu, że to wspomnienia czynią nas ludźmi widzę dalekie pokrewieństwo z "Blade Runnerem"). A między kadry wciska prawdę o tym, że trzeba korzystać z życia każdego dnia, bo wkrótce wszystko możesz zapomnieć.

5. All-Star Superman, Grant Morrison, Frank Quitely

Pomiędzy smętnymi trade'ami Marvela, Musze zdarzyło się wydać arcydzieło na temat najnudniejszego superbohatera w historii. Kolorowe, kiczowate arcydzieło, udowadniające, że Grant Morrison to przekozak, który potrafiłby wycisnąć emocje nawet z expose Leszka Millera. A przy okazji jest "All-Star" komiksem o superbohaterze, który nie boi się tego, czym jest. Nie znajdziecie tu więc nawiązań do współczesności, ani innych tego typu gówien. Bo i po co mi one, skoro facet w trykotach ratuje kwadratowy wszechświat?

6. Habibi, Craig Thompson

Trzeba to powiedzieć głośno - Craig Thompson to płaczliwa pizda, która swoje komiksy buduje na szantażu emocjonalnie. Mając to już za sobą, trzeba też przyznać, że ta pizda to jeden z najzdolniejszych artystów swojej generacji i udowadnia to także w "Habibi" - grafomańskim arcydziele o stereotypach na temat islamu, gwałconych pięknościach i porażce męskości.

7. Szkicownik Śledzia, chłopaki z ATY

Głupio mi komplementować, bom przyłożył rękę do tego dzieła, więc po prostu zostawię to tutaj bez komentarza.

8. Małe zaćmienia, Fane i Jim

Trochę zaskoczenie, bo to komiks, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Ale zaufałem Timofowi, otworzyłem i odłożyłem dopiero po skończeniu całości. Świetna słodko-gorzka opowieść o chujowości niedorosłych facetów. A przy okazji i całkiem śmieszna obyczajówka.

9. Ryjówka Przeznaczenia, Tomasz Samojlik

Najsympatyczniejsze zaskoczenie 2012 roku. Niepozorny komiks edukacyjno-przygodowy o ryjówkach ratujących swój las, napisany jako pastisz "Władcy Pierścieni". Samojlik być może nie wysmażył żadnego arcydzieła, ale czyta się to z debilnym uśmiechem nie schodzącym z twarzy. A przy okazji to kawał podręcznikowej roboty, dzięki któremu wiem dziś wiele rzeczy na temat ryjówek. Na to, że istnieją.

10. Dzieci i ludzie, Marzena Sowa, Sandrine Revel

Na Marzenę Sowę polało się bardzo dużo niezasłużonego hejtu za trzy tomy "Marzi" (również ode mnie). Trochę bez sensu, bo to komiks tłumaczący komunizm dzieciakom i obcokrajowcom, a nie krytykom, narzekającym na niewykorzystany potencjał medium. W każdym razie w "Dzieciach i ludziach" nie popełniła już błędu przegadania - stalinizm poznajemy z perspektywy bohaterów i ogranicza się on do ich osobistych dramatów, a nie medialnych wydarzeń. Dzięki temu wybaczam Sowie nawet spierdolone zakończenie.

 

PS Nie przeczytałem jeszcze "Rycerzy świętego Wita" wydanych przez Kulturę Gniewu rzutem na taśmę w ostatnich dniach 2012