| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
statystyka
czwartek, 28 marca 2013

Napędzany niechęcią do "Skyfall" zmusiłem się w końcu, by obejrzeć "Casino Royale". I nie ogarniam o co cały ten szum.

Prześledźmy cały film.

W pierwszych 30 minutach Hollywood odkrywa afrykańskich panów wojny, by pokazać, jaki to współczesny ten nowy Bond będzie. I choć sekwencja na madagaskarskiej budowie wygląda znośnie, to przecież film ten powstał już po dwóch Bourne'ach, więc wszystko na co mnie stać, to dosyć obojętne "meh" - spotęgowane jeszcze faktem, że ja go oglądam i po Bourne'ie trzecim, najlepszym. Szybko jednak okazuje się, że cała ta współczesność polega na oszczędzaniu na plenerach, bo przez następne 45 minut Bond biega po najbrzydszym mieście w serii (Miami) i bawi się na lotnisku w sekwencji wtórnej nawet do "Szklanych Pułapek". A później w ogóle kończy się kasa, więc bohaterów zamykają w drogim hotelu, z kilkoma marnie zarysowanymi postaciami epizodycznymi (serio, kto tam z nim gra przy tym stole poza głównym złym?) i 115 milionami dolarów. Problem w tym, że w części karcianej widzimy ledwie dwa rozdania, a i te pocięte są strasznie nieumiejętnie - tak, że trudno czuć jakiekolwiek emocje. Do tego stopnia, że o stawce rozdania musi nam przypominać Mathis - najnudniejszy sidekick w historii Bondów. Najśmieszniejszy jest jednak ten tani melodramat, rozciągnięty na cały trzeci akt. Ja rozumiem, że nowy Bond nie jest żadnym poetą, ale ktoś mógł mu napisać kilka lepszych kwestii, bo przecież podrywa laskę na obietnicę palcówki! No i plot twist nie jest żadnym plot twistem dla widza, który wie, że czeka go jeszcze 30 minut filmu.

Z tego co rozumiem, to cały myk z "Casino Royale" polega na tym, że Daniel Craig jest antybondowy, świeży i jakoś tam przeczy serii. Ale wszystkie te hermetyczne żarciki, nadawanie Bondowi drugiego zera czy wyjebka na Martini przypominają mi chów wsobny. Śmieszą tylko dlatego, że to seria, która od wieków była słaba i nagle ktoś na planie zdał sobie z tego sprawę. No cóż, dla mnie to żadna nowina.

Z Craigowej serii czeka mnie jeszcze "Quantum of Solace", ale wielkich nadziei nie mam.

 

Propsy za najlepiej napisany product placement jaki pamiętam (Omega i Rolex od 3:15):

poniedziałek, 25 marca 2013

50 twarzy Greya okładka

Przyznaję. Siadałem do "50 twarzy Greya" z wymyśloną notką. Być miała o tym, że się myliłem i droga profemistycznego, wrażliwego lewaka nie była najlepszym wyborem, jakiego w życiu dokonałem. Pisać chciałem, że skoro kobiety same nie chcą emancypacji (a dowodzić tego miały dziesiątki milionów sprzedanych egzemplarzy Greya) tylko pogardy i lania po mordach, to po co ja się bez sensu produkuję. Przecież potrafię być chujem.

Niestety nie doceniłem beztalencia Eriki Mitchell (nie brzmi tak mrocznie jak E. L. James, co?). Jej książka być może udowadnia, że się myliłem i źle wybrałem, ale jednocześnie utwierdza mnie w przekonaniu, że za żadne skarby nie wybrałbym inaczej.

*

Ale zacznijmy od porno. Nie ma w "50 twarzach Greya" ani grama seksu, który wydałby mi się choć trochę perwersyjny. Co prawda nie są to moje rejony, ale mówimy o książce, w której dwóch dojrzałych bohaterów (ok, pełnoletnich) podejmuje świadome decyzje i na wszystko się godzą. A później jest to dokładnie opisane. Na tym przecież polega pornografia - na dokładnych opisach. Co, kto, gdzie i w jakich konfiguracjach sobie wkłada to już kwestie techniczne, jak tagi na RedTube. Każdemu jego zboczenie. Ja dojrzewałem w latach 90., niewiele rzeczy mnie szokuje, bo miałem Internet jeszcze w podstawówce. Kiedy Christian Grey, nota bene mój rówieśnik (książka wyszła 2 lata temu), zaczynał swój romans z pierwszą dominą, ja odkrywałem w sieci opowiadania kazirodcze i mangi o stosunkach wróżek z insektami. Zanim straciłem cnotę wiedziałem już wszystko na temat bukkake, rimmingu, fistingu i doggingu. Poznałem pozorowane gwałty, kobiety z fiutami, końskie spusty i że gang bang to nie jest niemiecka odmiana ping ponga. I wszystko to uprzejmie odrzuciłem, bo nie kręciło mnie za grosz. Jeżeli więc ktoś w 2013 roku chce mnie zszokować klamerkami, podwieszaniem, seksem analnym i w trakcie okresu mogę mu tylko zacytować klasyka:

"Widziałem porno, w które wy, ludzie, nigdy byście nie uwierzyli. Kucyki pony pierdolące się z komandorem Shepardem na księżycach Endoru. Oglądałem Hermionę Granger zjadającą fekalia Snape'a, znam komiks o seksie z rekinem. Wszystkie te obrazy będą mnie dręczyły do końca życia i nie znikną jak łzy w deszczu. Chcę umrzeć".

Zresztą, co to za porno, w którym ani razu nie pada żaden "kutas" czy nawet "cipka". Erika Mitchell pisze, jakby w życiu nie uprawiała ostrzejszego seksu. Jej bohaterka wciąż ględzi o wewnętrznej bogini, a swoją pochwę nazywa "Tym miejscem" (zawsze od wielkiej litery). Wulgarny, samczy i zwierzęcy Grey wcale jej nie rżnie, ale się z nią kocha - maskuje to jeno kilkoma idiotycznymi gadżetami, których w łóżku potrzebują ludzie bez wyobraźni. To książka tak grzeczna, że jej bohaterowie zawsze się zabezpieczają i sporządzają umowę wstępną, nim wkroczą do katowni. Wybaczcie, ale nie czuję emocji,  gdy na każdego mocniejszego klapsa czyha Komisja Nadzoru Finansowego.

Z popkulturowego, literackiego porno wciąż bardziej cenię sobie "Tatuaż" Susanny Moore, będący opowieścią nie tylko o waleniu w dupę i grzesznym romansie, ale i inteligentnej kobiecie i seryjnym mordercy. Jeżeli zaś chodzi o bardziej ambitne podejście, to wszystkim polecam nieśmiertelną "Lolitę" Nabokova - rzecz pięknie napisaną i niesamowicie zmysłową, w której poza postmodernizmem i sztuką, znaleźć można kilka fajnych scen pierdolenia. Nie ma w tych dwóch książkach umów, kontraktów i haseł bezpieczeństwa, bo ich autorzy wiedzą, że nie ma w takich wyjściach ewakuacyjnych nic podniecającego. Nie można przecież przekraczać granic namiętności w towarzystwie adwokata i księgowego. No chyba, że lubisz, jak ruchają cię w banku.

*

Nie dziwny seks zniechęcił mnie więc do "50 twarzy Greya", ale promowana w książce przemoc emocjonalna. Bo o ile w warstwie porno jest to historia o głupich dziewczynkach (och, jaka z Any bezwolna idiotka!) i dobrych kapitalistach (głównym zajęciem Greya jest ratowanie świata przed klęską głodu, serio) bawiących się w "tę scenę z Pulp Fiction", o tyle we wszystkich innych aspektach to obrzydliwy pean na cześć stalkerów i psychopatów. Ja rozumiem, że można lubić mrocznych i tajemniczych emo-chłopców z traumą z dzieciństwa, ale Grey nie jest zwykłym świrem - to prawdziwy, przerażający pojebaniec, wykorzystujący bogactwo zarobione w Darfurze, by kupić sobie kobietę.

Wiecie jak Grey uwodzi Asanstasię? Włazi z buciorami w jej życie prywatne w pierwszych dniach znajomości. Karmi ją na siłę, pod groźbą przefocha. Dąsa się, gdy Ana chce odwiedzić matkę. Leci za nią pół Ameryki, gdy ona chce trochę przestrzeni, by wszystko przemyśleć. Sam się przedstawia jej ojczymowi. Przyjeżdża niezapowiedziany w środku nocy i wpierdala się jej do mieszkania pomimo niezgody współlokatorki (ba! głośnych krzyków!). Namierza jej telefon komórkowy, NAMIERZA, KURWA, JEJ, TELEFON. Przybywa na imprezę, na którą zabroniono mu przybyć. Warczy za każdym razem, gdy w towarzystwie dziewczyny pojawi się jakiś samiec, nieważne - wieloletni przyjaciel, czy brat współlokatorki. Robi jej sceny, o to, że jeździ starym samochodem, a gdy ona mówi mu wprost, że to nie jego jebany interes, a autko jest dla niej ważne, on kupuje jej nowy, bo go kurwa stać. A później wysyła swojego lokaja, by sprzedał starego gruchota! Do przeglądania Wiki podarowuje jej najnowszego MacBooka, a jako pierwszy prezent wręcza książki warte kilkanaście tysięcy dolarów.

I ignoruje wszystkie prośby o normalny związek "niewymagający dziesięciostronicowej umowy, pejcza i karabińczyków pod sufitem pokoju zabaw" (s. 241). Przemocą doprowadza dziewczynę do płaczu (a później odejścia) i nie widzi, że wszystko, czego ona chce, to "żeby mnie nie bił" (s. 342). Na miłość wszystkich świętych branży porno, to nie jest nawet Edward ze "Zmierzchu", którego największym przewinieniem było 90 lat różnicy i gapienie się zza okna. To jest najzwyklejszy despotyczny kutas, który wszystko w życiu kupił, nabywa więc sobie także dziewczynę i przemienia jej życie w emocjonalnego sapera, każąc wciąż głowić się, jaka błahostka tym razem wyprowadzi go z równowagi!

Tym, którzy znają mnie tylko z bloga mogę się wydawać radosną, szczęśliwą Rybą, ale w prawdziwym świecie bywam nieprzyjemny. Znam się na fochach jak nikt, często się dąsam, bywam wybuchowy i potrafię bardzo intensywnie kogoś nie szanować. Nie ma jednak takiej siły w znanym człowiekowi wszechświecie, która by mnie przekonała by zdobywać dziewczynę metodą "na psychopatę" - szantażami emocjonalnymi, groźbami, pieniędzmi i manipulacją. Bo jeżeli jest jedna cecha, którą ceniłem u wszystkich moich dziewczyn, to to, że nie miały 12 lat, nie zachowywały się jakby miały i nie oczekiwały, że będę je traktował jakby miały. A jeżeli moje poszanowanie dla niezależności i samodzielności drugiego człowieka to zły wybór i oznaczać ma, że w smutnych czasach kryzysu, gdy dziewczęta pragną mieć panów zamiast partnerów, ja nie będę ruchał, to trudno. Nie zmienię się, ruchanie nie jest tego warte.

 

Dodatek 1. Drętwy mem.

co myślę o 50 twarzach Greya 

Dodatek 2. Popkultura jako źródło cierpień, czyli "50 twarzy Greya" w liczbach:

 

- 13 dni, tyle dokładnie zajęło mi przeczytanie tego ścierwa

- równolegle wchłonąłem 4 komiksy (2 x Usagi, Trybunał Sów, Ryjówka przeznaczenia), 4 filmy (Animal Kingdom, Hitchcock, Nausicaä z Doliny Wiatru, Passion Play), 1 grę (Tomb Raider), 1,5 sezonu serialu (Utopia, The Critic) i 17 piw

- pomiędzy pierwszą a ostatnią stroną schudłem 2,5 kilograma

- 142 strony trzeba czekać zanim zaczną się pierdolić

- 3 orgazmy ma Ana podczas pierwszego seksu

- 0 bólu odczuwa

- 178. tyle razy należy powtórzyć metaforę o ćmie i ogniu, zanim zacznę głośno kląć

- dla porównania wystarczy napisać o wewnętrznej bogini zaledwie 8 razy, bym zaczął prychać z pogardą

- 22 razy zarumieniła się Ana podczas jedynego rozdziało, kiedy chciało mi się to liczyć

- 62 to najbardziej prawdopodobny iloraz inteligencji Anastasii

- 2 książki z tej serii postanowiłem sobie odpuścić

- 3 razy czytałem to publicznie

- 1 raz się przesiadłem, by uniknąć drwin otoczenia

- 0,5 dziewczyny poderwałem na twórczość pani Mitchell

niedziela, 10 marca 2013

 

Jest w "Obławie" wszystko, czego oczekuje od polskiego kina wojennego:

- całkowity brak scen batalistycznych

- sporo kiepskiego seksu, w tym stosunek wymuszony, dramat impotenta i samogwałt do czarno-białej fotografii

- Ślązak-zdrajca z nadania historii

- dużo kurw siarczystych

- petów palenie w milczeniu i w dal spoglądanie

- Maciej Stuhr w roli dwuznacznej

- 23 złote widocznego budżetu (pomijając gaże aktorów)

- jedna obrzydliwość okrutna, metafora chuj wie czego, co pewnie filmoznawcy wiele lat jeszcze będą rozkminiać i interpretować

- kadry statyczne i wiatr po nich hulający, samotność jednostki wypominający

- jedna dobra jazda kamery (ta z trailera, z Dorocińskim za drzewem skitranym)

- Polacy przez Niemców wyobcowani

- trailer fałszywy, zupełnie inny film reklamujący

- siekiera

- smutek, fatalizm i rozpacz powszechna, bo jak się kręci film między Niemcami a Rosją, to trudno mieć jakąś nadzieję

 

A przy okazji jest świetna historia niechronologicznie opowiedziana. Dialogi sprawnie napisane. Niuanse wyłuskane - rzecz niezbędna w filmach historycznych. Bardzo czytelna inspiracja Różewiczowskim "Do piachu" (love!). Aktorstwo udane (choć smutne i brzydkie i po polsku zdziadziałe). I pustka w sercu po skończonym seansie.

10/10 w skali polskości. Zasłużony Orzeł.

PS Rację miał Jerzy Stuhr, że w prawicowo rozumianej kategorii antypolskości "Pokłosie" jest przy "Obławie" równie niewinne, co Palikot przy Millerze

wtorek, 26 lutego 2013

Nie możecie odmówić mi dobrych intencji. Naprawdę chciałem pokochać ten serial. Po pierwszej serii machnąłem nawet pochlebną, choć nieco zaniepokojoną, recenzję, w której porównywałem do "The Wire". Ale dwa lata później, po pokonaniu trzeciego sezonu, mam dość tego nudnego badziewia. Dziękuję, wysiadam!

Bo znów wydarzyło się to samo. 10 godzin zmuszony byłem ślęczeć przed telewizorem, jak jakiś debil, zastanawiając się na kiego ja to oglądam, co się dzieje z moim życiem, skąd mam tyle wolnego czasu i kiedy upadnie SLD. 10 długich, bolesnych godzin ciągnącej się telenoweli o tym, jaki to Nucky jest sprytny, jaki to Nucky jest zakochany, jak to Nucky przez miłość się odsłania i jak Nucky wpada w kłopoty, by w końcu się z nich wykaraskać. 10 godzin wystawnego telewizyjnego piekła z najwyższej półki tylko po to, by w dwóch ostatnich odcinkach w końcu zobaczyć nieco akcji. Ja rozumiem, że po sukcesach "Rodziny Soprano", "The Wire" i "Treme" HBO nie potrafi już kręcić seriali, w których cokolwiek się dzieje, ale ktoś tam chyba zapomniał, że wszystkie odcinki tych seriali prowadziły do sensownej konkluzji. W "Boardwalk Empire" ten schemat został sparodiowany tak sprawnie, że podejrzewam sabotaż - wszystkie wydarzenia poprzedzające finał można streścić w kilku zdaniach i oglądać ostatnie dwa odcinki jako samodzielny film gangsterski (6/10). Bo z fabularnego punku widzenia nie mają one żadnego znaczenia dla końcowych przewrotek i zgonów.

No i te postacie! Scenarzyści "Boardwalk Empire" wyspecjalizowali się w tworzeniu dziwacznych, wkurwiających i płytkich bohaterów opartych na jednej pojebanej (najprawdopodobniej dobieranej losowo) cesze. Wydaje im się chyba, że to enigmatyczne, ale zapominają, że prawdziwą historię pisali prawdziwi ludzie ("Rzym") i nawet po drugiej stronie prawa stoją zazwyczaj zwykli kolesie ("The Wire"). Zdają się także zapominać, że nie kręcą "Twin Peaks"

Mamy zatem wylaszczonego, przeintelektualizowanego agenta Departamentu Sprawiedliwości, którego monologi zajmują jakieś 50 procent czasu antenowego w kilku odcinkach, tylko po to, by okazał się najchujowszym płatnym mordercą w historii mafii. Mamy jednookiego one-man army, który w każdym sezonie czeka na okazję do wybuchu i zawsze ją oczywiście dostaje, ale tymi kilkoma trupami nie usprawiedliwia czasu zmarnowanego na tworzenie postaci. Mamy porąbanego Gypa Rosettiego, który lubi być podduszony i mordować przypadkowych ludzi, a na którego powinien zostać wydany wyrok w pierwszym odcinku 3 serii, ale nie zostaje, pcha się go do finału, mimo iż wszyscy widzą, że jest psychopatą. Mamy w końcu pierdolonego Nelsona Van Aldena (a.k.a George'a Muellera) NAJGORSZĄ POSTAĆ W HISTORII HBO - sztywnego, źle zagranego religijnego fanatyka, któremu wpierw się wydaje, że walczy o prohibicję, później sprzedaje żelazka, a w końcu morduje przypadkowych ludzi. Wszystko to z jedną, przerażająco sztuczną miną, jedną z tych, które robią ryby, gdy chce im się kupę. Serio HBO, jeżeli ktoś u was naprawdę wierzy, że Michael Shannon to jakieś aktorskie objawienie, powinniście go zwolnić, zniszczyć życie jego rodzinie, a następnie wynająć ludzi, którzy będą za tym partaczem jeździć po świecie i informować wszystkich, z którymi się zetknie, jak wielkim jest idiotą.

Zza tych powalonych indywiduów wychylają się wprawdzie dobrze napisane postacie, ale czynią to na tyle dyskretnie, iż można pomyśleć, że grają w "Gdzie jest Wally". Świetni Lucky Luciano i Al Capone są tu ledwie bohaterami drugoplanowymi, którym nigdy nie będzie dane rozwinąć skrzydeł. Intrygujący Chalky White pojawia się zawsze na moment i nawet gdy ma coś ciekawego do powiedzenia, to ginie za niezdarnym Michaelem Williamsem, dla którego rola w Omara (<3) była wypadkiem przy pracy. I nawet doskonały, wyeksponowany Steve Buscemi nie ratuje show, bo wciela się w najnudniejszą postać - głównego bohatera, którego losem nie sposób się przejmować, zwłaszcza wygooglawszy, że jego pierwowzór dożył późnych lat 60., nie ma się więc co spodziewać rychłej śmierci.

W każdej sekundzie "Boardwalk Empire" widać przepych, miliony wydanych dolarów i dumę panów z HBO. Każde wnętrze jest idealnie zaaranżowane, każda panorama zapiera dech w piersiach, każdy kostium wali po łbie. To majstersztyk od strony technicznej, prawdziwy popis wirtuozów oświetlenia i dekoracji. Na co mi jednak te wszystkie zabawki, kiedy ja wolę się bawić z prawdziwymi ludźmi. A tych w "Boardwalk Empire" nie ma w ogóle.

Nucky Thompson, weź spierdalaj!

Nucky Thompson, weź spierdalaj

W cyklu "weź spierdalaj" ukazały się także:

Sheldon Cooper, weź spierdalaj

Don Draper, weź spierdalaj

sobota, 23 lutego 2013

W lutym minęły 4 lata mojej błyskotliwej kariery jako farmera kontentu; dziennikarza (nie pluć mi tu na monitor) internetowego; człowieka, który robi rankingi. W tym czasie udało mi się skatalogować i ustawić w porządku od 1 do 10 niemal wszystko, co wymyśliła popkultura. Od najpiękniejszych nieistniejących kobiet, poprzez najdziwniejsze nieistniejące związki, a na najbardziej przerażających, nieistniejących korporacjach kończąc. By jakoś uczcić tę okrągłą rocznicę jebłem se ranking nad rankingami, ranking, który zjada wszystkie inne rankingi, ranking, który rozjebie Internet. I być może przyniesie mi z 12 lajków.

Oto 10 najlepszych rzeczy ever. Na całym świecie. W historii ludzkości. A że przeczytałem właśnie "Lewą rękę ciemności" i nauczyłem się, że każde dobro ma swój cień, a każde zło czemuś służy, to każdej pozycji przypisuję jej arcywroga. Co by feng shui kosmosu się nie spierdoliło.

 

10. Hot&Spicy. Jakkolwiek korporacje fast-foodowe są złe, mordują zwierzęta, tuczą społeczeństwo i gnębią trzeci świat, to nie da się dłużej ukrywać faktu, że gdyby kejefcowe Hot&Spicy istniały w 1939 roku nikomu nie przyszedłby do głowy Holocaust – wszyscy wpierdalaliby kurczaka i rzygali miłością. Ba, gdybym był kurczakiem z chęcią dałbym się zarżnąć w jakieś zdehumanizowanej, w pełni zautomatyzowanej korpo-rzeźni, byle tylko stać się pysznym kawałkiem mięsa w panierce, które można zamoczyć w najlepszym na świecie sosie słodko-kwaśnym.

Popcorn. Nie ogarniam, kurwa nie ogarniam. W kinie bywam 2-3 razy w miesiącu i za każdym razem, gdy widzę jak moi znajomi/bliscy/przyjaciele/partnerki kupują popcorn, zadaję sobie pytanie, na czym polega fenomen tego gówna. Smaku to nie ma żadnego, słone jest jedynie, bo obsypuje się toto górą soli, a do tego włazi między zęby tak głęboko, że przez cały seans siedzi człowiek i zamiast film oglądać kreśli językiem wstęgi Möbiusa, by wycmokać chujostwo spomiędzy zębów.

 

9. Pad do xboxa. Ja wiem, że społeczeństwo postrzega mnie jako konsolowego radykała, ale prawda jest smutniejsza i bardziej prozaiczna: konsolę kupiłem ledwie 4 lata temu, wcześniej, przez dekady byłem graczem pecetowym, wmawiającym sobie, że WSAD i myszka to jedyna słuszna droga. Na szczęście z mroku wyciągnął mnie xboxowy pad, najlepsze co się przytrafiło współczesnemu graczowi od czasów "Planescape: Torment". Duże to, solidne, a nie takie chujowe i kruche, jak pad peesowy. Spusty ma z prawdziwego zdarzenia, kabel się nigdzie nie majta, a lewy joy jest dokładnie tam, gdzie być powinien, siedzi i czeka, byś położył na nim palucha niczym uczynny punkt G. I gdyby nie zjebany D-Pad pewien byłbym, że to jeden z zapomnianych projektów Leonarda Da Vinci.

pilot do TV. Najbardziej wkurwiające urządzenie jakie wymyśliła ludzkość. Nie dość, że każdy jest inny, więc w zasadzie za każdym razem kiedy siadasz do nowego telewizora/sprzętu grającego/garażu wszystkiego musisz się uczyć na nowo, to jeszcze nigdy chujostwo nie działa – a to baterie za stare, a to coś promień przecina, a to kurwa nie ten pilot wziąłeś i próbujesz ogarnąć dekoder urządzeniem do kina domowego. To jednak byłoby do przejścia, gdyby nie fakt, że pilot to dziś przedmiot niszczący więzy rodzinne i cofający nas do czasów głębokiego patriarchatu. Bo każdy samiec alfa musi za pomocą pilota okazać swą władzę, włączając jakiś chujowy Eurosport i zmuszając rodzinę do gapienia się na czajniki puszczane po lodzie. Albo skacząc z kanału na kanał akurat tak szybko, bym zdążył zorientować się co za program leci, ale nie zdążył go polubić.

 

8. The Wire. Coś z filmowo-serialowego bogactwa kultury na liście znaleźć się musiało. Pierwszą mą myślą był oczywiście "Król Lew", film idealny, ale stwierdziłem, że to zbyt proste. Drugi był "Fight Club", po 20 seansach muszę jednak przyznać, że druga połowa nieco mnie nuży i oglądając ją w zasadzie czekam tylko na piosenkę w finale. Myślałem jeszcze o "Blade Runnerze", ale tu z kolei odstraszył mnie ciężar – dzieło Scotta jestem w stanie oglądać góra raz na pół roku, inaczej nawiedzają mnie myśli samobójcze. Dlatego koniec końców padło na "The Wire", 60-godzinne neo-dickensowskie arcydzieło, które oglądać mógłbym w kółko.

Lost. Sześć. Lat. Kurwa.

 

7. Tokelau. O tym, że gdzieś na świecie istnieje raj dowiedziałem się na drugim roku studiów, gdy przeczesując najmroczniejsze zakamarki porno-netu zainteresowała mnie domena .tk. I tak, dzięki kobietom w maskach koni sikającym na płaczących mężczyzn, dowiedziałem się, że na Oceanie Spokojnym istnieje moje miejsce. Nie zdziwiło mnie wcale, że moje miejsce jest dokładnie na drugim końcu świata, bo przecież spodziewałem się tego, od kiedy w podstawówce po raz pierwszy złamano mi serce. W końcu to moje życie.

Warszawa Centralna. Być może Somalia, Bydgoszcz czy Irkuck zasłużyły sobie na nienawiść bardziej niż Warszawa Centralna, ale je mogę omijać, Warszawy zaś nie. Dlatego chciałbym w tym momencie przypomnieć jak chujowy, brzydki i pojebany jest warszawski dworzec – skryty pod ziemią, opleciony labiryntem przerażających tuneli, straszący pasażerów obsługą i wyglądem, śmierdzący i ponury. Mówiący do odwiedzających otwartym tekstem: PIERDOL SIĘ CZŁOWIEKU, TAK JAK WARSZAWA PIERDOLI CIEBIE.

 

6. Czekolada. Nie jest tak, że czekolada jest moją najlepszą przyjaciółką. To byłoby krzywdzące i powierzchowne, mogłoby się jej zrobić przykro gdybym tak ją nazwał, tak jak mnie byłoby przykro, gdyby zasugerowała, że powinniśmy się rozstać. Czekolady nie można przyjaźnić, bo to soul mate, istota doskonała, która dzieli ze mną radości i smutki (zwłaszcza), wzloty i upadki (częściej). Jej obecność w moim życiu jest tak oczywista, że czasami szepcę jej to, co Ripley szeptała obcemu w ciemnym tunelu ponurego więzienia – "nie pamiętam już życia bez ciebie".

Waga. NIE OSĄDZAJ MNIE GŁUPIA, WYNIOSŁA, WSZYSTKOWIEDZĄCA, ZAKŁAMANA KURWO! CO TY WIESZ O MOIM ŻYCIU, DOŁACH, POJEBANYCH AKCJACH, SERCOWYCH PROBLEMACH? JAK ŚMIESZ Z WYŻSZOŚCIĄ MACHAĆ TYMI CHOLERNYMI WSKAZÓWKAMI I SUGEROWAĆ, ŻE NIE JESTEM PIĘKNYM KWIATEM ROSNĄCYM POŚRÓD CUDOWNEGO OGRODU? PIERDOL SIĘ!

 

5. Planescape: Torment. Nie istnieje pełniejsza, piękniejsza, dojrzalsza gra niż "Planescape: Torment". A jeżeli myślicie inaczej idźcie do domu, zbierzcie swoje dvd, blu-raye, kartridże, zwińcie kable od konsol, zbierzcie cały sprzęt grający i wrzućcie to wszystko do pieca. A następnie zapytajcie sami siebie "cóż może zmienić naturę człowieka?" i postąpcie zgodnie z odpowiedzią. Albowiem na tym etapie rozwoju nie macie pojęcia o pięknie i nie poznalibyście arcydzieła nawet gdyby was w nocy napadło z kumplami, okradło, zgwałciło i następnego dnia twierdziło, że to z miłości.

Mass Effect 2. Oczywistą oczywistością jest, że istnieją gry gorsze, ohydniejsze, brzydsze, nieporadniej zrobione, niezgrabniej napisane, bardziej niedopracowane i odważniej plujące w twarz graczowi, który wydał właśnie 200 peelenów. "Mass Effect 2" jest jednak jednym z najwstrętniejszych wytworów medium właśnie dlatego, że koniec końców to całkiem niezła gra. Na tym polega sztuczka kurew z Electronic Arts i BioWare – sprzedać swoją chorobę weneryczną, tak by klient był jeszcze zadowolony. Tymczasem jest to gra okrutnie głupia, prosta jak wzwód Rona Jeremy'ego (i równie długa), udająca erpega, choć od dawna jest już tylko wulgarną, śmiesznie łatwą strzelanką, w której naparzamy się z najbardziej stockowymi obcymi na komicznie małych mapkach. To produkt nie mający nic wspólnego z jakąkolwiek kreatywną myślą, proste, wysokobudżetowe copy/paste, sprzedawane (i kupowane!) jako przekozacka kosmiczna epopeja.

 4. Wish You Were Here. To proste. Gdybym miał w nieskończoność słuchać jednej, jedynej piosenki, byłaby to właśnie ta. Bo jest w niej wszystko – romantyzm, okrucieństwo, rozczarowanie, melancholia i tekst, który nie do końca rozumiem. Jest w niej smutek dalekich podróży i nadzieja nowego świata. I gitara, którą słyszę w samotne noce i nieco żałosnego zawodzenia rozrywającego mi serce na kawałki, tylko po to, bym 5 minut i 34 sekundy później sam je musiał poskładać. A przede wszystkim jestem w niej ja, być może pomylony ze złotą rybką, ale wciąż wywołany niemal wprost, przez samo Pink Floyd!

Waiting on an Angel. To nie jest tak, że ta piosenka jest zła. Wręcz przeciwnie – jest dobra. Smutna, powolna, nastrojowa. Świetnie się przy niej ogląda wyciszone niemieckie pornosy, z których i tak rozumiem tylko krew, pot i łzy. Ale ile złych wspomnień może się zawierać w 4 minutach muzyki? No bo po kolei. Piosenkę poznałem dzięki Miłości Mojego Życia®, która kiedyś, kiedy już mnie przeżuła, wypluła i podeptała, wpadła popatrzeć na moją agonię i zostawiła mi trochę mp3, co bym miał przy czym płakać. Zaanektowałem ją więc na potrzeby mego miłosnego soundtracka, przy którym przyjmowałem wizyty Miłości Mojego Życia ver. 2 poprawiona® i od tej pory już zawsze kojarzy mi się z tymi krótkimi, rzadkimi chwilami, kiedy wychylałem się z mroków pomagisterskiej depresji i pozwalałem sobie na uśmiech. A jakby tego było mało, na koniec została to ulubiona piosenka Tej, Której Nigdy Nie Będę Miał®, bo nieopatrznie puściłem ją kiedyś w nadziei na jakąś konsumpcję, nie wiedząc, że oddaję jej właśnie nie tylko serce ale i jedyną fajną piosenkę, której wcześniej nie znała (bo ogólnie znała się na muzyce dużo lepiej niż ja). A najśmieszniejsze jest to, że ja nawet nie lubię Bena Harpera.

 

3. Ruchoma czcionka. Wybór to dość oczywisty i asekurancki, ale znaleźć się musiał na tej liście ze względu na moje uwielbienie dla wiedzy. A gdyby nie ruchoma czcionka i upowszechnienie druku wciąż żylibyśmy w mrocznych czasach certyfikowanej mądrości dostępnej tylko dla dobrze urodzonych. Tymczasem wynalazek Gutenberga w dłuższej perspektywie dał głos każdemu debilowi, dziwakowi i innowiercy i choć Internet przekonuje nas dziś, że nie był to najmądrzejszy ruch, to ja wciąż wielbię słowo. Hasło pokrewne: Wikipedia.

Komunikatory. Niby miały nam pomóc, a tylko przeszkadzają. Komplikują proste sprawy, ułatwiają rzeczy, które winny być trudne, wpierdalają się w każdą strefę życia i mordują chwalebną tradycję pisania listów. To przez nie większość relacji międzyludzkich jest dziś płytka i sztuczna i je właśnie winię za to, że współczesnego człowieka po prostu nie da się lubić – bo jest tchórzliwy, za monitorem skryty i wiecznie zabezpieczający się, jakby kontakt w realu równał się spotkaniu z bazyliszkiem.

 

2. Janina Ochojska. Gdybym miał wybrać najwybitniejszego Polaka naszych czasów, to byłaby to Janina Ochojska. Nie dlatego, że ją znam czy chociażby wiem dokładnie czym się zajmuje, ale dlatego, że uosabia ona wszystko, czym pragnę być. I nie chodzi tylko o to, że ma piersi i inne zajebiste przymioty, których mojej płci poskąpiono. Ochojska jest zdecydowana, pewna siebie i przebojowa. Pierdoli swoje kalectwo, tak jak ono kiedyś pierdolnęło ją - nie pytając o zdanie, ani zgodę. I mimo wszystko, robi dobrze. W Palestynie, Czeczenii czy innym Sudanie. Przypominając nam na każdym kroku, że gówno wiemy o biedzie. Bo bieda to nie jest iPhone na raty, ani kredyt na 30 lat w zamian za loft w centrum. Bieda jest wtedy, kiedy dzieci umierają na anginę, bo szpitala nie stać nawet na witaminę C. Wiem, bo tak powiedziała mi Ochojska.

SLD. Nieślubne dziecko Leszka Millera i Józefa Oleksego, największych szkodników w polskiej polityce. Złośliwa narośl na naszym kraju, rak, którego powinno się wyciąć, tak jak wycina się nowotwory, resztki zaś spuścić w brudnym kiblu, jakiegoś zasyfiałego baru dla loczków w trampach. Może was zdziwić, że prawdziwe obrzydzenie budzi we mnie jedyna polska partia, która twierdzi, że jest lewicowa, ale to właśnie dlatego nie cierpię jej bardziej niż wszystkich tych pokracznych prawicowych tworów na literkę P. One mnie przynajmniej nie okłamują, na wstępie mówią, że wszystko co w co wierzę, to w dupie mają i idź się w ogóle pierdolić grubasie. To uczciwe. SLD zaś jest jak najlepszy przyjaciel ruchający najebaną miłość twojego życia na jakieś chujowej imprezie na domku w lesie i wysyłający ci MMS-y z akcji (nigdy ci tego nie zapomnę Gąsior!). Z pozoru uśmiechnięty i uroczy, w rzeczywistości zepsuty i skurwiały, z twoimi ideałami mający tyle wspólnego co "Gears of War" z dobrym scenariuszem.

 

1. Piersi. Dobro i piękno w ostatecznej formie, źródło niekończącej się radości i frajdy, niestarzejący się evergreen (w sensie piersi jako zjawisko, a nie konkretne piersi, bo te się oczywiście starzeją), dowód na istnienie Boga, który przekonuje nawet ateistów, bo czy ślepa, głupia ewolucja mogła stworzyć coś tak doskonałego na pustyni ludzkiej zawiści i duchowej szpetoty?

Penisy. NIE-NA-WI-DZĘ

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69