| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
statystyka
poniedziałek, 13 maja 2013

Siedząc w Atenach*, w uroczej knajpce na Psiri**, popijając ouzo*** i zajadając musakę****, zaczytałem się w felietonie Benjamina Nugenta z zeszłotygodniowego "International Herald Tribune"*****. W świetnym tekście "The sins of our father figures" amerykański pisarz, autor powieści "Good Kids" i rozprawy "American Nerd: The Story of My People", opisuje bolesną, osobistą historię, jedną z tych, jakie lubię najbardziej. Nugent wychodzi od maila od faceta swojej matki, w którym pięćdziesięciokilkulatek prosi go o zrozumienie i przyjaźń. Owszem, zdradził jego matkę i zakochał się w młodszej o 30 lat kobiecie, ale czy wszystko to "nie dzieje się tak szybko" i czy my, mężczyźni nie powinniśmy sobie wybaczać takich chłopięcych wyskoków?

Nugent, rocznik 1977, odpala wpierw słuszny hejt, wyzywając amerykańskich samców po 50. i czyniąc z nich zgrabna metaforę konsumpcyjnej Ameryki, która, podobnie jak ci uroczy niemal-staruszkowie, "cierpi na przekonanie, że zasłużyła na wszystko, czego zapragnęła, obojętne jak wielkie wyrządziłaby szkody wokół". Urzeka mnie zwłaszcza zdanie otwierające czwarty akapit (a w wydaniu papierowym wytłuszczone także w lidzie), w którym Nugent pisze tak: "Będąc 20-latkiem, moim celem było nie stać się jednym z tych mężczyzn w średnim wieku, wśród których się wychowywałem".

Jednak, jak większość fochów i hejtow i ten szybko się wyczerpuje, a amerykański 35-latek dochodzi do pozycji weterana Fight Clubu, który owszem, nienawidził siebie, świata i grzechów swoich ojcowskich figur, ale przecież dorósł, sam popełnił te kilka błędów i w końcu zrozumiał, ze liczy się nie nienawiść ("nienawiść do siebie to stymulant, może być prawie przyjemna"), a zrozumienie, a nawet łaska. W końcu sam przekroczywszy 30. zakochał się w swojej ex, zdradził swoją obecna i zobaczył, jak to jest, gdy musisz sięgać po najgorsze wymówki w historii wszechświata - wspominane wyżej "to wydarzyło się tak szybko" i inne pierdoły. Tekst kończy się optymistycznym przesłaniem godnym filmów Disneya lub wyśmiania w "Spring Breakers": "Tylko wtedy, gdy przestaniesz nienawidzić siebie, zaczniesz nienawidzić innych nieco mniej".

Z perspektywy mrocznych głębin mojego bajorka - zamieszkanego przez jedną, dobiegającą 30., niespełnioną, niewydarzoną i otyłą Rybę - wydaje się ze Nugent udziela błędnych odpowiedzi na niewłaściwe pytanie. Podczas gdy on odpowiada sobie na problem "kiedy?", ja chciałbym zapytać "jak długo jeszcze?". Nie czekam bowiem, aż spłynie na mnie zrozumienie, bym wpadł w ramiona swojemu ojcu lub jakiejkolwiek ojcowskiej figurze. Nie chcę dorastać, rozumieć i wybaczać. Póki co dobrze mi na etapie Fight Clubu, wiec najbardziej interesuje mnie, jak długo jeszcze napędzać mnie biedzie nienawiść. Nie odraza do innych, która jest prostacka i niewarta tekstu, ale jedyna słuszna odraza do siebie.

Albo bardziej konkretnie. Jak długo jeszcze pamiętać będę imprezę, na której miało mnie nie być, pokój, do którego nie powianiem był wchodzić, dziewczynę, której nie powinienem był kochać i faceta, który nie powinien być moim przyjacielem? Jak długo jeszcze będę się budził słysząc sygnał połączenia przerwanego chwilę po tym, gdy powiedziałem najgorszą możliwą rzecz osobie, którą najbardziej kochałem? Jak długo dzieciak, który nazwał innego dzieciaka głupim słowem będzie żałował, że przezwisko to przylgnęło do kolesia na całe liceum, niszcząc mu humor, zdrowie, a być może także życie? Jak długo można nienawidzić Grecji, tylko dlatego, ze kiedyś ktoś wskoczył u jej wybrzeży nago do morza z facetem, który nie był tobą, a później poczuł potrzebę opowiedzenia o tym, w imię szczerości i prawdomówności?

Mówiąc krótki. Jak długo można żałować każdej pojedynczej decyzji w życiu, jak często zadawać można sobie pytanie "co by było, gdyby"?

Nugent daje złudną nadzieję, że kiedyś zrozumiem grzechy moich ojców, co zapewni mi wstęp na wyższy etap ewolucji. Mnie się jednak wydaje, ze boleśniejsze (i godniejsze tekstu) niż grzechy figur naszych ojców są te, które wciąż ciągniemy za sobą. Nie chcę wybaczać tym sprośnym staruszkom. W Polsce nie ma ich zresztą tak wielu - większość wybiera los o wiele gorszy niż przywoływani przez Nugenta bohaterowie Updike'a i Franzena, pozostając wiernie, wściekle i zgorzkniale, odrzucając romanse, wybierając spokój, żałując później każdej chwili i decyzji, będąc mną tylko bardziej, bo doroślej o 30 kurewsko długich lat, bolejąc mocniej i częściej, z powodu większej ilości wyborów, przez o wiele, wiele więcej bezcelowych, smutnych poranków, gdy budzisz się tylko po to, by przypomnieć sobie, że żaden nie był właściwy.

Zamiast przyszłego zrozumienia obiecywanego przez Nugenta, potrzebuję recepty na oczyszczenie, chociażby takie, jakiego doświadcza Booker DeWitt, bohater nieskończonego Bioshocka. Prawdziwe, ostateczne wykreślenie, nieodwracalne zapomnienie. Doprowadzenie do sytuacji, w której wszystkie złe scenariusze, które mogły się wydarzyć (i z cala pewnością się wydarzyły) po prostu nie dostałyby szansy zaistnienia, a jeżeli już koniecznie by zaistniały, to nikt, dosłownie NIKT, by o nich nie pamiętał - nie powstałaby na ich temat nawet przeceniane gry wideo.

Takie wymazanie oferowane jest nie tylko Bookerowi, który musi dla niego poświęcić sam siebie, ale i bohaterom "Zakochanego bez pamięci". To niestety jest komedia romantyczna, wiec Charlie Kaufman przekonuje nas w finale, że w zasadzie nigdy na coś takiego byśmy się nie zdecydowali. Bo niby kochamy naszą przeszłość, nawet jeżeli pełna jest porażek i cierpienia. Joel i Clementine rozpaczliwie walczą z technologią pozwalającą prawdziwie zapomnieć, podczas gdy powinni być wdzięczni za możliwość restartu, pozbycia się gówna, z którym nie chcieli już sobie radzić, no bo jak długo można do kurwy nędzy?

Boleśniejsze i cięższe od grzechów figur naszych ojców są nasze własne grzechy i błędne wybory. Jesteśmy skazani, by z ich konsekwencjami żyć po kres dni. Jeżeli wiec celem dwudziestokilkuletniego Nugenta było nie stać się którymś z panów w średnim wieku, wśród których się wychował, moim (i Bookera DeWitt) celem jest przestać być sobą i stać kimś innym.

Nugentowi się nie udało.

 

* Spełnione marzenia +1

** Hipster much!

*** Nie lubię!

**** Lubię!

***** Hipser overload!

środa, 24 kwietnia 2013

W zeszłotygodniowym "Forum" (kupujcie, bo to świetna, bardzo źle sprzedająca się gazeta!) artykuł o miliarderze Peterze Thielu (granym w "The Social Network" przez Wallace'a Langhama), który chce ufundować libertariańskie państwa-raje pływające po oceanach. Nazywane na przykład Appletopia, gdyby funkcjonowała w nim akurat dyktatura Apple (i tak lepsza niż funkcjonujący obecnie "kartel państw").

W tym pięknym śnie o wolności "chodzi między innymi o zniesienie ochrony socjalnej i płacy minimalnej, mniej restrykcyjne przepisy budowlane i usunięcie części ograniczeń w posiadaniu broni" (artykuł nie tłumaczy niestety po co libertarianom broń na rajskich wysepkach na środku oceanu, gdzie obywatele konkurowaliby ze sobą na pomysły biznesowe). Wspólnikiem Thiela nie jest wprawdzie Ayn Rand, ale na straży ideowej czystości stoi Patri Friedman, pomysłodawca tego szaleństwa, wnuczek Miltona Friedmana starego kumpla z Chicago.

Thiel tak uzasadnia swoją wizję: "Konstytucja Stanów Zjednoczonych dopuszczała na początku rzeczy, na które dzisiaj już się nie pozwala. Pytanie brzmi zatem: «Czy możemy wrócić do punktu wyjścia? Jak zacząć od nowa? »" I pomijając fakt, że to są dwa pytania, warto zwrócić uwagę, że pisana w XVIII wieku konstytucja Stanów Zjednoczonych dopuszczała między innymi niewolnictwo, zaś ubóstwiane dziś prawo do posiadania broni, nie jest żadnym prawem do posiadania broni, a prawem do tworzenia uzbrojonych milicji, które miały sens w czasach, gdy młode państwo wciąż martwić się musiało inwazją imperium zza wielkiej wody czy najazdem tubylców ("A well regulated Militia, being necessary to the security of a free State, the right of the people to keep and bear Arms, shall not be infringed").

Kolejnym marzeniem Thiela jest libertariańska kolonia w kosmosie: "Mnóstwo ludzi sądzi, że to niemożliwe. Tym lepiej. Nie musimy się nimi przejmować." Thielowi śni się też uniwersalna waluta wyzwolona spod kontroli państwa (po to początkowo powstał PayPal, dziś ten sen kontynuowany jest w formie Bitcoin - i jak zwykle prowadzi do spekulacji, baniek, bankructw i podejrzanych fortun), a także prawdziwie wolny Internet, którego przykładem miałby być chociażby Facebook.

Szczerze mówiąc jestem za. Bogaci, doskonale uzbrojeni kapitaliści, na sztucznej wyspie odciętej od świata, spekulujący swoimi nieistniejącymi miliardami... Co może pójść nie tak?! Kupuję popcorn (metaforyczny, bo przecież nienawidzę popcornu!) i czekam na "Bioshock 4: Seasteading".



niedziela, 21 kwietnia 2013

nakręcana dziewczyna Paolo Bacigalupi

W dniu, w którym usłyszę info, że udało nam się wyhodować nowy gatunek człowieka, będę najszczęśliwszą rybą na planecie. Wszystkie znaki, jakie dają nam okrutni bogowie przekonują mnie bowiem, iż jako gatunek jesteśmy chujowi, a nasi następcy, mogą być tylko lepsi.

Mówił o tym "Blade Runner", w którym tylko bojowy replikant naprawdę cenił życie, a sztuczna Rachel była najpiękniejszą istotą w upadłym LA. Mówiła o tym główna bohaterka "Armitage 3", nie wiedzieć czemu pogardzana przez ludzi. Mówią o tym roboty z "Battlestar Galactica" - walczące o przetrwanie, przestraszone, muszące mierzyć się z własnymi twórcami. Wiek temu mówili o tym już w "Metropolis", tak ślicznie zaadaptowanym później przez Japończyków. Mówiła o tym i śliczna, naiwna Chii, którą można było pokochać, ale tylko wyrzekłszy się żądzy. Ba, nawet antyandroidowa seria o alienach przedstawia dobre roboty, złe zaś tylko wykonują rozkazy. Nic więc dziwnego, że pokochałem Emiko, nakręcaną dziewczynę z powieści Paolo Bacigalupiego, jedyną pozytywną postać, jaką poznacie na 550 stronach tej zajebistej książki.

Rzecz dzieje się w Bangkoku XXIII wieku. W świecie, w którym nie ma już paliwa, a oceany wystąpiły z brzegów. Najgroźniejsza nie jest jednak woda, a czyhające na Tajlandię korporacje kaloryczne - potężne, bezduszne, biurokratyczne machiny, dzięki którym biały człowiek wciąż utrzymuje się na szczycie łańcucha pokarmowego. To one kontrolują produkcję żywności, a posłuszeństwo rynków zapewniają sobie dzięki bioterroryzmowi, korupcji i staromodnym, krwawym inwazjom. Tajlandia jest jednym z niewielu państw, którym udaje się zachować względną niezależność - wykorzystując równie stare sztuczki: izolacjonizm, rasizm i "białe koszule", szalonych radykałów kontrolujących ten chaos.

Wyhodowani w tym świecie Nowi Ludzie mieli zapewnić Japończykom posłuszną i wydajną siłę roboczą. Jednak wszędzie poza ojczyzną postrzegani są jako bezduszne laleczki, z którymi można zrobić wszystko. Gdy poznajemy Emiko jest akurat gwałcona. Nie ma w tej scenie nic wyjątkowego, bo to dla niej norma. Czytając ten rozdział czułem się jak seksturysta w jakimś zdeprawowanym raju. To, co mnie zszokowało, dla Emiko jest codziennością. Porzucona przez swojego pana, skazana na życie w burdelu, utrzymywana przez okrutnego alfonsa, zdaje sobie sprawę, że chętne ciało i posłuszne geny czynią z niej idealną zabawkę dla wszystkich skurwieli w Bangkoku.

Bo Emiko otaczają tylko skurwiele. I nie mam na myśli tylko klientów czy jej właściciela, ale wszystkie postacie "Nakręcanej dziewczyny". Zakochany w niej Anderson, biały, z którym najłatwiej identyfikować się czytelnikowi, to najemnik w służbie kalorycznych najeźdźców. Chuj szykujący grunt pod kolejną kolonizację. Hock Seng, Chińczyk, który uszedł z pogromu, może i ma dobrą motywację, ale wciąż nie zawahałby się sprzedać Emiko, by ratować życie. Gibbson, genhaker, któremu zdaje się, że jest bogiem, może i prawi dobrze, ale kutas z niego niesamowity, jeden z tych, co zawsze dostają co chcą, bo nikt nie może im odmówić. I nawet zdradziecka Kanya, chyba najbardziej ludzka z ludzi w tej książce, do końca traktuje nakręcanki jak jakiś podgatunek, zastanawiając się, czy w ogóle mają duszę.

W tej historii nie sposób dopingować komuś innemu niż nakręcanej dziewczynie. Biali popełniają grzechy białych, Tajom wydaje się, że zawsze mają rację, rasiści są rasistami, kapitaliści kapitalistami, bogacze dzielą świat między sobą, a biedaków nie obchodzi nić poza przetrwaniem. Wszyscy oni pozostają ludźmi, nie ma mowy o żadnej karykaturze. Bacigalupi jest na to zbyt dobrym pisarzem. Ale właśnie pozostając ludźmi pokazują ludzką chujowiznę. Każdego lubiłem i każdym gardziłem. Inna jest tylko Emiko. Podczas gdy ludzie mają cele, ona ma marzenia. Ponad wszystko pragnie żyć i znaleźć swoje miejsce. I choć na chwilę przestać się bać. Nie jest mi więc szkoda żadnego z bohaterów, nawet spychanych na margines żółtych kart czy dzieci-biedy pokroju Mai. Płaczę za to nad losem nakręcanej dziewczyny.

Przedstawicielom ludzkości udało się do tej pory (a mamy dopiero XXI wiek) spierdolić wszystko, co było do spierdolenia. Mimo to pierdolimy dalej. Jeżeli wymyślimy dla siebie jakąś alternatywę - mądrzejszy, wrażliwszy gatunek, którym nie kierują egoizm i nienawiść - powinniśmy od razu oddać mu władzę. Nawet jeżeli będą to bojowe replikanty, seks zabawki czy nastoletnie dziewczęta, których nie można posiąść. Ba, obserwując nasze poczynania, jestem pewien, że Skynet radziłby sobie lepiej.

piątek, 12 kwietnia 2013

Miałem w tym tygodniu seks. Skończyłem "Bioshocka". Obejrzałem "Spring Breakers". Przeczytałem "Nakręcaną dziewczynę" (notka w drodze). Byłem dwa razy na basenie. Borussia i Barca wygrały swoje mecze. Kalisza wyjebali z SLD. Pożegnaliśmy Wiedźmę. Ted wrócił z cholernego Iranu nieuszkodzony. Nie upiłem się. Nie jebnąłem focha. Po czterech miesiącach embarga pozwoliłem sobie w końcu na KFC i nawet udało mi się nie przekroczyć limitu kalorii. Temperatura jest na plusie. A dziś, ledwie zacząłem narzekać na deszcz, potknąłem się o 20 złotych - najwyższą sumę jaką kiedykolwiek znalazłem (serio).

Chyba jestem szczęśliwy. To dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Jaka jest procedura w takich okolicznościach? Pomocy Internecie…

Schopenhauer jest rozczarowany

czwartek, 11 kwietnia 2013

Kocham, kocham, kurwa kocham!

Ja wiedziałem, że to dobry film będzie, czytałem recenzje, zaufani ludzie wydzwaniali i darli się do słuchawki, dziennikarze (co dziwne) zdawali się rozumieć, Movie Bob wychwalał. Ale przysięgam na wszystkich świętych socjalizmu, tego się kurwa nie spodziewałem. Bo "Spring Breakers" to najpiękniejsze co się przydarzyło popkulturze od czasów "Bękartów wojny", "Scotta Pilgrima" i "Sucker Punch". To ruchoma, roześmiana, wulgarna definicja filmu 10/10, który napierdala w widza na wszystkich poziomach. Poppoezja sklejona z dubstepu, fluorescencyjnych kostiumów kąpielowych, kominiarek Pussy Riot i porno wprost z facebookowego profilu FEMEN.

Nie będę streszczał, bo po co właściwie - nie można streścić poezji, tak jak nie można opowiedzieć obrazu Picassa, albo opisać uczuć towarzyszących orgazmowi (a jeżeli można, to ja takich słów nie znam, zbyt słaby ze mnie pisarz). Będę się podniecał, wył z zachwytu i siedział wpatrzony w trailery, wsłuchany w Britney Spears, przepełniony endorfinami bardziej niż po dobrym seksie, zakochany i zniesmaczony sam sobą, zapłakany, że YouTube nie udostępnia całej sceny z baletem dziewczyn z giwerami do cudownego wykonania jebanego "Everytime" - najbardziej wkurwiającej piosenki mojego nastolactwa, mianowanej dziś arcydziełem autorstwa najwybitniejszej poetki naszych czasów.

 

Pamiętam jak pod koniec podstawówki kitrałem się pomiędzy półkami wypożyczalni wideo, próbując wymknąć się na zewnątrz z "Kids" pod bluzą. Późne lata 90. nie sprzyjały dobremu porno, więc opowieść o naćpanych, rozruchanych nastolatkach była dla mnie pierdolonym objawieniem. W dupie miałem wtedy AIDS, molestowania seksualne i upadek obyczajów. Oglądany kilkanaście lat później obraz Harmony'ego Korine i Larry'ego Clarka oczywiście mnie przeraził i uzmysłowił, jak głupim musiałem być dzieciakiem, skoro kochałem się w tych wszystkich scenach, ale do dziś pamiętam to marzenie, by być taki, jak chłopaki z filmu, by spełnić swój amerykański sen, zaćpać się, zamoczyć i zarazić jakąś kiłą.

"Spring Breakers" robi to samo, tylko lepiej, mocniej i seksowniej, a ja jestem najszczęśliwszym Pstrągiem w strumyku, bo nie trafiłem na ten film, mając 13 lat, nie miałem więc szansy odebrać go wprost, nie okradłem knajpy i nie spierdoliłem sobie życia, gdzieś we Władysławowie, w smutnej, polskiej parodii tej historii - pełnej chujowej trawy, taniej koki i rodzimych bieda-raperów z ich plastikowymi pukawkami.

Za każdy cios wymierzony pustce popkultury, za dziewczyny potężniejsze niż Alien, za muzykę (dubstep kurwa!), zdjęcia i montaż, za gwiazdki Disneya, za wszystkie strzaskane tabu i przekroczone granice, za potęgę plastiku, nawet za wątek religijny…

Kocham, kocham, kurwa kocham!



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69