| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
statystyka
czwartek, 03 października 2013

Tom Clancy był świetnym pisarzem, którego powieści doczekały się udanych ekranizacji. Dla mnie był jednak przede wszystkim współautorem wciągających gier akcji, w tym zwłaszcza cyklu "Rainbow Six" i "Ghost Recon" (Wiki mówi, iż serię "Splinter Cell" Clancy jedynie "wspierał", a nie współtworzył). Wymagające, militarystyczne skradanki to nigdy nie była moja bajka, ale przeszedłem co najmniej trzy "Rainbow Sixy" (w tym dwa Vegas) i tyleż samo "Spliner Cellów", więc jakoś tam się poczułem dotknięty.

Jego śmierć jest, oczywiście, bolesną stratą - zarówno dla rodziny, jak i tysięcy fanów jego twórczości. I dlatego będę pisał miłymi słowami. Bo nie jest moim celem jebanie człowieka tuż po jego śmierci. Nie uważam zresztą, iż Clancy'ego jakoś specjalnie jebać trzeba. Robił to samo, co całe zastępy twórców, jemu jeno lepiej wychodziło. Dziwie się jednak, że nikt w gierkowie nie mówi o tym, iż Clancy był naprawdę ważny dla tego przemysłu (a przynajmniej nikt w tej jego części, którą czytam i współtworzę). I nie zawsze czynił dobro (przynajmniej w moim odczuciu).

Wspominając twórczość autora "Polowania na Czerwony Października" warto pamiętać, iż był on w dużym stopniu odpowiedzialny za militaryzację i upolitycznienie gier wideo - proces, który doprowadził do obecnej dominacji brutalnych, współczesnych shooterów propagujących amerykański interwencjonizm. To przecież sukces pierwszego "Rainbow Six" stworzył gatunek skradanko-strzelanek, w których każde trafienie mogło się kończyć śmiercią (pamiętam jakie to było odkrywcze w latach 90.!), a aluzje polityczne wybuchają ci w twarz częściej niż granaty.

Gry sygnowane nazwiskiem Clancy'ego pełne są nowoczesnego, a co najważniejsze, prawdziwego uzbrojenia (o tym jak gry wideo wspierają przemysł zbrojeniowy świetny artykuł napisał Simon Parkin z Eurogamer.net) wykorzystywanego przez dzielnych żołnierzy - białych, rosłych, konserwatywnych patriotów, broniących amerykańskiego stylu życia przed najróżniejszymi zagrożeniami. Najczęściej poza granicami Stanów Zjednoczonych.

Nadużywanie dronów; torturowanie ludzi w "dobrej sprawie"; ignorowanie demokratycznych mechanizmów kontroli nad wojskiem; nielegalne operacje na terenie obcego państwa; wszechwładne organizacje terrorystyczne, nie kierujące się żadną ideologią; a przede wszystkim gadżeciarski kult broni, kupowanej w specjalnych sklepikach, rozbudowywanej, pięknej, szczękającej i błyszczącej - o tym są gry apostrofowe (Wiki mówi, że fani tak nazywają twórczość promowaną nazwiskiem pisarza, ale nie pisaną przez niego - w przypadku gier będzie to zdecydowana większość produkcji). Jeżeli wywalić czysty gameplay wyjdzie nam, iż czasami Clancy gra resentymentami zimnowojennymi (Ghost Recon), zdarzało mu się jednak kreować i maniakalnych ekoterrorystów, szykujących ogólnoświatowe ludobójstwo, by "oddać ziemię matce naturze" (Rainbow Six).

Ten tekst, to nie jest to z mojej strony żadna uszczypliwość. Clancy nigdy nie wstydził się swoich poglądów i chętnie o nich mówił (i dobrze! dużo bardziej wolę takie podejście, niż zboczeńców co to niby "nie interesują się polityką", a cichaczem przemycają swój przekaz). Bez zahamowań propagował je też w swojej twórczości. Szło mu to tak dobrze, że powieść "Polowanie na Czerwony Październik", kupiona przez wydawnictwo za ledwie 5 tysięcy dolarów i nie zapowiadająca się na nic wielkiego, odniosła spektakularny sukces, gdyż polecił ją Ronald Reagan, ówczesny prezydent USA. W podzięce Clancy zadedykował mu w 1996 roku powieść "Dekret". Inne swoje dzieła pisarz dedykował (jak podaje Wiki, bo niestety nie udało mi się znaleźć żadnej kompletnej listy) "wpływowym konserwatywnym politykom".

Autor "Czasu patriotów" od 1978 roku należał też do National Rifle Association - potężnej amerykańskiej organizacji propagującej nieograniczony dostęp do broni, która nie ma żadnych zahamowań, by zrzucać na gry winę za krwawe masakry w amerykańskich szkołach. I na koniec ciekawostka: po zamachach na World Trade Center Clancy kilkakrotnie był gościem amerykańskich mediów (w jednej ze swoich powieści opisywał podobny zamach), w przynajmniej jednym występie winą za tragedię obarczał amerykańską lewicę mającą "czepiać się CIA".

 

PS Swoją drogą szkoda, że Clancy nie pracował już przy "Splinter Cellach", bo fabuła "Blacklist" to smutny żart.

czwartek, 18 lipca 2013

Ja wiem, że niemodnie jest krytykować produkcje HBO, ale peany na temat "Girls" to gruba przesada. To serial nie tylko niechlujnie zrealizowany - nierówny, słabo napisany, przyciągający doskonałymi, naprawdę zabawnymi monologami, by chwilę później kopnąć w twarz bezsensownym zwrotem akcji i wysypem hipsterskich bieda-żartów - ale przede wszystkim kurewsko głupi. Lena Dunham i Judd Apatow wychwalają w nim egoizm, do rangi cnot wynoszą ignorancję i okrucieństwo, ale przede wszystkim tworzą płytkie dwuwymiarowe bohaterki, których nie sposób lubić. I każą mi się przejmować ich losem.

Porównywanie tej fuszerki do "Seksu w wielkim mieście" (który też przecież nie jest serialem idealnym) to jakiś żart. Carrie Bradshaw być może kłamała na temat swojego pokolenia, stawiając w centrum zainteresowania Manhattan, seks i kasę, ale w jej historii można było znaleźć coś prawdziwego. Hannah Horvath sprzedaje wiele naskórkowych prawd o pokoleniu umowy o dzieło, lecz proponowane przez nią diagnozy to wielkie, tłuste kłamstwa. I z dwojga złego wolę już zło do dobra prowadzące (materialistkę mówiącą, że każdy bywa samotny) niż dobro złem przeżarte (bieda-feministkę chwalącą egocentryzm).

Najgorzej napisana jest oczywiście Hannah, próbująca oczarować wszystkich swoją oryginalnością. Problem w tym, że w Hannah nie ma ani odrobiny tego, co wciąż nam się wmawia. Jej jedyna prawdziwa cecha to obsesyjna, kompulsywna miłość do własnej osoby. Wszystko w tej postaci - od idiotycznych, ręcznie robionych sukienek z ręczników i papierowych serwetek, po przegięte egzystencjalne dramaty, autodestrukcyjne zachowania seksualne i nieumiejętność pisania - sprowadzone są do jednego: dla Hannah ważna jest tylko Hannah. Cały ten serial to tak naprawdę spis jej porażek jako istoty ludzkiej, które, jako, że serial krąży wokół jej ego, przedstawiane są w pozytywnym świetle, jako wytryski autentyczności, realne dramy i problemy, a nie pojebane akcje rozpieszczonej gówniary. A przecież długa listów grzechów i zaniedbań Hannah obejmuje zignorowanie dramatu przyjaciółki (po tym jak rozstała się z miłością swojego życia), porzucenie zakochanego w niej chłopaka (po tym, jak potrącił go samochód), wykorzystywanie własnych rodziców (po tym, jak na własne życzenie wpadła w długi), złamanie serca obcemu facetowi (po tym, jak włamała mu się do życia) i wywalenie przyjaciela z mieszkania (po tym jak jedna dorosła osoba dobrowolnie przespała się z drugą dorosłą osobą).

Zwróćcie uwagę na jej sceny - w każdym dialogu dochodzi do momentu, w którym Hannah zaczyna ignorować co się do niej mówi i zaczyna nadawać o sobie. I być może byłoby to ok, gdyby miała coś ciekawego do powiedzenia, ale, jak słusznie wytykane jest to w pierwszych odcinkach 2 serii, ona nawet nie wie, co się dzieje w jej kraju. Jej zainteresowanie polityką jest kłamstwem, jej feminizm to poza, w jej umiejętności pisarskie musimy uwierzyć na słowo (w całym serialu sprzedaje jeden artykuł), a jedyna książka, o jakiej mówi się w "Girls" to "Małe kobietki" pozostawione w kiblu. Nic dziwnego, że przyszła wielka powieść Hannah ma opowiadać o łzach, gdy facet spuści się jej na twarz (praktycznie dosłowny cytat z serialu) - poza takimi przygodami Hannah nie ma absolutnie nic do opowiedzenia. To nie żaden głos pokolenia, to kolejna sztuczna niunia, tylko przegięta w drugą stronę! Skupiony na sobie seksista Hank Moody to przy niej Nabokov, geniusz pióra i języka, empatyczny przyjaciel każdego człowieka!

Nie wiem ile w tej postaci jest Leny Dunham (ponoć dużo), ale autobiografizm nie przynosi rozgrzeszenia. Marne scenopisarstwo to wciąż marne scenopisarstwo. Jeżeli przez dwa sezony tworzysz postać, która wypełnia mnie obrzydzeniem, to miej odwagę się do tego przyznać. To byłoby nawet ciekawe - serial krytykujący własne pokolenie, pokazujący jak okrutnymi i cynicznymi stworzeniami staliśmy się w wieku iPhone'ów, baniek internetowych i kryzysów finansowych. To jednak zbyt skomplikowane dla Dunham (i dla Apatowa chyba też, jejku, jak ty mnie rozczarowałeś człowieku). Zamiast tego dostajemy bajkę o brzydkiej księżniczce Disneya, która mimo wszystko zasłużyła na księcia, miłość i nasze uwielbienie. W końcu jest księżniczką!

Tanią sztuczką rozgrzeszającą Hannah jest choroba psychiczna - wyciągnięta z kapelusza po 16 odcinkach obrzydzania mi jej postaci. Nagle egoistka ma stać się ofiarą. Wszystko będzie odpuszczone! Ja na to niestety nie idę. Hannah Pozostaje pierdoloną egoistką, która na żaden ratunek nie zasłużyła. Biegnący jej na pomoc Adam to kłamstwo - być może największe w całych dwóch sezonach - bo Hannah winna skończyć otoczona kotami, pogrzebana w odrzuceniu i z rakiem jelita grubego (lub inną chorobą, która dałaby jej szansę pokazywania wszystkich tych fizjologicznych scenek, co to swoją autentycznością zachwyciły ktytyków).

A nie chcecie, żebym zaczynał o Jesse…

Hannah Horvath z kutasem na czole

W cyklu "weź spierdalaj" ukazały się także:

Nucky Thompson, weź spierdalaj

Sheldon Cooper, weź spierdalaj

Don Draper, weź spierdalaj

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Oh, jakże smakowitym kąskiem jest "Tylko Bóg wybacza" i jakże niezasłużenie zbiera zjeby od krytyków (28 procent na rotten tomatoes? serio?!). Choć w sumie łatwo mi to zrozumieć. Białym ludziom nie spodobał się film uderzającym w białych ludzi. Nie ogarnęli, odwrócili się, shejterzeli. Norma. A przecież to słuszna i sprawiedliwa historia o jankeskich chujach, co to myślą sobie, że przyjechali do trzeciego świata, więc dostają za swoje.

Nicolas Winding Refn ("Drive", "Vallhala") kpi sobie z euro-hollywoodzkiego odbiorcy i w roli głównego dobrego osadza Vithaya Pansringarma, aktora, którego nazwiska nie jesteśmy nawet w stanie wypowiedzieć, a który nie tylko ma rację, nie tylko morduje białych, ale jeszcze masakruje cudną facjatę Ryana Goslinga. I przecież ma rację! Julian, Billy i Crystal (świetna Kristin Scott Thomas) na wszystko sobie zasłużyli. To Chang jest tu sprawiedliwy, nie oni. Owszem, sprawiedliwy na swój własny, popieprzony, tajski sposób, ale kim my jesteśmy, żeby z perspektywy handlarzy narkotykami, morderców i gwałcicieli oceniać jego moralność? Wszyscy tubylcy Changa szanują i poważają, jest niemalże boską figurą, takim ichniejszym Batmanem, co to podejmuje trudne decyzje dla większego dobra. Przypomina mi przy tym postacie z cudownej "Nakręcanej dziewczyny" Paolo Bacigulapiego - fanatyczne białe koszule, Jaideego i Kanye, które też przecież rozpychają się trochę za bardzo, rozstawiają ludzi (zwłaszcza białych) po kątach i wszystko robią po swojemu, ale koniec końców mają rację, ratują Tajlandię i jej honor.

Nie ma tu zaskakującego odwrócenia ról, na które czekamy przez cały seans. Nic nam nie udowadnia, że to my, biali, jesteśmy prawdziwymi przechujami, co to zawsze wygrywają. Nie ma sceny, w której ten głupi żółtek w końcu dostaje za swoje. Zamiast tego są powolne, wysmakowane egzekucje i triumfująca sprawiedliwość.

brzydki gosling

Bezbłędny jest też trop mitologiczny, nawiązanie do opowieści o Edypie. Warto tylko pamiętać, że nie chodziło w nim jeno o pierdolenie własnej matki, ale o antyczny tragizm, klątwę, której nie można uniknąć, obojętne jak bardzo by się starało. Edyp robił wszystko by nie zabić własnego ojca i nie poślubić własnej matki, ale w starciu z okrutnym losem nie miał żadnych szans. Podobnie rzecz ma się z Julianem - od początku robi co tylko może, by ocalić siebie. Odpuszcza mordercy swojego brata, pozwala spuścić sobie wpierdol, ratuje dziecko. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, grzechy już zostały popełnione - wszak Julian jest handlarzem narkotykami, zabójcą własnego ojca i kazirodcą. A w wielkim Bangkoku nie ma boga, który by wybaczał. Jest tylko beznamiętny, praworządny Chang, dla którego wszystkie dobre uczynki Juliana mogą co najwyżej wpłynąć na złagodzenie kary (Edyp też nie umiera - oślepia się i skazuje na banicję).

To nie jest film o Goslingu. To film o Tajlandii, o triumfującym Bangkoku, o okrutnej sprawiedliwości i siłach wyższych, które drwią sobie z naszych poczynań. Biali zostają ukarani, zgwałcone dziecko pomszczone, piękny chłopiec oszpecony. Happy end jak się patrzy!

PS. Och, jakże cudownie kłamliwy jest ten trailer. Jak mało znacząca jest w filmie scena z kolesiem ciągniętym za zęby, jak mało w nim Pansringarma, a dużo Goslinga, jakże mylący jest tekst "you wanna fight" odczytywany z naszym podejściem do Goslinga...

czwartek, 06 czerwca 2013

Trzeci akt "Blood Dragon", to najpiękniejsze, co się przydarzyło nurtowi retro od czasów pierwszych "Expendebles". Tak się powinno robić zakończenia gier! Tak się powinno pokazywać potęgę gracza. Nie, jak robił to "Far Cry 3" odbierając mu wolność i wrzucając w chujowy quick time event, ale oddając mu władzę i ofiarowując akurat tyle zabawek by miał zajebistą frajdę, ale się nie znudził.

Rex Blood Dragon DLC Far Cry 3

Rex nie bierze


Czego tu nie ma?!

Strzeleckie "Mortal Kombat" zakończone rzezią z gatlingiem i zgrywą z "He-Mana", a jednocześnie wyśmiewające przechujowe, pseudo-fantastyczne zakończenie "Far Cry 3", w którym strzelałeś z łuku do boga.

Przepiękny montaż potrzebny po to, by Rex (mówiący głosem TEGO Michaela Biehna) opanował swoje nowe umiejętności. Przywodzący na myśl wszystkie piękne, kiepskie filmy z lat 80. podczas których chciałeś po prostu wstać i boksować do końca świata. Sklejany do muzy z filmu z Van Damme'em!

Rysunkowa seks scena, w której Elisabeth Darling mówi ci, iż mimo, że 85 procent twojego ciała to metal, to wciąż jesteś 100 procentowym mężczyzną! Medytacja karate w promieniach krwawego słońca, przepaska na czole, tekst, że "moja krew nie jest czerwona jak twoja - jest czerwona, biała i niebieska".

A później killstar, prawdziwy morderczy Sky-Hook, od którego ludzie wybuchają, jakby byli śmiesznymi, małymi balonikami napompowanymi krwią.

I kiedy już myślisz, że lepiej być nie może dają ci robo-dinozaura strzelającego laserami z oczu.

I TY NA NIM JEDZIESZ

NA ROBO-DINOZAURZE

I STRZELASZ

DO WYBUCHAJĄCYCH LUDZIKÓW

HELIKOPTERÓW

UZBROJONYCH LOTNI

A ROBO MÓWI: "GENOCIDE IS FUN"

Helikoptery spadają, rakiety wybuchają, lasery napierdalają, muzyka dudni, a w środku tego wszystkiego człowiek, który jest w 85 procentach maszyną, ale w 100 procentach mężczyzną bez mrugnięcia okiem, bez choćby cienia uśmiechu, walczy o własną duszę, oddając jeszcze hołd słynnej scenie z "Imperium kontratakuje"!!!

--------------------

I wtedy już byłem mokry i kupiony. I równie szczęśliwy, co w dniu, w którym po raz pierwszy widziałem "Rocky'ego IV". Oszołomiony odkładałem pada, a głupi uśmiech nie schodził mi z ust. Tak się powinniśmy czuć kończąc głupie strzelanki!

 

Dla niedowiarków. W jutubce tylko 5 minut cut-scenki. Mniej więcej 25 procent tego co opisałem wyżej, ale wciąż 100 procent frajdy



niedziela, 26 maja 2013

Jutro przypłynie Królowa Mciej Wasilewski okładka

 

Jakieś 30 lat temu, gdy byłem na drugim roku studiów i mieszkałem w najfajniejszym mieszkaniu w Gdańsku (i największym bloku w Europie) odkryłem istnienie Tokelau - archipelagu wysp na Oceanie Spokojnym.

Tokelau na kilka lat zawładnęło wszystkimi moimi marzeniami do tego stopnia, że o dziewczynie, którą wtedy kochałem mówiłem "Moje Tokelau". Wyobrażałem sobie siebie na tym pięknym białym piasku, otoczony roześmianymi, półnagimi ludźmi (dziewczętami), akceptacją i szczęściem. Oczywiście, jak na ignoranta przystało, do dziś nie wiem o Tokelau zbyt wiele. Tyle tylko, że to małe wysepki gdzieś na końcu świata utrzymywane przez Nową Zelandię.

Potem usłyszałem o Bounty i pomyślałem, że ktoś zrealizował moje marzenie. Wylądował na wysepce pośrodku niczego i urządził sobie raj na ziemi. Małą, radosną społeczność, w której wszyscy są równi, a ludzie patrzą na siebie z ufnością i radością.

Kurwa. Jaki ja byłem głupi.

Maciej Wasilewski, autor "Jutro przypłynie Królowa" był na tej rajskiej wysepce - nazywa się Pitcairn. I opisał jak naprawdę wygląda życie odciętej od świata społeczności 60 ludzi, którzy na nic nie mają nadziei. Jeżeli nie słyszeliście nigdy o Bounty, to być może usłyszeliście o Pitcairn w innym kontekście - jednej z najgłośniejszych afer pedofilskich pierwszej dekady XXI wieku. Otóż okazuje się, że ludzie to chuje (NIESPODZIANKA!) i pozostawieni sami sobie po prostu zaczną się krzywdzić. Tutaj objawiło się to w najbardziej ekstremalny sposób - młodzi, silni mężczyźni, niezbędni by społeczność przetrwała, zorientowali się ze swojej wartości i zaczęli sięgać po wszystko na co mieli ochotę. A, że mieli ochotę na małe dziewczynki, stworzyli sobie świat, w którym nie trzeba się starać - wystarczy wyciągnąć rękę, powiedzieć "podejdź" i zgwałcić.

Najgorsza w reportażu Wasilewskiego nie jest jednak ta jedna historia, jednego procesu, jednej, rozciągniętej na dekady krzywdy, jednej bandy, która poczuła władzę, porozstawiała ludzi i zaczęła gwałcić dzieci. Najgorsze jest proste, okrutne, odarte z ozdobników (książka ma ledwie 160 stron) przesłanie - "człowiek jest zły". Pitcairn nie zgrzeszyło bowiem w drugiej połowie XX wieku. Pitcairn grzeszyło od dnia narodzin. Założone przez morderców i gwałcicieli, którzy przywieźli na wyspę nie tylko swoje własne tyłki, ale także niewolników i seksualne niewolnice, dość szybko pogrążyło się w krwawej wojnie domowej, którą przeżył tylko jeden biały. A później było już tylko piekło - gwałty, morderstwa, samotność, podejrzenia, walki, samobójstwa, depresje, spiski, wrogość do obcych. Wszystko, czego spodziewalibyście się po najgorszym miejscu na ziemi zgromadzone tam, gdzie miał być raj.

"Człowiek to okrutne zabawne zwierze. Zastał sad, zatruł i zatęsknił" - mówi Carl jedyny sprawiedliwy, który podczas procesu przyznał, że społeczność podlega pod jurysdykcję Wielkiej Brytanii (za co, po odejściu Brytyjczyków, groziła mu śmierć).

A Veronika, jedna z ofiar i główna bohaterka "Jutro przypłynie Królowa" (nie przypłynie, jesteście sami), pyta w pewnym momencie Wasilewskiego:

- Wiesz, co pozwoliłoby mi zapomnieć?

I odpowiada:

- Nic.

I jest to odpowiedź tak potężna, tak smutna, tak przerażająco prawdziwa, że ja bym ją rozciągnął. Na Pitcairn, na Ocean Spokojny, na świat, na całą cholerną ludzkość.

Wiecie, co może nas uratować?

Nic.

*

Przerażające jest w książce Wasilewskiego coś jeszcze. Otóż przypadek Pitcairn podważa wszystko, co do tej pory myślałem o świecie. Prawicowcom i innym fanom wolnego rynku pokazuje, do czego prowadzi prawo silniejszego, jak kończy społeczność, w której konkurencję wygrywają skurwiele. Lewicowcom takim jak ja wykręca całą ideę społecznej sprawiedliwości i międzyludzkiej współpracy. Przecież to powinna być niemal hipisowska komuna, zresztą w latach 60. i 70. wysepka przeżyła najazd dzieci kwiatów, którym wydawało się, że zbudują społeczeństwo idealne.

Podobnie rzecz ma się z wymierzaniem sprawiedliwości. Kolonializm to zło, a kolonizatorzy przynoszą tylko cierpienie? Powiedz to dziewczynkom gwałconym przez całe dzieciństwo, poprzyj ich oprawców, którzy też wciąż powtarzają, iż Wielka Brytania nie ma nad nimi żadnej władzy. Zaklasyfikuj prześladowania i zjebane życie jako "lokalne zwyczaje" niemożliwe do oceny przez przybysza z zewnątrz. A z drugiej strony przecież te śmiesznie małe wyroki i tak zachwiały społecznością i postawiły pod znakiem zapytania jej przetrwanie. Pozbawiona najsilniejszych mężczyzn jeszcze się skurczyła. Co gorsza, po wyjściu z "więzienia" (sami sobie je zbudowali i nazywali "hotelem") dyktatura silniejszych wróciła z większą siłą, zaostrzyła się nawet, gdyż wszyscy, którzy zeznawali mają teraz przejebane.

Na problem Pitcairn rozwiązanie znalazły tylko brytyjskie władze - poczekać aż wymrze. Zapomnieć. Spryskać napalmem, patrzeć jak płonie, zapomnieć, zatęsknić, powtórzyć. Aż do apokalipsy.

Tak. Jesteśmy zgubieni.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69