| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
statystyka
czwartek, 14 sierpnia 2014

To jeden z tych wpisów, które zaczynają się w połowie zdania...

 

Bo przecież siedzisz w domu w czwartek (taki nibypiątek), przełożyłeś właśnie wyjazd na Warmię i zastanawiasz się jak strawić wieczór, skoro już pojeździłeś na rowerku, spaliłeś kalorie i załatwiłeś zlecenia. Powinieneś coś poczytać, pouczyć się, posiedzieć nad doktoratem, ale zamiast tego otwierasz wino ze swoją dziewczyną i odpalacie torenta na chybił trafił. Wciąż zdołowani po śmierci Philipa Seymoura Hoffmana, przeszukujecie jego filmografię i nagle zostajecie w trójkącie z "Almost Famous", filmem tak dobry, że dopijacie wino, siadasz przed lapkiem i zaczynasz pisać w drugiej osobie liczby pojedynczej, jakbyś był, nie przymierzając Michałem R. Wiśniewskim i właśnie wydał debiutancką powieść, o której Tomek Pstrągowski napisał już do Konwerskiego, że zapowiada się wybornie.

Ale cokolwiek wypływa spod palców, nie ma nic wspólnego z filmem, bo jedyne, co potrafisz napisać, to proste: "ściągnijcie, obejrzyjcie, zakochajcie się", jakbyś miał 16 lat i znów obejrzał "Boogie Nights"; jakbyś ledwo wchodził w filmoznawstwo i odkrywał teorie rytuału kinowego; jakbyś trafił na film wybitny po całej masie filmów dobrych, średnich, nijakich, słabych, prostych, prostackich, zabawnych i głupich.

Robisz więc to co zwykle - wyjmujesz z opowieści Camerona Crowe jeden wątek, ten najbliższy tobie i znęcasz się nad nim jak sadystyczny dzieciak nad bezpańskim kotem. Wątek, oczywiście, dziennikarski, bo przecież jakiś idiota (Paweł Huelle) zapłodnił cię na czwartym roku myślą, że dziennikarstwo jest cool i dzięki temu siedem lat później siedzisz w Wirtualnej Polsce, bez żadnych szans na awans i rozwój, wkurwiony na wszystkich, którzy cię zdradzili i załamany kondycją zawodu. Patrzysz na Williama Millera - 15-letniego geniusza maszyny do pisania, wyruszającego w pierwszy rajd za zespołem rockowym ze zleceniem od "Rolling Stone" - i zastanawiasz się, kiedy to, co robisz przestało przypominać twoje marzenia, a zaczęło brudną, prostą prostytucję wieszczoną w latach 80. przez Davida Simona, a uprawianą dziś, między innymi przez ciebie: wyzbytego ze snów, cynicznego, myślącego tylko o podwyżce, szansach na przekwalifikowanie i jakiejś przygodzie, najlepiej w innym, lepszym korpo, które przecież istnieje. Prawda?

Nagle budzisz się w nieistniejącym świecie zaliczek, dwóch tygodni na napisanie tekstu, opłaconych delegacji i mentorów o twarzy Philipa Seymoura Hoffmana powtarzających, iż najważniejsza jest uczciwość i brak litości - tak szczerze i prawdziwie, że zaczynasz się zastanawiać, czy jego śmierć nie nabiera jakiegoś intymnego, symbolicznego wymiaru, tylko dla ciebie, egoisty bez sumienia, wystarczająco skupionego na sobie, by interpretować cudzą śmierć pod siebie.

 

Choć wiesz, że te czasy już się skończyły i nigdy nie wrócą. Czasy, w których mogłeś ufać czytelnikom nawet nie dlatego, że ich lubiłeś, ale dlatego, że to im zależało na twoim krytycyzmie. Czasy dżentelmeńskich umów i chińskich murów. Czasy tekstów krytycznych, szczerych, wypracowanych, opłacanych. Czasy, gdy wynagradzano za słowa i warsztat, gdy ktoś sprawdzał cytaty, zatrudniano korektorów i organizowano prawdziwe kolegia redakcyjne - na których ścierały się idee, a nie tabelki Excela.

Duma każe ci tęsknić. Za niezależnym dziennikarstwem, pismakami pokroju Williama i telefonami z "Rolling Stone". Ale przeklęta lewacka wrażliwość pyta, czy naprawdę byłbyś po właściwej stronie lustra. Czy w tych wyidealizowanych latach 70. nie znalazłbyś się po drugiej stronie - niedostrzeganej, pomijanej zapomnianej. O której Pratchett napisał "Ruchome obrazki"* - której nigdy nie pozwolono odkryć własnego talentu, bo z góry przesądzono o jej losie. Nagle stajesz przed wyborem, czy twoje marne pisarstwo w kiepskim portalu nie jest więcej warte niż niemożliwy do zrealizowania sen o sławie w staroszkolnym dziennikarstwie.

Przecież jeszcze w latach 90. szansa, że ktoś odkryje chłopaka z Olsztyna i pozwoli mu prowadzić największy portal o czymkolwiek była minimalna. Prawdziwych Williamów nie było (poza tym, że był, bo "Almost Famous" to film semi-autobiograficzny), byli tylko wybrańcy u koryta - przeciętni lub utalentowani, ale zawsze dobrze urodzeni - i zastępy świetnie piszących anonimów, nie mających szans na nic więcej niż laury w powiatowym konkursie literackim, uścisk dłoni marszałka i ekskluzywne wydanie "Potopu" w prezencie.

A później film się kończy, po raz drugi, wino wciąż krąży w żyłach i jedyne, o czym myślisz to, jak przekonać kogokolwiek do obejrzenia "Almost Famous". Przeżycia tego, co ty. W jakim języku krzyczeć? Jakie słowa dobrać? Jak sformułować zdania? Jedyne w czym jesteś dobry, to język polski, więc nalewasz kolejną szklankę wina (zaśpisz na poranny pociąg do Olsztyna, to pewne, już prawie świta), siadasz do biurka i zaczynasz napierdalać w klawiaturę. To ostatni sposób, jaki znasz na przekazywanie skomplikowanych uczuć, a tylko takie w sobie znajdujesz po obejrzeniu tego majstersztyku.

 

Amen.




 

* "Wiesz, co jest największą tragedią tego świata? - Ginger wcale nie zwracała na niego uwagi. - Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć." T. Pratchett, "Ruchome obrazki"

piątek, 18 lipca 2014

Pamiętajcie. Są dobre małpy i złe małpy. Dobrzy ludzie i źli ludzie.

Ta scena, dla której warto

"Rekiny zabijają rocznie kilkanaście osób" - myślę, gdy pierwsze małpy przemykają po ekranie. Dumne tak, jak dumni potrafią być tylko cyfrowe naczelne ery CGI i blue box. Niepokojąco podobne do żywych aktorów, z mordkami powykrzywianymi w grymasach odegranych przez Andy'ego Serkisa.

"Ludzie rejestrują ataki rekinów od XVI wieku. W tym czasie doszło mniej więcej do 2500 niesprowokowanych incydentów" - kołacze się w mojej głowie, gdy Cezar naucza swojego syna, zły Koba sugeruje, że będzie zły, a na ekranie pojawia się Kodi Smit-McPhee z niedocenianej amerykańskiej wersji "Pozwól mi wejść". "To był świetny film" myślę, na moment zapominając o rekinach. "I jeszcze lepsza książka".

"Niewielka liczba ataków rekinów kończy się śmiercią człowieka, o wiele częściej drapieżnik, zorientowawszy się, że nie atakuje łatwej zdobyczy, po prostu się wycofuje" - przypominam sobie, gdy sztywny Jason Clarke po raz kolejny uderza w tekst o spokoju, odpowiedzialności i powinności, a jego upośledzony współpracownik odgraża się setce inteligentnych, uzbrojonych szympansów. Siedzę tu już godzinę i załapałem, że istnieją dobrzy ludzie i źli ludzie. Wydaje mi się także, że ogarnąłem podział na dobre małpy i złe małpy. Wszystko to, myśląc o rekinach.

"Ludzie zabijają od 100 do 300 milionów rekinów rocznie. Brzmi niewiarygodnie, ale pamiętajmy, że rekiny to nie tylko żarłacz biały czy rekin tygrysi, ale i wiele spokojnych gatunków, które nigdy nie atakują ludzi. Jak chociażby rekin wielorybi - największa ryba...". Na chwilę tracę wątek, bo na ekranie pojawia się "Black Hole" Daniela Clowesa Charlesa Burnsa, jeden z tych komiksów, których kiedyś nie doceniłem, a do których muszę wrócić, może się myliłem. Ale najbardziej interesująca scena filmu prowokuje mnie do nowych rozmyślań. Przypominam sobie aferę plagiatową wywołaną przez Shia LaBeoufa i jego nieudolne próby zachowania twarzy. I worek na głowie, z napisem "nie jestem sławny" i występ w "Nimfomance". Ciekawe czy czwarte "Transformersy" to naprawdę taka porażka...

Bo wiecie, okazuje się, że ósmy film o planecie małp - będący drugą częścią serii prequelowej wobec remake'u z 2001 - jednak nie jest dobry. Ja rozumiem, że małpy skaczą, ludzie się boją, i O MÓJ BOŻE, CZY TA MAŁPA WŁAŚNIE SZARŻUJE NA KONIU DZIERŻĄC W DŁONIACH DWA WIELKIE RKM-y?!, ale ile można słuchać idiotycznego pitolenia małp i ludzi? Są dobre małpy i złe małpy, dobrzy ludzie i źli ludzie. I tak w kółko, jakby scenarzystom wydawało się, że odkryli jakiegoś Świętego Graala scenopisarstwa, bo przecież jedyną bolączką wysokobudżetowych knotów z Hollywood jest ich jednostronność. Otóż nie, jest jeszcze kilka innych problemów. Na przykład debilny dydaktyzm, którego w "Ewolucji planety małp" jest więcej niż w najgorszych animacjach Disneya.

Pamiętajcie: są dobre małpy i złe małpy, dobrzy ludzie i źli ludzie. Dobre małpy chcą pokoju, złe małpy chcą wojny. Dla odmiany: źli ludzie chcą wojny, dobrzy ludzie chcą pokoju.

Nie będzie zaskoczeniem, jeżeli napiszę, że nie ma tu żadnych bohaterów - są jedynie papierowe ludziki definiowane przez pojedyncze sceny i mielone w kółko przesłanie. Manekiny odgrywające swoje role bez żadnego zaangażowania, skazane na prostackie podziały na dobro i zło. I tę szarą strefę pomiędzy, która jest taka niedwuznaczna, tak pułapek pełna, tak zwodnicza, że w ostatniej scenie dosłownie widzimy Malcolma znikającego w cieniu...

Na przykład Cezar, nieufny małpi geniusz, przez którego przemawia mądrość wszystkich Nelsonów Mandelów i Lechów Wałęsów ludzkiego świata. Albo harcerzy Malcolm, co to stracił żonę, ale wciąż ma syna, zależy mu więc na życiu w spokoju i świecie bez wojny. Albo Dreyfus grany przez zdegradowanego Gary'ego Oldmana - postać z szufladki numer 3, tej ze złoczyńcami udającymi sympatycznych facetów, ale wariującymi w ostatnich scenach. Przez drugoplanowe postaci małpie nawet nie chce mi się przekopywać, bo to już sa zwykłe hasła - syn marnotrawny, zawistny rywal, matka-księżniczka, orangutani mędrzec (to chyba przypadkowe nawiązanie do Świata Dysku) i tak dalej i tak dalej, aż do momentu, gdy znajdujemy się w domu z poprzedniego filmu i okazuje się, że James Franco na starym zdjęciu jest najlepszym aktorem w tym badziewiu.

"Rzeźby tworzone przez starożytnych Greków - te wszystkie piękne posągi ładnych panów z małymi siusiakami - wcale nie były białe. Grecy je malowali, ale mieli problem z trwałością barwników. Dlatego dzisiaj widzimy już tylko kamień" - myślę, gdy Cezar walczy z Kobą, a Malcolm z Dreyfusem. Bo wiecie, są dobre małpy i złe małpy. Dobrzy ludzie i źli ludzie. Grecy nie byli wcale tacy nudni, rekiny są wyżynane na całym świecie, muszę sobie powtórzyć "Black Hole", ciekawe czy zamknąłem drzwi na klucz, balonik, parka z tyłu się chyba całuje, bitwa o Psie Pole to propagandowe kłamstwo, ach, jakie dobre było "Breaking Bad", muszę się w końcu wziąć za doktorat i skończyć scenariusz, a Shii LaBeoufowi po prostu odpierdoliło, może to przez występ w "Nimfomance", w której miał niezłą rolę i nie najgorszą scenę rozdziewiczenia. ANAL!

planetazdjecieost

Tekst publikuję jednocześnie na blogasku Niezatapialni.pl, gdzie możecie mnie ostatnio znaleźć.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

"No więc przesłuchujemy świadków w komisariacie, a oni mówią, że Smark Boogie zawsze przyłączał się do gry, a potem uciekał z pulą, i w końcu mieli już tego dosyć. A ja zapytałem jednego z nich, wiesz, zapytałem go, dlaczego dopuszczali Smarka Boogie do gry skoro zawsze próbował uciec z pieniędzmi. Popatrzył na mnie naprawdę dziwnie a potem mówi: 'Musieliśmy mu pozwolić grać... To jest Ameryka.'"

Obojętne ile razy oglądam jutubki z najlepszymi fragmentami "The Wire" - ten dialog zawsze mnie rozbrajał. Bo czy da się trafniej opisać to, co naiwni grafomani nazwali kiedyś "amerykańskim snem", a co przerodziło się (przynajmniej w rozumieniu człowieka takiego, jak ja, który z Ameryką obcuje tylko dzięki popkulturze) w "amerykańskie rozczarowanie"? Dziś wiem, że David Simon nie wymyślił tej sceny. Ona wydarzyła się naprawdę, a dziennikarzowi z Baltimore opowiedział ją Terrence McLarney - cyniczny, uroczy policyjny geniusz, dowódca brygady w wydziale zabójstw policji w Baltimore.

"Wydział zabójstw. Ulice śmierci" - 800-stronicowy reportaż z ulic Baltimore, opisujący rok 1988 z perspektywy detektywów rzeczonego wydziału - ukazał się w Polsce 25 lat po amerykańskiej premierze. I chyba dobrze. Dzięki temu dzieło Davida Simona czyta się bez zbędnych emocji, nie dopisując mu aktualnych kontekstów i nie wpisując go w żadną ideologiczną wojenkę. Obdarta z tych podniet książka pozostaje tym czym jest - arcydziełem gatunku, drobiazgową relacją z jednego roku pracy prawdziwego wydziału zabójstw działającego w prawdziwym amerykańskim mieście.

Simon - jak przystało na dziennikarza ze starej szkoły - zajmuje się rzeczywistością i tylko nią. Żadnego upiększania, ani grama fantazji. Swoją książkę buduje ze szczegółów, które wielu autorów porzuciłoby na ołtarzu dramaturgii. Dławi nimi czytelnika, każe czytać monotonne wykłady na temat procedur i hierarchii, uparcie twierdząc, że to jest ważne. Że nie da się poznać pracy detektywa policji nie wiedząc ile formularzy musi wypełniać, jak wiele czasu spędza w sądzie, ile jego spraw zostaje utrąconych przez niechętnie przegrywających prokuratorów i jak często zastanawia się nad wcześniejszym odejściem na emeryturę.

Podobnie jak w późniejszym "The Wire", struktura "Wydziału zabójstw" cierpi przez to przywiązanie do autentyczności. To książka policyjna, w której nie pada ani jeden strzał. Policjanci są grubi, przestępcy głupi, a prostytutki brzydkie. Wydział zabójstw zjawia się na miejscu zbrodni już po wszystkim. Śledztwo stanowiące główny wątek pozostaje nierozwiązane, a człowiek podejrzany o zamordowanie i zgwałcenie 11-letniej dziewczynki umiera spokojnie w domu, wiele lat po tym, jak policja odpuściła mu z powodu braku dowodów. Nie dlatego, że był zacierającym ślady geniuszem zbrodni, ale dlatego, że często po prostu nie ma z czego ukręcić aktu oskarżenia ("Reguła Numer Dziesięć w podręczniku wydziału zabójstw: Jest również coś takiego jak morderstwo doskonałe"). Tutaj największym sukcesem porucznika Gary'ego D'Addario nie jest rozwiązanie spektakularnej sprawy, ale fakt, że udało mu sie przetrwać i nie zostać zwolnionym w wyniku politycznej intrygi.

Tak jak bohaterowie "The Wire" nie pokonają narkotykowego półświatka Baltimore, tak prawdziwi ludzie, których spotykamy na kartach "Wydziału zabójstw" pozostają tylko ludźmi - ich misja nie polega na powstrzymaniu przestępczości w mieście zaliczającym około 300 morderstw rocznie, ale na rozwiązywaniu spraw. Jedna po drugiej, ze świadomością, że nigdy nie dogonią statystyki.

O ile jednak serial "The Wire" (w którym, w rolach drugoplanowych, pojawiają się bohaterowie "Wydziału zabójstw"), oparty na faktach, ale jednak fikcyjny, można zamknąć fajną sceną muzyczną i domkniętymi wątkami o przemianach głównych bohaterów (Michael -> Omar, Dukie -> Bubbles), o tyle w reportażu dostajemy tylko ponure post scriptum, w którym czytamy, że: "w 1988 roku w mieści Baltimore zginęły gwałtowną śmiercią 234 osób. W 1989 roku 262 osoby zostały zamordowane. W zeszłym roku liczba zabójstw gwałtownie wzrosła, do 305 - był to najgorszy wskaźnik od niemal dwudziestu lat. W pierwszych miesiącach 1991 roku w mieście zdarza się średnio jedno morderstwo dziennie."*

Ale nie o tę falę przemocy tu chodzi, ale o ludzi, którzy prowadzą walkę. Simon buduje swoim bohaterom pomnik. "Owszem", mógłby powiedzieć, "to rasiści i cynicy, kryjący własne tyłki w obawie przed konsekwencjami służbowymi" (ważnym wątkiem jest nierozwiązana sprawa strzelaniny z udziałem policji). "Ale jednocześnie" - dodałby - "ci rasiści i cynicy naprawdę odbierają telefony, naprawdę jeżdżą na miejsca zbrodni i naprawdę pracują nad morderstwami". Obojętne czy ofiara jest biała, żółta czy czarna. Obojętne czy to dziecko czy narkoman. Obojętne czy w wydziale sypią się na ich głowy akurat gromy za niski współczynnik wykrywalności.

Brzmi w reportażu Simona, podobnie jak w "The Wire", "Generation Kill" i "Treme", paradoksalne przesłanie, mówiące, że państwo, procedury i instytucje nie działają, ale pracujący w nich ludzie, jeżeli wyjąć złodziei, cwaniaków i karierowiczów, to bohaterowie. Dzięki nim, ludziom przypominającym definicję pojęcia "służba cywilna", ta maszyna się toczy i choć zgadzamy się wszyscy, że jest to maszyna zardzewiała i wadliwa, to tylko na taką zasłużyliśmy.

Bohaterem rozczarowującej amerykańskiej codzienności nie jest kłamliwa hollywoodzka wydmuszka w rodzaju Brudnego Harry'ego. To Donald Waltermeyer poprawiający martwej narkomance ubranie tak, by dla identyfikującego zwłoki męża wyglądała nieco schludniej. Albo Donald Worden pracujący nad strzelaniną z udziałem policjantów z taką samą skrupulatnością, jak nad każdą inną sprawą. Czy Jay Landsman czytający pisemka pornograficzne jakby była to literatura piękna i drący się na podejrzanych tak długo, aż pękną i wyznają prawdę. Lub Tom Pellegrini rujnujący sobie psychikę nad niemożliwą do rozwiązania sprawą Latonii Wallace. I tak dalej, i tak dalej...

Tę samą pieśń próbował kiedyś zaśpiewać w Polsce Patryk Krzemieniecki ("Vega"), przedstawiając rodakom zapijaczonego Metyla i jego przyjaciół. Ale "Pitbull" był zbyt płytki i krótki, zbyt jawnie nastawiony na tanie sensacje i szokowanie, zbyt otwarcie tabloidowy, a za mało konserwatywny. W takiej robocie trzeba być konserwatywnym i mieć dużo czasu. Trzeba być ze starej szkoły. Nie da się pójść na skróty, trzeba wziąć rok wolnego, obserwować każdy dzień pracy wydziału, napisać o tym 800 stron, a później nakręcić kilka seriali. Inaczej to nie ma sensu.

David Simon

(fotografię wziąłem stąd)

*

Z egoistycznych pobudek w twórczości Simona najbardziej stymulują mnie wątki dziennikarskie (swoją drogą - najfajniej pociągnięty jest on w "Treme", gdzie widzimy prawdziwe, żmudne śledztwo dziennikarskie, z którego niewiele wynika). Niestety, w pracach mojego idola nie znajduję pocieszenia. W posłowiu "Wydziału zabójstw" łatwo się doszukać goryczy, która później wyleje się w "The Wire". Współcześnie dobre dziennikarstwo jest, zdaniem Simona, na wymarciu i nie zapowiada się na żadną odnowę.

"Odszedłem" - czytamy na stronie 790, w książkowym odpowiedniku odcinka specjalnego, w którym twórcy i autorzy opowiadają o kuchni i wspominają kręcenie ulubionych scen. "Pomogło mi to, że moja gazeta - niegdyś miła, siwowłosa dama o czcigodnych, choć nieco staroświeckich tradycjach - stała się boiskiem dla pary przybyszów z Filadelfii, dwóch pozbawionych wyczucia słowa pismaków, dla których apogeum dziennikarstwa był pięcioczęściowy artykuł, gdzie w drugim akapicie znalazło się stwierdzenie, że '«Baltimore Sun» nauczył się', a potem następowało kilka przegadanych stron prostackich wyrazów oburzenia i jeszcze bardziej prostackich rozwiązań. W redakcji zapanowała gorączka Pulitzera i starannie konstruowana mitologia, według której nikt nie wiedział, jak wykonywać swoją pracę, dopóki obecny zarząd nie przyniósł tablic z góry Synaj."

Desanty barbarzyńców z innych firm i redakcji; wygłaszane publicznie samokrytyki i zapewnienia, że do tej pory było źle, ale teraz będzie lepiej; poczucie wyższości wynikające z pychy i bezsensowna pogoń za wynikami - obojętne czy postrzeganymi jako Pulitzery/Grand Pressy, zaspokojeni reklamodawcy czy rosnące statystyki pustych klików; mitologia sukcesu, wskrzeszenia i odnowy. Brzmi znajomo?

Simon pisał swoje słowa 25 lat temu, w czasach, które sam wspomina jako "stare" i "dobre", a w których ja marzyłem o byciu strażakiem a nie dziennikarzem. Kiedy przyszedłem do tego zawodu o prawdziwych dziennikarzach krążyły już tylko legendy - jak o prawdziwej polskiej lewicy czy politykach zatroskanych losem państwa. A przecież i tak było wtedy dużo lepiej niż dzisiaj. Chodziło się jeszcze po ludziach, dzwoniło po komentarz, sprawdzało fakty, wstrzymywało publikacje niepotwierdzonych informacji. Krótko mówiąc - marnowało się czas na robienie rzeczy oczywistych, ale czasochłonnych, których dziś się już nie robi, mając nadzieję na klikalne sprostowanie (Reguła Numer Jeden dziennikarstwa internetowego: kłamstwo klika się dwa razy). Wychodzi więc na to, że stwierdzenia takie jak Simona można wygłaszać regularnie, co dwadzieścia, dziesięć, albo nawet sześć lat i zawsze będą one równie trafne co spóźnione. Bo zawsze będzie gorzej.

W "The Wire" ten kryzys został zobrazowany w postaciach Gusa i Scotta. Pierwszy jest starym wygą, służącym prawdzie (obojętne jak idiotycznie i górnolotnie by to brzmiało), drugi fabrykuje dowody w sprawie nieistniejącego seryjnego mordercy za co zostaje nagrodzony Pulitzerem. Dzisiaj, tutaj, Gus byłby źle opłacanym redaktorem papierowej gazety chylącej się ku upadkowi. Jego teksty byłyby pełne błędów i stronnicze politycznie, ale przynajmniej miewałby jakieś sprawdzone źródła, dostawał płatne delegacje, a czasem, naprawdę rzadko, informowałby czytelników o czymś, o czym wcześniej nie wiedzieli. Scott zaś napiedalałby tautologiczne galerie o mamach Madzi, książkach Chodakowskiej i strasznym (acz niepotwierdzonym badaniami) wpływie gier wideo na psychikę dzieci. Podkręcałby wystawki, kłamał w tytułach i śledził statystyki. A bardziej niż na Pulitzerze zależałoby mu na dobrym słowie od korpo-szefa i obietnicy ucieczki z kadłubkowej dwu-, trzyosobowej redakcji na jakieś bezpieczne stanowisko decyzyjne, z którego będzie się już można ewakuować do menadżmentu, marketingu lub chociaż piaru. 

Oczywiście boli mnie to, że w tej metaforze jestem Scottem. Ale naprawdę przeraża mnie myśl, że za 25 lat mogę być przez kogoś postrzegany jako Gus.

Wydział zabójstw okładka

*

I jeszcze taki cytacik, z którego wynika, że można się już radować, bo Polska dogoniła Stany Zjednoczone:

"W postmodernistycznej Ameryce, bez względu na to, w jakiej instytucji służycie lub jaka służy wam - czy jest to departament policji, czy gazeta, partia polityczna czy Kościół, Enron czy Worldcon - w końcu zostaniecie zdradzeni."

 

* Simon podaje, ze w 1988 roku w Baltimore mieszkało 700 tysięcy mieszkańców. Taka ciekawostka dla wszystkich fanów amerykańskiej wolności i prawa do posiadania broni. W 40-milionowej Polsce w 2009 roku wszczęto 729 postępowań w sprawach o zabójstwa (klik).

wtorek, 24 grudnia 2013

Kiedyś znałem ich wszystkich. Kubę, co zawsze był bardziej śmieszny niż zabawny, ale lubiliśmy go, bo dobrze jest mieć w paczce śmiesznego, małego Kubę, który miał fajki, sympatię starszych dziewcząt i często pustą chatę. Martę z dobrego domu, zaangażowaną we wszystko co miało w sobie choć trochę gotyckiego mroku - od satanistycznych mszy organizowanych przez przygłupich metali w lasku pod osiedlem, poprzez poezję Poego i muzykę Artrosis, a na bieganiu nago w noc przesilenia kończąc. Gosię, tę szaloną, czasem nawet popieprzoną, która zawsze wpadała na dziwaczne pomysły i, z pełną determinacją, dążyła, by je zrealizować, obojętne czy po drodze musiała przekupić szkolnego ciecia, poczęstować wódką panią od chemii, beznadziejną alkoholiczkę, czy nawrzucać dresiarzowi z 4b, przypominając mu, że jego matka się puszcza, a ojciec siedzi za rozbój i na pewno kapuje. Karalucha, kolesia o najoryginalniejszej ksywie w szkole, wziętej najpewniej z jakiejś głupiej kreskówki, kojarzonego jednak nie dzięki obrzydliwemu mianu, ale dzięki uroczo-żałosnej akcji odstawionej podczas szkolnych jasełek, gdy nawalony, ledwie na nogach stojący, wyznał na środku sali do wuefu miłość Kasi z 2b, na co ona go wyśmiała i odrzuciła, nie tylko łamiąc mu serce, ale i niszcząc najbliższe dwa lata życia i skazując na miano "Karalucha, co się ośmieszył na jasełkach". I oczywiście, kurwa, jakże by inaczej, Marysię, największy talent drugiego liceum ogólnokształcącego w Olsztynie, wielką nadzieję wschodniej Polski na jakikolwiek sukces w europejskich programach wyrównywania szans, wysyłaną na olimpiady do Warszawy i darmowe turnusy wakacyjne w Zakopanem, mózgowca z biologii, który w przerwach pomiędzy zdobywaniem nagród na międzyszkolnych konkursach doprowadzał się na naszych imprezach do takiego stanu, że nie potrafił już nie tylko stać, ale i siedzieć, potrafił za to, półleżąc i wymiotując, zdjąć stanik jedną ręką, recytując jednocześnie wszystkie elementy układu nerwowego człowieka.

Kiedyś znałem ich wszystkich i byłem tak fajny jak oni. Razem chodziliśmy za garaże, gdzie paliliśmy pety, wciągaliśmy marychę i szprycowaliśmy się klejem, a przynajmniej tak to sobie wyobrażali rodzice i nauczyciele - naprawdę przecież po prostu rzucaliśmy plecaki na asfalt, siadaliśmy na nich po turecku i rozmawialiśmy o klasówkach, pracy domowej i Quake2, modląc się, by nie było nalotu na palaczy i by pani od polskiego nie sprawdzała obecności. Imprezując razem, opróżnialiśmy te wszystkie dziwne butelki podprowadzone z barków rodziców i udawaliśmy, że 80-procentowy rum przywieziony z delegacji nie robi na nas żadnego wrażenia. Tylko po to, by później razem rzygać, przyklejeni do jednego kibla, półprzytomni, zasmarkani, przerażeni tym, co z nas wylatywało, przekonani, że to już naprawdę ostatni melanż, po którym zaczniemy się uczyć i przepełnieni nadzieją, że jednak ktoś, najprawdopodobniej Karaluch, pozostał trzeźwy i trzyma nasze włosy - nie tylko dziewcząt, ale i chłopców, bo przecież to wszystko się działo w cholernych latach 90., kiedyśmy jeszcze kochali grunge i Kurta Cobaina i, miłością tą zwiedzeni, zapuszczaliśmy te androgeniczne fryzury w oczekiwaniu na chwilę prawdy i jakiś piękny, złoty strzał, który skończy nasze cierpienia (a tylko ktoś, kto klęczał kiedyś nad kiblem martwiąc się o włosy, może wiedzieć, jak wielkie były cierpienia bogatych dzieciaków z niższej klasy średniej) i zapisze nasze smutne życia na kartach historii lub chociażby Gazety Olsztyńskiej.

Kiedyś znałem ich wszystkich, bo byli dla mnie jak bracia i siostry, jak palce u dłoni, albo u stóp, to zależy na jaki temat masz fetysz. Kiedyś ich znałem i byłem gotów za nich wszystkich oddać nie tylko rękę, ale i płuco, nerkę, a nawet tę zajebistą koszulkę Nirvany, którą ojciec Leszka (czy Lecha, nie pamiętam nigdy jak on miał na imię, a ostatnio dowiedziałem się, że to są dwa różne imiona i od tej pory nie wiem, jak nazywać przyjaciela z dzieciństwa) przywiózł mu kiedyś z RFN wraz z bluzą-kangurką do kompletu, a którą oddał mi na jakiejś grubszej imprezie bodajże w Luzaku, bełkocząc przez łzy, że skoro już stracił bluzę i serce, to na chuj mu koszulka, i żebym ją przyjął bo to jest najcenniejsza rzecz, jaką posiada, a ja jestem najpiękniejszym człowiekiem jakiego zna.

A dzisiaj siedzę, w wigilię wigilii, w Baltazarze, barze tak chujowym, jak jego nazwa, zimnym, pustym i pozbawionym jakiegokolwiek charakteru, wypełnionym rekwizytami nawet nie z innej epoki, ale z innego świata - świata pełnego ciężkich, bordowych zasłon; martwych plastikowych roślin w kolorze psiego gówna; prawdziwych, wielkich poroży, przywiezionymi z jakiegoś polowania z prezydentem; wielkich, ciężkich ław z oszukanego drewna; i potężnych, kurwa, zaprawdę potężnych, barokowych żyrandoli dających przyćmione, żółto-brązowe światło, które, w zamierzeniach domorosłych projektantów wnętrz urządzających tę żałosną ruderę, miało najpewniej zapewniać intymność, ale sprawia jedynie, iż wszyscy wciąż mrużą oczy, próbując dostrzec, do kogo właściwie mówią, upewnić się, że sięgają po swoje piwo i potwierdzić, czy na pewno siedzą przy dobrym stoliku. Siedzę z tymi ludźmi, Kubą, Martą, Gosią, Karaluchem i Marysią, zwabiony enigmatycznym esemesem z ostatniej chwili, który przecież mogłem zignorować, przecież wiedziałem, ja to się skończy, i zastanawiam się, co ja tu robię, dlaczego nie jestem w domu i nie gram w asasina czwórkę. Chociaż nie, nie będę kłamał, wcale nie myślę o tym cholernym asasinie, tak naprawdę zastanawiam się, w którym momencie popełniłem błąd, gdzie źle skręciłem, że siedzę i udaję, że myślę o asasinie, a oni opowiadają o swoich życiach i są to życia, których im tak cholernie zazdroszczę, że aż mnie to fizycznie boli. Życia pełne międzynarodowych korporacji, które dobrze płacą, życia pełne stanowisk, na które rekrutują headhunterzy, życia, w których trzypokojowe mieszkania w Warszawie kupuje się za gotówkę, wakacje spędza na Filipinach, a na pytanie "co u ciebie" odpowiada "spoko, robię kasę i jeżdżę po świecie". Nie chodzi nawet o to, że czuję się przy nich biedny, choć oczywiście się czuję, ale o to, że nigdy nie byłem tak pewien siebie, jak oni są pewni siebie, gdy tłumaczą mi fuzję, którą właśnie nadzorują, dodając na marginesie, że tak w zasadzie to zajmują się głównie przesuwaniem kapitału z jednego konta na drugie i obserwowaniem jak im rośnie.

Rozumiecie? To są ludzie, dla których kapitał nie jest abstrakcyjnym pojęciem politycznym, ale zwykłym określeniem na w chuj dużo kasy, najprawdopodobniej wystarczająco wielkiej, by mnie nią, po spieniężeniu, obrzucić, przysypać i udusić.

I kiedy pytają mnie, co u mnie zastanawiam się, jak zestawić te Filipiny z przeprowadzką do falowca, jak odpowiedzieć człowiekowi nadzorującemu fuzje i restrukturyzacje, życie człowieka, któremu fuzja i restrukturyzacja najprawdopodobniej zaraz pożre posadę, a który do tej pory cieszył się, że przynajmniej odłożył tyle, by stać go było na dwa miesiące szukania roboty nim wyląduje na zmywaku w fast foodzie. Jak chwalić się niedokończonym doktoratem, na uczelni, która nigdy nie dała mi nawet złotówki, przyjaciółce, która zdobywa granty w Berlinie, mądrzejszej i sensowniejszej (i, kurwa, piękniejszej) niż wszystko, co ja kiedykolwiek mógłbym napisać. Jak wpierdolić się ze swoją olsztyńską codziennością pomiędzy ich wyjazdy, projekty i mitingi. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że przepełnia mnie zawiść, bo zajebiście się cieszę, że Karaluch chodzi z modelką i w końcu możemy się śmiać z tego licealnego epizodu bez okrucieństwa, ale o to, jak to się stało, że stałem się taki powszechny, pospolity. Kiedy ludzie z tego samego podwórka, z tej samej szkoły, zza tych samych garaży zmienili się w tych, co zdobywają dzisiaj Polskę i europejskie dotacje i nie narzekają na umowy śmieciowe, Donalda Tuska, ceny biletów ulgowych w PKP i kolejki do laryngologa przyjmującego na NFZ?

Więc na pytanie, co u mnie, odpowiadam, że świetnie, że schudłem 35 kilo w ciągu roku. Bo moje chudnięcie, to jedyne osiągnięcie, jakim mogę się pochwalić, a które oni zrozumieją i docenią. To wyrażenie w ich języku, w narzeczu architektów, copywriterów, marketingowców, finansistów, prawników i lekarzy, którzy chcą być na czasie, dbają o siebie i realizują marzenia - swoje i innych. Rozumiemy to moje chudnięcie oczywiście inaczej, oni przeliczają kilogramy i kalorie na życie fit i w modzie, na wizyty na siłowni i filmiki z Chodakowską, ja przypominam sobie tego żałosnego, tłustego dupka, którym byłem rok temu, wizytę u psychologa na NFZ i decyzję, że nigdy więcej, nigdy, kurwa, więcej nie odwiedzę żadnego pana od głowy, że sam wezmę się za siebie i niech on spierdala z tym swoim Freudem dla przygłupów. I przez moment autentycznie wzbudzam w nich zainteresowanie, czuję jakąś jedność z ludźmi siedzącymi przy tym samym, brudnym, pogrążonym w mroku stoliku, z którymi spędziłem najlepsze lata mojego życia, a których dziś już w zasadzie nawet nie wiem o co pytać. Odpowiadam na kilka gratulacji, tłumaczę, że ćwiczę, streszczam swoją dietę i przez krótką chwilę znów, tak jak w czasach liceum, na sylwestrze u Adama, kiedy się rozebrałem i robiłem fiutem helikopter, jestem gwiazdą imprezy, ale tylko do czasu, aż wróci temat wyjazdu do Japonii, a ja znów się wyłączę i zacznę myśleć o asasinie - jedynej opcji, bym zobaczył jakiś kawałek świata wart zobaczenia...

 

wtorek, 12 listopada 2013

Jakże żałośnie słaba jest filmowa "Gra Endera"…

Jeżeli nie chcesz spoilerów, to przestań czytać w tym momencie, wypożycz książkę i nie oglądaj filmu.

Naprawdę byłem dobrej myśli. Nie tylko dlatego, że to ekranizacja kultowego science fiction, ale także dlatego, że specjalnie na tę okazję owo kultowe science fiction przeczytałem i okazało się, że powieść Orsona Scotta Carda nie zestarzała się ani odrobinę. Wciąż jest doskonałym dramatem psychologicznym, w którym mniej chodzi o pif paf z kosmitami, a bardziej o rozważania na temat granic ludzkiej wytrzymałości, mesjanizmu i faszystowskich promilitarystycznych ideologii dzielących ludzi (i obcych) na "naszych" i "innych", usprawiedliwiających zrobienie z "innymi" wszystkiego, co najgorsze, by chronić "nasze" i przedkładających dobro ogółu ponad dobrem jednostki.

gra endera okładka

To w żadnym momencie nie jest przygodowa powieść o walce z robalami. To jest książka napisana przez skrajnego chrześcijanina (nie chcę nikogo obrazić, ale Mormoni to chyba już naprawdę skrajność?) o genialnym dziecku wyhodowanym w jednym tylko celu - by zbawiło ludzkość. Zmuszonym poświęcić wszystko dla ludzi, którzy przez całe życie je okłamują, szykanują i krzywdzą. Nie chcę napisać, że to opowieść o kosmicznym Jezusie Chrystusie, ale inspiracje są czytelne.

"Gra Endera" to historia o okaleczonej, sponiewieranej, połamanej istocie ludzkiej, którą wielka machina przetrwania wchłania, miele i wypluwa w imię wyższego dobra, ignorując całkowicie jej wolę czy marzenia. Ender jest najbardziej samotnym człowiekiem we wszechświecie. Odizolowanym od rodziny, skonfliktowanym ze wszystkimi rówieśnikami, szanowanym tylko dzięki inteligencji, zmienionym w potwora zdolnego do morderstwa, a nawet ludobójstwa. To nie jest miła historia dla hollywoodzkich aktorów i podtatusiałego Harrisona Forda. To okrutna, przejmująco smutna fabuła w stylu "Władcy much", w której kosmosy i robale, są tylko tłem, bo co nas obchodzi jakaś inwazja, jeżeli na pierwszym planie kilkuletnie dziecko zostaje doprowadzone na skraj, a następnie pchnięte, i znów pchnięte, i znów, i znów…

Końcowy zwrot akcji jest tu równie oczywisty, co w Nowym Testamencie. To, pisząc słowami mego przyjaciela Dominika, bardziej "plot" niż "plot twist". Rozgryzie go każdy, kto przeczytał wcześniej więcej niż jedną czytankę. O ile jednak czytelnik książki wie, że Ender może nie chcieć stać się Peterem, ale i tak się nim stanie, o tyle w spłycającym psychologię postaci filmie zwrot sugerują nam efekty specjalne. To co w powieści z lat 70. opisywane było jako gra i symulacja, w kinie zobrazowano z przepychem typowym dla fabryki snów. Dzięki czemu widz przez cały trzeci akt domyśla się, że przecież nikt nie wydałby tylu pieniędzy na jakąś tam symulację. To głupie, ale do obronienia - twist w finale "Gry" powinien być zaskoczeniem tylko dla Endera: genialnego dziecka, ale jednak dziecka. Nie spodziewającego się, jak perfidny i zdradziecki potrafi być świat dorosłych. Nie spodziewającego się, że jego okrutni opiekunowie wrobią go w ludobójstwo.

Smutnej historii Endera nie da się opowiedzieć w efektownym blockbusterze operującym tradycyjną strukturą, dwoma obowiązkowymi punktami kulminacyjnymi, wymuszonym plot twistem i dodanym na siłę wątkiem romantycznym. A tym chce być "Gra Endera" - zwykłym, płaskim blockbusterem. Tymczasem tutaj trzeba by nie kina akcji, a filmu-opowieści. Nie "Szybkich i wściekłych" w kosmosie, ale "Życia Adeli"* z wielkimi mrówkami zamiast scenek porno. By opowiedzieć o samotności tak wielkiej, że zaczynasz rozumieć (i kochać) obcą rasę, potrzeba cierpliwości, a nie wysokiego budżetu. W tej marnej, pozbawionej ambicji ekranizacji, za którą Card jest niestety współodpowiedzialny, nie ma nic z geniuszu powieści. Najsamotniejsze dziecko na świecie ma tu nie tylko przyjaciół, ale i kochających rodziców i sympatycznego przełożonego. Nie odczuwamy jego bólu i osamotnienia, bo kilkuletnie szkolenie polegające na ciągłym przekraczaniu granic wytrzymałości skrócono do kilku króciutkich scen i dwóch (liczbowo: 2) mało wymagających walk! W geniusz Endera, w który w powieści wierzymy zarówno dzięki jego wspaniałym strategiom, jaki i dzięki rodzeństwu, zdobywającemu ukradkiem władzę na Ziemi, w filmie musimy wierzyć na słowo, bo nie ma czasu, żeby je przedstawić (wątek rodzeństwa całkiem wycięto). Jeżeli jakaś książka zasługuje na trylogię, to właśnie "Gra Endera", a nie ten cholerny, głupi "Hobbit". Tylko, że nikt nie ma dziś jaj, by zrobić trzy smutne filmy sf o odrzuconym, poniewieranym dziecku i z rozczarowującym finałem, w którym trzeba by pokazać wektorową symulację i głównego bohatera złamanego własnym sukcesem.

 

* Lofciam totalnie!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69