| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
statystyka
wtorek, 28 lipca 2015

Rozczarowany „Okruchem lodu” miałem pisać o „Wiecznym ogniu” - że fajny, ale... Ale z rozpędu przeczytałem „Wiedźmina” i zorientowałem się, że Sapkowski żadnej taryfy ulgowej nie potrzebuje. Bo, jak mu się chce, to naprawdę dobry z niego pisarz. Dlatego, choć dzisiaj napiszę o „Wiedźminie”, gotujcie się już na średnio pochlebną notkę o „Wiecznym ogniu”, wcale nie takim fajnym, jakby się wydawało (i jak go zapewne zapamiętaliście).

wiedzmingeralt

„Wiedźmin” to po prostu kawał dobrego opowiadania fantasy i wcale mnie nie dziwi, że Sapkowski otworzył sobie tym tekstem wrota do wielkiej literackiej kariery. Nawet czytany trzeci czy czwarty raz (jestem tak stary, że nie jestem pewien, ile razy je wchłonąłem), wciąż bawi i zaskakuje. I oczarowuje świeżością (włażenie do sarkofagu, żeby nie dostała się do niego strzyga? ekstra pomysł!).

Najlepiej oczywiście wychodzi główna postać. Geralt nie jest jeszcze emo-nastolatkiem filozofującym o Mniejszych Złach, granicach możliwości i okruchach lodu, ale zakapiorem i profesjonalistą, który morduje trzech ludzi tylko po to, by się popisać, a próbującego obalić króla cwaniaka poświęca w charakterze żywej przynęty. I, inaczej niż w „Granicach możliwości”, nie kłóci się to z wygłaszanym później monologiem o ratowaniu zagrożonych gatunków smoków – bo po prostu go nie ma.

Geralt jest też wiedźminem – co może się wydawać oczywiste, ale po dwóch tomach opowiadań, pięciu tomach sagi i trzech grach wcale takie nie jest. Bo przecież z czasem Geralt wyewoluuje w mutanta, odszczepieńca, domorosłego czarownika, bawidamka, żigolaka, polityka, najemnika i wiejskiego superbohatera, ratującego maluczkich przed wszelkim zagrożeniem. No więc tutaj jeszcze do tego nie dochodzi. Wiedźmin jest wiedźminem i zajmuje się przede wszystkim wiedźminieniem. A nawet kiedy wiedźminieniem się nie zajmuje, tylko, na przykład, morduje ludzi w knajpie, to po to, by się zareklamować jako lepszy wiedźmin. Warto też zauważyć, że tematem opowiadania jest potwór, którego trzeba ubić lub odczarować i tego się Sapkowski trzyma. We wstępie dowiadujemy się, co to za potwór, w rozwinięciu obserwujemy walkę z maszkarą, a w zakończeniu widzimy ją odczarowaną (a wiedźmina ubitego). Proste.

Podoba mi się też, jak Sapkowski tworzy postaci drugoplanowe. Foltesta buduje w zasadzie jednym zdaniem, gdy w przypływie szczerości król zadaje smutne pytanie, czy kazirodczy charakter jego związku mógł mieć wpływ na klątwę wiszącą nad córką. A Velerada tworzy z monologów na temat strzygi – udaje się w tej scenie jednocześnie zbudować postać i opowiedzieć historię królewny i okolic.

Jest też „Wiedźmin”, jak na Sapkowskiego, zaskakująco zwarty. Niewiele tu brnięcia w dygresje, bardzo mało popisywania się formą, a i nawiązania do słowiańskich baśni podsunięte są jakby subtelniej – z wiarą, że czytelnik sam je wyłapie i nie trzeba mu ich wciskać przez gardło. Jak, na ten przykład, okruchów lodu.

Na marginesie:

Geralt z Jebakolandii nie zalicza w tym odcinku, więc w wydaniu książkowym Sapkowski dopisał scenę seksu otwierającą cały tom, a będącą wprowadzeniem do poszatkowanego "Głosu rozsądku". Pada w niej zgrabne "Zdecydowanymi ruchami bioder domagała się odpowiedzi. Odpowiedział" - co jest chyba najfajniejszych opisem wzwodu, jaki czytałem.

Ilustracja: Jako, że "Wiedźmin" budzi we mnie tylko ciepłe emocje, to obrazuję najlepszym zwiastunem do "Wiedźmina 3" - robi go nie tylko muzyka Bena Howarda, ale i pokazywana w nim prawda (tak, "Wiedźmin 3" to przede wszystkim gra o jeżdżeniu na koniu po świecie)

poniedziałek, 27 lipca 2015

My tu sobie żartujemy, o opowiadaniach jakiś rozmawiamy, Sapkowskiego i liceum wspominamy, a tymczasem, zupełnie niespodziewanie, w „Mieczu przeznaczenia” ukryła się perełka cudownie szpetna, chyba już mocno zapomniana, bo nie piętnowana, Sapkowskiemu nie wypominana. Mowa oczywiście o „Okruchu lodu”, najprawdopodobniej najgorszym kawałku prozy, jaki czytałem w 2015 roku. A nie dość, że dopiero lipiec, to czytałem niedawno fatalne „Pół króla”, więc wiem, co to słabe fantasy, dzifko.

Pastwić się nad „Okruchem lodu” naprawdę trudno, bo to trochę tak, jakby pastwić się nad moim pierwszym opowiadaniem. Pisałem w nim o chmurnych ludziach, stojących na wietrznych klifach. Przedstawiałem wielkie, dramatyczne wyznania miłosne. I na 12 oszukanych stronach standardowego maszynopisu z lokalnej sesji RPG dochodziłem do ratowania świata, romantycznych nadczłowieków i Potęgi Wyobraźni (pisanych od wielkich liter, bo to Ważne Sprawy). „Okruch lodu” wprawdzie nie ma takiej skali, ale językowo i koncepcyjnie jest "Wybrańcowi" (sic!) naprawdę bliski i trudno mi nie poczuć jakiejś komitywy z Sapkiem i nie docenić, iż z mdławego, źle napisanego romansidła na trzy głosy próbuje wycisnąć pełnoprawny, idiotyczny traktat o życiu, śmierci i w ogóle wszystkim.

Możecie mi nie uwierzyć, więc odwołam się do cytatu (bredzi, oczywiście Yennefer): „Emocje, kaprysy i kłamstwa, fascynacja i gra. Uczucia i ich brak... Dary, których nie wolno przyjąć... Kłamstwo i prawda. Czym jest prawda? Zaprzeczeniem kłamstwa? Czy stwierdzeniem faktu? A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda? Kto jest pełen uczuć, które nim targają, a kto pustą skorupą zimnego czerepu? Kto? Co jest prawdą, Geralt? Czym jest prawda?”

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale czuję tę emocjonalność. Sam w niej tkwiłem przecież przez kilka dekad (dwie to kilka, prawda?). I nawet te fafnaście lat później, czytając te słowa, czuję jak coś tam we mnie drga. Jakieś niezałatwione licealne traumy słysząc to zaklęcie, próbują się wyrwać i ruszyć radośnie w tan. Ale później przypominam sobie, że jednak jestem kurwa myślącym stworzeniem, że mam jednak jakąś godność i załamuje się we mnie wszystko na raz. Bo wraz z przekonaniem o wyjątkowym talencie Sapkowskiego, umierają przecież wszystkie moje egzaltowane porno marzenia, o lepszym, głębszym Tomku, co od maleńkości czytał bardzo mądre rzeczy, więc kiedyś zrozumie teorie wszechrzeczy, a już na pewno Prawdy i Kłamstwa, bo czym jest prawda, Geralt?" (swoją drogą na to pytanie odpowiada nie Geralt, ale wyczarowana pustułka; otóż prawda jest, wystawcie to sobie, "okruchem lodu" - bo jakże by mogło być inaczej, przecież ten tytuł naprawdę ciężko wcisnąć w opowiadanie o rębaczu potworów).

Z ciekawszych epizodów:

1) Geralt być może chędoży wszystkie obce laski, ale jak się zakocha, to miewa problemy z hydrauliką (można mu to wybaczyć: jest po zleceniu, na eliksirach, swoje lata ma, a poza tym, komu w głowie chędożenie, gdy w powietrzu wisi, czym jest prawda, Geralt?). Pomaga mu wtedy magia Yennefer, która przecież zawsze dostaje to, czego chce.

2) Najciekawszą nauką tego opowiadania jest ta o wiecznym, męskim szczenięctwie. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że Geralt ma jakieś 90 lat. Nie starzeje się, bo próba traw. Istredd, jego rywal w walce o serce Yennefer (o którym Sapkowski chyba później zupełnie zapomniał, bo nie kojarzę go z sagi), ma lat kilkaset - jak to czarodzieje. Tymczasem obaj zachowują się, jak młode koguciki, walczące o najładniejszą kurkę w stadzie. Najpierw przechwalają się przed sobą, kto kiedy Yennefer posiadł, a jak to nie przynosi rozwiązania, to postanawiają się pozabijać.

Z epizodów żałosnych:

1) Cykada to jest tak zmarnowana postać, że nie wiem po co w ogóle w tym opowiadania występuje. Chyba tylko po to, by Geralt mógł komuś bezkarnie wpierdol spuścić.

2) Czym jest prawda, Geralt?

Ilustracja: nie mam pojęcia jak zobrazować ten bełkot, co go właśnie przeczytałem, więc wrzucam półnagiego Żebrowskiego

geralt

niedziela, 26 lipca 2015

Rozczarowany "Mniejszym złem" pognałem do "Miecza przeznaczenia", bo przecież to już prawie początek sagi - sugerowane są wątki, pojawiają się postaci, ogólnie we wspomnieniach mych jakoś tak mi się drugi tom opowiadań jawił, jako wstęp do wielkiego nilfgaardzkiego pierdolnięcia.

Tymczasem jednak "Granice możliwości" nie mają jeszcze wiele wspólnego z tym, co się później będzie działo. Ot, taka tam historyjka o złotym smoku, co nie za bardzo ma sens. Sapkowski nie miał chyba jeszcze pomysłu na postacie, bo np. z Yennefer zrobił po prostu głupią jędzę, gotową zabić rzadkie, myślące stworzenie, by naprawić sobie macicę. Upartą do tego stopnia, że nie jest gotowa wybaczyć Geraltowi nawet wisząc nad przepaścią, uczepiona jego paska. A Yarpen Zigrin - stający się później postacią dość sympatyczną i heroiczną - tutaj jest zwykłym skurwysynem. I to takim śliskim, co to sugeruje gwałty i morderstwa, a jak przychodzi do bitki ze smokiem, to po prostu ucieka.

yarpen_zigrin_card

Sam Geralt jak zwykle miota się pomiędzy zaangażowaniem, a obojętnością. Powieka mu nawet nie mruga, gdy egzotyczna zabójczyni odcina głowę nieco zbyt porywczemu (ale przecież dla takich kozaków - niegroźnemu) wieśniakowi. Ale, gdy przychodzi do rozmów o smoku, to nagle wielki z niego pacyfista - ba, koniec końców nawet aktywnie występuje w jego obronie, rzucając się na, było nie było, kolegów po fachu.

Najfajniejszym momentem opowiadania jest scena na łące przy posterunku. Jaskier jest w niej Jaskrem i zabawnie opowiada o szewczyku Dratewce, Geraltowi przez kilka stron udaje się nie strzelić emo, a gwiazdą drugiego planu zostaje dziesiętnik na oczach czytelnika awansujący na setnika i "wielmożnego pana". Równie udanie wychodzi pojedynek pomiędzy rycerzem (którego wszyscy zapamiętaliśmy jako Stępnia z 13. posterunku, a nie Paździocha idioto!) a smokiem. Ale nie ze względu na samą walkę, ale z powodu Yarpena, walącego naprawdę dowcipny monolog. Nawet chichnąłem i na głos przeczytałem lubej mej. Nieźle wypada też młodziutki król, który mówi mało, więc nie gada głupot. A gdy w końcu mówi, to mądrze. Najgorszym momentem jest niestety to nieszczęsne wiszenie na skale - nie tylko dlatego, że to punkt kulminacyjny słabego wątku miłosnego, ale i dlatego, że to zapowiedź, że ten słaby wątek miłosny będzie się w przyszłości rozwijał i komplikował.

Nie byłoby to opowiadanie o Geralcie z Jebaklandii, gdyby nie było w nim beztroskiego bara-bara ku uciesze gawiedzi. I, oczywiście, jest. Z egzotycznymi wojowniczkami chroniącymi Borcha Trzy Kawki, co to oczywiście oh, jakie są ciekawe czy wiedźminowi staje i czy dobrze se w alkowie radzi (tak, radzi sobie doskonale, o czym informuje nas Borch - co jest nieco dwuznaczne).

To jest niestety także ten moment, gdy zaczyna mnie mocno uwierać zamiłowanie Sapkowskiego do cytowania tytułu w opowiadaniu. O ile jeszcze w "Mniejszym złu" miało to sens, to tutaj bohaterowie szastają tą "granicą możliwości" na lewo i prawo, wbrew logice i stylistyce. Nieco się lękam, bo wiem, że najgorzej będzie w "Czasie pogardy" - no ale na razie mój plan przewiduje tylko opowiadania, więc może do tych wszystkich "czasów pogardy, zniszczenia, pogardy, samotności, pogardy i ognia" nie dotrę.

Ilustracja tej notki może być oczywiście tylko jedna - o ile jeszcze twórcom serialu można wybaczyć samego smoka (uchodzącego wtedy za szczytowe osiągnięcie polskiego CGI), to już nie da się wybaczyć, że zabijają jedną z lepszych scen opowiadania, psując pojedynek błędnego rycerza ze smokiem tak, że naprawdę bardziej się nie dało.

sobota, 25 lipca 2015

Więc, zainspirowany 162 godzinami w "Wiedźminie 3", postanowiłem wrócić do prozy Sapkowskiego - sprawdzić, jak po tych 20 latach bronią się książki, które, było nie było, stworzyły nastoletniego Tomka w równym stopniu co DragonLance, Plaescape, pisanie emo-opowiadań, wina za 2,99 zł, glany noszone w środku lata i masturbacja przez łzy. Na pierwszy ogień poszły opowiadania, bo, jak mawiał Michał Piwowarczyk (taki mój ziom, nie kojarzycie): "Sapek najlepiej sprawdzał się w opowiadaniach"wiedzminKOMIKS

"Mniejsze zło" zapamiętałem jako najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Bo przecież i parodia "Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludków" i "rzeźnik z Blaviken" i, och, jakie poważne problemy etyczne, czy istnieje mniejsze zło i większe zło, czy nie, kto to wie, na pewno nie 15-letni ja. Dzisiaj rzecz wypada słabo. Zaczyna się bardzo spoko. Rozmowa z czarodziejem zaskakująco dobrze napisana, prawie już zapomniałem, że Sapek radzi sobie z dialogami całkiem zgrabnie. Pomysł, by zamykanie księżniczek w wieżach wykorzystać do celów politycznych - błyskotliwy. Ale od wyjścia Geralta z wieży wszystko się raczej sypie. Najbardziej rozczarowała mnie oczywiście rozmowa z Dzieżbą/Renfri - całe to gadanie o Większym Złu i Mniejszym Złu (od wielkich liter, bo przecież to Ważne Sprawy) wypada na maksa sztucznie i pretensjonalnie. Dorośli ludzie tak nie rozmawiają, pokazał to George R.R. Martin w "Grze o tron". Dorośli ludzie mówią normalnie, bez tego nastoletniego zadęcia. Załamanie Renfri ("Zimno mi Geralt") to już scena zupełnie bezsensowna, rozwalająca postać, nawet trochę seksistowska, potrzeba tylko po to, by za chwilę wcisnąć dziewczynę Geraltowi do łóżka - bo przecież to takie oczywiste, że każda kobieta pakuje się wiedźminowi do łóżka, nawet jeżeli następnego dnia oboje chcą się pozabijać.

Gdy już przychodzi do samego zabijania Sapek wraca do formy. Choć przez całą rzeź zastanawiałem się, dlaczego zbóje nie rzucą się na wiedźmina na raz, tylko, niczym oddani fani Assassins Creed, podchodzą pojedynczo, dają się zasiekać i ustępują miejsca następnemu. Nie pamiętałem już, że do rzezi w zasadzie mogło nie dojść - wystarczyło, by Geralt poczekał 5 minut, zamiast od razu rzucać się z mieczem. Niemniej wciąż nie bardzo rozumiem, dlaczego Renfri czuła się tak związana z bandą bezmózgich najemników, że musiała, po prostu musiała, się dla nich zabić.

A już zupełnie absurdalna jest reakcja mieszkańców miasteczka. Owszem, może zabijanie w wykonaniu wiedźmina to nie jest jakiś piękny spektakl, ale przecież a) uratował ich czarodzieja (a z opowiadań dowiadujemy się, że taki czarodziej w wiosce, to jest poważna sprawa, za którą warto grozić wiedźminowi śmiercią - por. Okruch lodu); b) zasiekł jednak nie bandę niewinnych dziewic z drugiej c, ale agresywnych morderców, którzy cały poprzedni wieczór pili i awanturowali się w karczmie; c) skoro sprawa rozgrywała się na oczach tłumu, to ktoś powinien był dostrzec, że to jednak oni zaczęli, strzelając w Geralta bełtem

Ogólnie, jak na takiego klasyka, "najlepsze opowiadanie" i w ogóle arcydzieło polskiej fantastyki w oczach Tomka nastoletniego - szału nie ma. Takie tam 7/10, akurat do Nowej Fantastyki, cobym przekartkował, przeczytał akapit czy dwa, odłożył na później, ale nigdy nie przeczytał, bo przecież źle się czyta fikcję na kiblu

Fun fact: w serialu telewizyjnym opowiadanie zgwałcono dosyć brutalnie, wykręcając zupełnie przesłanie. Podzielono je też między dwa odcinki, więc ja tutaj linkuję do odcinka 10, ale samą walkę zobaczycie w odcinku 11 - choć, szczerze mówiąc, nie polecam, nie ma co oglądać.


czwartek, 12 marca 2015

Nie wiem, czy Terry Pratchett ukształtował mnie takiego, jakim jestem. Wiem, że ze wszystkich pisarzy, którzy przewinęli się przez moje życie, to jego książek przeczytałem najwięcej.

***

Długo kochałem go bezwarunkowo, jak przystało na nastolatka. Nie rozumiejąc jeszcze do końca "Równoumagicznienia" czy "Trzech wiedźm", zagłębiałem się w Świat Dysku z naiwnością dzieciaka wychowanego na DragonLance, odkrywającego, że fantastyka mieści w sobie coś więcej niż półnagie torsy, dwuręczne miecze i pradawne smoki. Dopiero na studiach dostrzegłem, że za żółwiem, słoniami, magami i świetnym humorem kryją się kunsztowny język i mądra myśl.

Przesadziłbym pisząc, że to dzięki Pratchettowi stałem się lewakiem, ale z pewnością otworzył me oczy na kilka tematów. Jego Rincewind uświadomił mi, że nawet męscy bohaterowie heroicznego fantasy bywają egocentrycznymi idiotami. Straż Miejska nauczyła szacunku do instytucji państwa i przypomniała, że czasem za idiotycznymi prawami i upierdliwymi procedurami stoi troska o zwykłego obywatela. Babcia Weatherwax nie tylko dała wykład z Szekspira, ale i nauczyła doceniać surowy hart ducha - i pamiętać, o suchych, starszych paniach, na których barkach nasz świat opiera się w tym samym stopniu, co Świat Dysku na czterech słoniach.

Jednak najbardziej udaną postacią Pratchetta była niedoceniana dziewczyna z Kredy - Tiffany Obolała. Książki o niej przyszły do mnie w idealnym momencie. Akurat, gdy dorosłem na tyle, że zdałem sobie sprawę, iż twórczość Pratchetta to jednak literatura dla nastolatków i akurat, gdy wykształciłem się wystarczająco, by przyznać się przed sobą samym, że wcale mi to nie przeszkadza.

Tiffany to jedna z najpiękniejszych postaci współczesnej literatury. Pospolita, nieładna dziewczyna, która nie radzi sobie zbyt dobrze z magią. Nie tak zgrabna, jak ładniejsze koleżanki. Nie tak utalentowana, jak koledzy magowie. Nie tak twarda jak legendarna Babcia Weatherwax. Ale dzielniejsza niż oni wszyscy. Czerpiąca siłę właśnie ze zwyczajności. Z poczucia godności, zrozumienia dla innych i zwykłej empatii. Jej misja nie polega na ratowaniu świata, a heroizm ogranicza się do prostych, ludzkich aktów miłosierdzia. Wobec 13-latki, która poroniła i pijanego ojca, który ją skatował. Wobec zagubionego dziecka i zbyt dumnej księżniczki.

Gdy przeczytałem już kilka książek, dostrzegłem w Tiffany fatalistyczne poczucie konieczności z książek Josepha Conrada, "Innego Świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy wierszy Herberta. To właśnie Pratchett, a nie oni, nauczył mnie, by ponad krzykaczy z wielką wizją składających obietnice bez pokrycia, przedkładać mrówczą pracę anonimowych społeczników. A zachwyt nad Tiffany obolałą pchnął mnie w objęcia platonicznej miłości do Janiny Ochojskiej.

***

Czasem się z nim nie zgadzałem. Jak chociażby czytając książki o finansjerze. Nie rozumiałem skąd w nim ten zachwyt nad pieniężną szarlatanerią. W typach pokroju Moista von Lipwiga dostrzegam więcej zagrożeń niż szans, zaś ich krasomówcze popisy i tabelkowe czary mary, kataloguje jako zwykłe oszustwa.

Czasem mnie wkurzał. Wychwalając postęp zapominał, iż nowoczesne technologie niosą i niebezpieczeństwa. Zdarzało mu się ignorować wykluczone grupy społeczne (Ziemia Podstawowa w Długiej Ziemi) naznaczając je, jako zacofany "ciemny lud". W technologii, w której coraz więcej współczesnych widzi zagrożenia dla bezpieczeństwa, prywatności i miejsc pracy, on dostrzegał tylko szanse. Naiwnie i bezsensownie, jakby niczego nie nauczyła nas rewolucja przemysłowa.

Czasem pakował mnie w kłopoty. Chciałem się do niego zbliżyć tak bardzo, że parłem nawet, gdy go nie było w pobliżu. Podczas wywiadu z Nailem Gaimanem dużo bardziej niż na autorze "Amerykańskich bogów" zależało mi na komentarzu wobec twórczości jego przyjaciela. Wyszło niezręcznie i niegrzecznie, a ja do tej pory wspominam tę rozmowę, jako jedną z najgorszych, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem.

Czasem mnie rozczarowywał. Wyżywałem się na nim ostatnio za cykl o Długiej Ziemi. Niepotrzebny, nietrafiony, przegadany i nieśmieszny. Nie pozostawiający w czytelniku żadnej głębszej myśli, edukujący topornie, na siłę. Karykaturalnie nieudany w porównaniu do niedawnej "Nacji" - doskonałej. Pratchett zdaje się w nim zafascynowany własnymi pomysłami tak bardzo, że zapomina o tym, co zawsze wychodziło mu najlepiej - przekonujących, pełnowymiarowych bohaterach, będących czymś więcej niż egzemplifikacją myśli przewodniej.

Czasami mnie zwyczajnie nudził. Ostatnie powieści ze Świata Dysku odpuściłem. Schematy są w nich zbyt czytelne, bohaterowie zbyt dobrze znani, pomysły zbyt przewidywalne. Miałem dość tych samych powieści wydawanych w równych odstępach czasu. Tej samej struktury powtarzanej wciąż i wciąż. Skserowanych dowcipów. Książek produkowanych, a nie tworzonych. Pisanych zgodnie z wzorem, który wprawdzie Pratchett wymyślił, ale z którego korzystał zbyt długo.

***

Myślałem ostatnio, że Terry Pratchett już mi przeszedł. Że ciągnąca się od 16 lat "faza" dobiegła końca. Przecież odkryłem China Mieville'a! Ale cholernie się myliłem. Bo, inaczej niż nastoletnie zauroczenia, miłości do pisarzy nie przechodzą wraz z wiekiem - zagnieżdżają się tylko w najdziwniejszych rejonach naszych dusz, by co jakiś czas o sobie przypominać. Pratchett robił to zaskakująco często. Mimo, iż przestałem kupować jego książki, wciąż nim myślałem. Wyłaził mi w rozmowach i dyskusjach politycznych. Dawał znać, przy lekturze każdego innego fantasy. Chciałem do niego wrócić, ale wydawało mi się, że nie muszę się z tym spieszyć, że skoro przez całe życie jakaś jego kolejna książka była na wyciągnięcie ręki, to zawsze tak będzie.

Cóż. Głupi byłem.

 

PS. Nie zapominajmy o Joshu Kirbym...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69