Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moje najlepsze wpisy:
Napisz do mnie
Rybia twórczość pozablogowa:
Strony
Tagi
|
środa, 23 listopada 2011
… nadszedł 22 listopada 2011 roku. Podczas lektury "Narodzin Gubernatora" Jaya Bonansinga, na podstawie "The Walking Dead" Roberta Kirkmana. Nie to, że to zła książka - jak na popliteraturę bawię się zaskakująco dobrze - ale ile można? Męczą mnie bohaterowie popełniający wciąż te same błędy. Robiący hałas, gdy nie powinni. Zmierzający do dużych miast, gdzie najwięcej trupów. Poruszający się pieszo i po ziemi, zamiast samochodem i po dachach. Nierozumiejący, że zombie to nie człowiek i wciąż dręczący się wyrzutami sumienia. Kłócący się między sobą o duperele - jakby w obliczu apokalipsy duperele miały jakiekolwiek znaczenie. Tracący człowieczeństwo z dnia na dzień, bo taka jest popkultura, nie stać jej na opisywanie dłuższych procesów społecznych/psychologicznych. Męczą mnie dziury w zombie-logice. Epidemia choroby przenoszonej przez ugryzienie nie miałaby szans na rozwinięcie się. Człowiek nie jest drapieżnikiem (znaczy jest, ale wymyślił narzędzie), dlatego ma tępe zęby nie nadające się do rozrywania ofiary na strzępy. W opanowanej przez broń palna Ameryce żywe trupy nie miałyby szans. A do tego powolny, jęczący i głupi truposz nie jest w stanie zaskoczyć dorosłego człowieka, więc walka z nimi powinna być banalnie prosta. Kiedy w 1968 roku Romero kręcił swoją "Noc żywych trupów", było w tym cholernie dużo odwagi. Nie dość, że robił film społecznie zaangażowany (główny bohater jest czarnoskóry), to jeszcze niesamowicie krwawy i pesymistyczny. Później zombie stał się metaforą społeczeństwa konsumpcyjnego, pochłoniętego jedynie zaspokajaniem swoich potrzeb, ogłupionego i odpychającego. Ale dziś, 43 lata po "Nocy żywych trupów" naprawdę ciężko powiedzieć coś świeżego w temacie. Nie przeczę, że Kirkmanowi się udało - w 2003 roku pokazał światu dramat psychologiczny osadzony w postapokalipsie. Ale z "The Walking Dead" jest jak z każdą telenowelą, potrafi zachwycić, ale szybko nudzi. Pierwszy trejd jest świetny (zwłaszcza, że rysuje go Tony Moore - autor tego arcydzieła), trzeci zaczyna nudzić, czytając siódmy sam czułem się jakbym był żywym trupem. Od pewnego czasu trawię zombie już tylko jako dowcip, parodię. "Left 4 Dead" - tak, "Dead Island" - nie, "The Dead Set" - tak, "The Walking Dead" (serial) - nie, "Zombieland" - tak (Emma Stone KURWA TAK), kolejne filmy Romero - nie. Ale i tu widzę nadchodzące znudzenie - "Shaun of the Dead" już mnie wynudził. A przecież atakują mnie jeszcze technozombie z "Deus Exa", locustozombie z "Gears of War" i necrozombie z "Dead Space"… Popkulturo, czas wymyślić coś nowego. I nie, zombie-naziści się nie liczą!
sobota, 12 listopada 2011
Oczywiście, że jestem przeciwko demonstracji ONR i Młodzieży Wszechpolskiej - nie dlatego, że nie podoba mi się świętowanie niepodległości, ale dlatego, że obie organizacje słyną przede wszystkim z łysych panów w szalikach zamawiających po pięć piw na raz. Ziemkiewicz, Kukiz, Zaremba i cała reszta prawicowej wierchuszki robi źle popierając marsz, który co roku kończył się wysyłaniem Żydów do gazu, hajlowaniem i rozróbami. Wystarczyło by zwołali własną demonstrację, a ONR i MW zostawili policji. Na szczęście polski bieda-faszyzm ma to do siebie, że sam kompromituje się najlepiej, więc swój marsz okrasili występami kiboli, petardami, zdemolowanymi przystankami i palonymi samochodami. I oczywiście podoba mi się pomysł Kolorowej Niepodległej. Nawet nie jako demonstracji przeciwko Marszowi, ale jako osobnej imprezy pokazującej, że Polakami są też kobiety, homoseksualiści i ludzie, którzy nie lubią piłki nożnej. To dobry kierunek, może w przyszłości będzie z tego jakieś normalne centro-lewicowe, obywatelskie świętowanie, bo jest przecież co świętować. Ale zapraszanie do Polski niemieckich zadymiarzy? Łażenie po ulicach z bejsbolami? Kominiarki? Zaczepianie przechodniów tylko dlatego, że mają polska flagę czy biało-czerwony szalik? Barykadowanie się w Nowym Wspaniałym Świecie, jak dzieci przepłoszone z piaskownicy? Seriously Krytyko Polityczna? POPIERDOLIŁO WAS?! Jaki dokładnie mieliście pomysł? Na serio, chciałbym to usłyszeć, myślę, że wiele osób by chciało. Jak to miało wyglądać? Jaki błyskotliwy plan uknuliście? Jak zamierzaliście to rozegrać? Bo jedyne co wam wyszło, to spierdalanie przed policją, chowanie sie w pubie (wyszliście na pizdy nawet przed kibolami) i ośmieszenie całego pomysłu Kolorowej. Że jesteście idiotami podejrzewałem od dłuższego czasu, teraz myślę, że jesteście niebezpiecznymi idiotami.
środa, 12 października 2011
Nie wiem, dlaczego mówiąc o najważniejszych grach, żaden z nas nie wspomniał o Braidzie. Tak to już jest, że jak masz wybrać jedną jedyną, to nagle wszystkie są równie ważne, a te naprawdę piękne wylatują z głowy. A Braid zdecydowanie jest jedna z najlepszych i najbardziej pamiętnych gier, z jakimi miałem przyjemność obcować. Ciekawa jest sprawa z interpretacją. Rzadko się zdarza, by gra miała dwuznaczną wymowę i pozostawiała miejsce do domysłów. Braid to robi. Wikipedia twierdzi, że ludzie i krytycy mieli z tym problem, a sam twórca (Jonathan Blow) powiedział, iż jej sednem jest "coś dużego i subtelnego, co umyka, gdy próbujemy to ogarnąć"*. Dla mnie jednak, to gra o rozczarowaniu samym sobą. I, oczywiście, o nieszczęśliwej miłości. Tim to przecież zakochany chłopiec, który chce zdobyć dziewczynę. Kiedyś coś spieprzył i teraz stara się to naprawić. Stara tak mocno, że gotów jest zaryzykować wszystko. Literalnie cofa dla niej czas, zabija niewinne stworzonka (Blow świetnie gra przekonaniem wyniesionym z Mario, że jeżeli można czemuś naskoczyć na głowę, to musi być złe) i gotów jest poświęcić nawet własny cień. Ale cokolwiek Tim nie zrobi, to za mało. Po prostu. Bo Księżniczka go nie chce. Być może dlatego, że wcześniej spieprzył coś tak bardzo, że nawet cofanie czasu tego nie naprawi, ale ja wolę myśleć, że po prostu. Tim jest sobą, a dla Księżniczki to zbyt mało. Nie chodzi o staranie się, zdobywanie i podchody. Problemem Tima jest to, że jest Timem. Tim zostaje odrzucony z jedynego, najlepszego i najprawdziwszego powodu. "Bo nie". W ostatnim etapie, gdy okazuje się, że Tim jest tym złym, a Księżniczkę ratuje Rycerz, nasz bohater nagle staje się bohaterem negatywnym. Psychopatą, który nie potrafi odpuścić i zrozumieć, że nigdy nie będzie jej miał. Upierdliwym stalkerem zatruwającym dziewczynie życie. Przed którym musi ją ochronić jakiś pieprzony osiłek - lepszy, fajniejszy i przystojniejszy niż Tim. Który chuj wie, skąd wziął się w jej życiu, ale na pewno już w nim pozostanie. Może to tylko ja, ale kończąc Braida miałem w sercu tę samą zimną, mokrą dziurę, co po zawodzie miłosnym. A moja interpretacja pokrywałaby się z innymi słowami Blowa - że jego gra nie jest o celu, ale o podróży. Tak, o zdobywaniu czegoś, czego nie możesz zdobyć. O nie przyjmowaniu odmowy. O wmawianiu sobie, że jak dasz z siebie wszystko i złamiesz prawa fizyki, to jednak ci się uda. I o bolesnej nauczce, że jednak nie, niektórych rzeczy po prostu nigdy nie osiągniesz. "Bo nie". Owszem, kupuję też oficjalną interpretację - tę z bombą jądrową i projektem Manhattan. Usprawiedliwia ją zresztą całe późniejsze pitolenie o potworach i wybuchająca Księżniczka. Ale jakoś tak wyszło, że moja interpretacja jest mi bliższa. I nie trzeba do niej zbierać ośmiu gwiazdek. Ale znowu… może to tylko ja. * Tłumaczenie moje, dosyć luźne zresztą, Blow powiedział: "something big and subtle and resists being looked at directly"
Wpis pierwotnie opublikowany na blogu Nieczystych zagrywek.
piątek, 07 października 2011
Narracja o "dobrym, polskim kibicu", co to chodzi na mecze z dzieciaczkami, by wesprzeć ukochaną drużynę i wyrazić miłość do ojczyzny, to jedna z moich ulubionych lokalnych legend miejskich. Ostatnio, propagowana przez PiS przybrała na sile i ma szansę przebić się do świadomości publicznej - na szczęście na drodze stoją jej sami "dobrzy, polscy kibice", którzy, gdy tylko pozwolono im dojść do głosu, kulturalnie obrzucili wszystkich kurwami, zwyzywali ekipę 9-latków i zmasakrowali dwie policjantki. Ja rozumiem, że można się jarać sportem i podniecać nie swoimi sukcesami w jakimś abstrakcyjnym pokazie pokątnego maczyzmu polegającym na poceniu się i ciąganiu za odzież. Sam robię niemal dokładnie to samo, tylko siedząc w domu, z padem w ręku i bez koszulki, co by mi nikt jej nie wymiętosił. Każdemu jego zboczenie! Ale jak można kupować bujdę o ciemiężonych przez Tuska łysych patriotach, zatroskanych o los polskich muzułmanek i płaczących po Powstaniu Warszawskim, tego kurwa pojąć nie mogę. Bo znam trochę kiboli, spierdalam przed nimi od 13 roku życia, kiedy po raz pierwszy spróbowałem wyrazić swoje poglądy polityczne i okazało się, że są one nieco inne niż ich, bo byłem punkiem. Wiem, że kibol potrzebuje około 10 sekund by się zorientować, że go obraziłeś i 30 nim ruszy za tobą, gdy spierdalasz. Wiem, że jest dobry na długich dystansach i kiepski na krótkich, bo rozpędzić się przeszkadzają mu ciężkie buty i tasaki zwisające zza pasa. Wiem, że lepiej się schować niż uciekać, bo przeciętny kibol potrafi się skupić przez 3 minuty 23 sekundy i jeżeli twój lewicowy tyłek nie przypomina mu o celu pogoni, to zapomni i odpuści. I jeszcze, że gdy już cię kopią, to najlepiej odpuścić, zakryć głowę i próbować nie płakać. To nie są, jak chciałby Romaszewski, patrioci gnębieni przez system, ale uliczni skurwysyni napadający na słabszych. Zamaskowani w swoje czapeczki i szaliki, wyspecjalizowani w obrabianiu gimnazjalistów z fajków, zapalniczek i drobnych na śniadanie. Mocni w grupie, wiecznie najebani, z browarem w ręku i siekierką za pazuchą - ot, tak, by czasem poprotestować przeciw uciskowi władz wbijając ją komuś w plecy. Rozrechotani w swoich klubowych barwach, zastraszający ludzi w autobusach i tramwajach, rozpierdalający przystanki autobusowe i tłukący butelki na wystawach sklepowych. Wymyślający swoje przezabawne wierszyki, kicający ("kto nie skacze ten…") matkojebcy, którzy nie potrafią zaśpiewać nic, w czym nie ma "kurwy", "żyda" i "czarnucha". Poza hymnem narodowym, bo nauczyła ich go nasza prawica. I dała flagę Polski, by mogli narysować na niej wielkiego kutasa. Kiedy Romaszewski obalał w Polsce komunę (chwała mu za to), z takich ówczesnych "dobrych, polskich kiboli" korzystała esbecja, najmując bandytów z łódzkich bram i trójmiejskiego półświatka, do poprzestawiania kilku kości i wyjebania komuś zębów. Więc niech się pan senator nie dziwi, że kiedy odwiedza dziś Starucha w więzieniu, Kempa za niego poręcza, a "Gazeta Polska" zaprasza na swoje łamy, to ciśnie mi się na usta tylko proste punkowe "co jest kurwa?". Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić, nasza prawica już od czasów Młodzieży Wszechpolskiej romansowała z ogolonymi, muskularnymi naziolami zamawiającymi zawsze po pięć piw. Teraz tylko ten związek zalegalizowała.
I dlatego zagłosuję na PO.
czwartek, 06 października 2011
Dobre SF rozpoznaje się po tym, że opowiada dobrą historię ubierając ją w fantastyczne wdzianka. Bardzo dobre SF potrafi wpleść swój pomysł na świat w opowieść tak, że stają się jednym ("Incepcja" panie! Dick panie!). Pilot "Terra Nova" to bardzo kiepskie SF, które chwali się swoimi plastikowymi dinozaurami i wielkimi robakami niczym przedszkolak pierwszymi literkami na zjeździe noblistów. Ja pierdolę, jakie to przewidywalne. Zła, zanieczyszczona Ziemia przyszłości, więc oczywiście pomarańcza to jakiś skarb narodów. Walka z przeludnieniem to biedaapartheid, nasyłający swoich złych siepaczy, co to nawet kilkuletnie dziecko tłuką. A prehistoryczny świat jest dinozaurowaty i totalnie stockowy, tkwiący gdzieś pomiędzy drugim "Jurassic Parkiem" (tym chujowym) a serialem "Zaginiony świat". I w ogóle nie straszny, skoro nawet dzieciaki się go nie boją. A do tego brzydki. I to brzydki za dziesiątki milionów dolarów, bijący po oczach blue boxem, jakby to był fotoszop w rękach gimnazjalistki. Pilot to, drogi panie Spielberg, powinien pokazywać, dlaczego twój serial jest bardziej zajebisty niż inne. Nauczył nas tego "Lost" rozpierdalając samolot na wyspie z potworem. "Terra Nova" nie dość, że nie szokuje i nie wciąga, to nawet dinozaura spektakularnie pokazać nie umie. Pierwszy brontozaur z "Jurrasic Park" (to pański film, panie Spielberg przecież!) wyglądał lepiej niż to gumowe gówno, co tu nam sprzedają. A to było 18 lat temu…
[Przerwa techniczna na przełknięcie tych 18 lat, pokiwanie smutno głową i myśl: "ja pierdolę, jaki ja stary jestem…"]
Do tego dzieciaki z "The O.C." w dekoracjach tropikalnych - półnagie, obrzydliwie piękne i opalone, biegające pośród drzewek i rzeczek i srające swoją urodą na widza, spodziewającego się raczej spracowanych, wychudzonych i półżywych. 85 milionów lat temu, w świecie nieprzystosowanym do niczego, a one kurwa wymalowane jak Paris Hilton na otwarciu supermarketu. No i jeszcze nasza paczka. Genialna pani doktor, krnąbrny pan policjant i ich troje dzieciaczków. Kolejny she-nerd, co to wie wszystko, poza tym, że jest atrakcyjna. Kolejny durny, zbuntowany nastolatek - tak zbuntowany, że obraża się na ojca za to, że bronił młodszej siostry przed faszystowskimi policjantami. Co kurwa?! Na tym wydumanym konflikcie chcecie stworzyć postacie?! A jakby tego było mało wszędzie brzydkie klisze. Z gatunku tych naprawdę żenujących, po które nie sięga się bez cudzysłowu, ironii i dobrego reżysera. Oblężony samochód, panikara, co to musi uciec, bo dostaje ataku klaustrofobii po 2 minutach i dzieciak, któremu mówią "nic ci nie będzie" na chwilę przed tym, jak coś mu się staje. Straight face, totalnie serio, w 2011 roku! Jeżeli coś tutaj wyszło, to tylko Stephen Lang osadzony trochę na przekór sobie, w roli porządnego brata bliźniaka "tego złego z Avatara". Smutek, oj jaki smutek.
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||