Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moje najlepsze wpisy:
Napisz do mnie
Rybia twórczość pozablogowa:
Strony
Tagi
|
środa, 09 maja 2012
I "Ludzie z Korto w okresie przedkrzyżackim wiedli życie raczej spokojne, nie będąc przez długi czas przez nikogo niepokojeni". Ale w XIII wieku przyszli Krzyżacy, niosąc europejską mądrość i chrześcijańskie miłosierdzie. Najprawdopodobniej podzielili się nimi z ówczesnymi Prusami z osady Korto nim wycięli wszystkich w pień - mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Porąbane ciała "zamiast w kurhanach, takich, jakie otwarto chociażby zaraz niedaleko, na zachodnim brzegu jeziora, spoczęły wprost w jamie grobu szkieletowego, zgodnie z praktyką chrześcijańską". 1 Najstarsze wspomnienie z Kortowa mam z wizyty papieża w Olsztynie 5 czerwca 1991 roku. Choć byłem wtedy tak mały, że wszystko może mi się mylić, to jestem niemal pewien, że szliśmy z Pieczewa, przez Jaroty i Kortowo (słynna pętla 15) na skrzyżowanie Sielskiej z Warszawską. W tłumie gapiów wyglądaliśmy Papa Mobile, a gdy wreszcie zobaczyłem o co chodzi byłem zdziebko rozczarowany - starszy pan na biało pozdrawiał nas machaniem i jechał dalej. Było upalnie, tłoczno i duszno, ale gdzieś tam pewnie spłynęła na mnie chrześcijańska łaska. II 8 maja 1940 roku 23-letnia dziewczyna postanowiła wykąpać się nago w jeziorze. Oczywista oznaka szaleństwa. Zatrzymana przez policję, została uznana za niepoczytalną i w końcu zesłana do Zakładu dla Umysłowo Chorych i Lazaretu Rezerwowego w Kortau. "Słynącego z rozpoznawania nawet najoporniejszych przypadków". Uczynni niemieccy lekarze wysterylizowali ją, wygłodzili (dziennie wydawano na pacjenta 1,6 marki, podczas gdy głodowa racja w niemieckich szpitalach kosztowała 2,5 marki), naszprycowali lekami, a następnie zdiagnozowali. Schizofrenię. Choroba była oczywista po tym, jak pacjentka stwierdziła iż szpitalny "chleb smakuje jak kamień, a masło jak mydło". Nie wiadomo, czy do leczenia użyto wyprodukowanej przez Siemens maszynki do elektrowstrząsów, ale zakład Kortau miał taką na stanie. 25 czerwca 1941 postanowiono wyleczyć ją definitywnie i w ramach akcji T-4 przeniesiono w głąb kraju. Przed nią z Kortau "przeniesiono" do innych szpitali w III Rzeszy około 900 pacjentów - wszystkich poddano przymusowej eutanazji. Lubiąca kąpać się nago dziewczyna miała niesłychane szczęście. Lekarze z Zschadrass postanowili jej nie gazować, gdy okazało się, że nie wiedzą, na co miałaby chorować. 24 września 1941 skołowani doktorzy z Kortau wypuścili dziewczynę mimo, iż oficjalnie wciąż cierpiała na schizofrenię. "Należy przypuszczać, że udało jej się ujść z życiem". 2 Podstawówkę kończyliśmy wielkim balem. Kortowska stołówka pękała w szwach, 14-latki tańczyły, jadły i darły mordy. Co chwilę wymykaliśmy się na zewnątrz, by, w ciemności kortowskiej nocy, jarać szlugi. Nauczyciele oczywiście o wszystkim wiedzieli, ale mieli to gdzieś - przecież kończyliśmy już szkołę. Gdy impreza się rozkręcała rozzuchwaliliśmy się na tyle, że zaczęliśmy pić wódkę pod stołami. Zsuwaliśmy się na ziemię w naszych małych garniturach i odświętnych sukienkach i, osłonięci obrusami, pociągaliśmy z ćwiartek ciepłą wódę bez zapojki. Wszystko było tak oczywiste, że aż śmieszne. Powiedziała mi to zresztą pani od chemii, którą, w przypływie pijackiej odwagi, poprosiłem do tańca. III 6 czerwca 1955 roku przystąpiono do wydobywania ciał z odkrytego właśnie zbiorowego grobu w okolicach kortowskiej stołówki. Było ciepło, a całkowitemu rozkładowi uległy tylko najwyżej położone ciała - te pod nimi wciąż pokrywały ochłapy mięsa, więc w okolicy śmierdziało niemiłosiernie. By znaleźć chętnych do kopania władze Olsztyna obiecały nagrody - 80 złotych za każdą czaszkę i uczciwy przydział spirytusu. Wykopano 227 ciał - "mężczyzn, kobiet, a według jednego z obserwatorów i treści zachowanego zapisku, również dzieci". By uczcić pamięć ich, i jeszcze kilku setek wykopanych na Kortowie trupów, postawiono w Olsztynie pomnik poświęcony "ofiarom terroru hitlerowskiego". Problem w tym, że tym razem nie były to ofiary hitlerowskie, a rosyjskie. Wyzwoliciele Olsztyna zajęli Zakład dla Umysłowo Chorych i Lazaret Rezerwowy w Kortau w nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku. Jego załogę, a także nieewakuowanych pacjentów (ewakuowanych zabili hitlerowcy) wymordowali w akcie "spontanicznej zemsty". Pewną grupę jeńców utrzymywali przy życiu i zmuszali do kopania grobów dla martwych kolegów. Następnie ich także zabili. Masakrę przeżył jeden człowiek - ukryty w stolarni anonimowy pracownik szpitala, który dał świadectwo. 3 Mam 20 lat, jest wiosna, trwa Kortowiada. Po raz pierwszy w życiu ściąłem włosy na krótko. Z ogoloną czaszką, tonami nadwagi i nieschodzącym z twarzy uśmiechem, wyglądam jak tybetański nazista gotowy do miłosnego holocaustu. Leje, ale jest ciepło. Górka kortowska spływa błotem. Wciąż się w nim przewracam. Tak jak dziewczyna, z którą jestem - uwierzcie mi, najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek widzieliście. Utaplana błotem, roześmiana, zakochana we mnie po uszy. Wtopieni w studencki tłum słuchamy chujowych koncertów, chujowych polskich kapel, zapowiadanych przez chujowych prowadzących. Otaczają nas nasi przyjaciele. Przepici, przejarani, przemoczeni, roześmiani. Późno w nocy wydostajemy się z tłumu i idziemy nad jezioro. Tutaj, wciąż pijani, rozmawiamy kilka godzin. Niewiele jest kobiet, z którymi potrafiłem tak rozmawiać jak z tamtą. Później kochamy się na tyłach przystanku autobusowego. To jedno z najszczęśliwszych wspomnień jakie mam. Epilog Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy na deszczu. Kurtyna
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Stanisława Piechockiego "Czyściec zwany Kortau", Olsztyn 1993
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
"Jestem stary" Ta myśl nie pojawia się nagle. Spodziewasz się jej od lat, w zasadzie od momentu, gdy osiągnąłeś pełnoletniość. Wiedziałeś, że w tobie rosła, niczym złośliwy guz w bolesnym miejscu, którego czułeś od dawna, ale wolałeś się oszukiwać, że się wchłonie, a teraz jest już za późno i musisz z nim żyć, choć dni jest coraz mniej. Jest głupia i pretensjonalna na tyle, byś się jej wstydził i nie wypowiadał zbyt często, ale jednocześnie na tyle prawdziwa, byś nie mógł jej tak po prostu przełknąć. Wcale nie jesteś zaskoczony, gdy w końcu wypływa i nie daje ci spokoju. Siedzisz akurat w środku warmińskiego lasu, nad jakimś zapomnianym przez wszystkich bogów chaosu jeziorem, narajany i pijany, i starasz się sobie wytłumaczyć, dlaczego przez cale życie myślałeś, że lubisz to uczucie otumanienia, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi, zwłaszcza spaw pod tobą, mówiły, że jest ono chujowe i depresyjne, niczym seks z litości. Twoi kumple upijają się z entuzjazmem godnym królika wpuszczonego między samice. Spuszczeni ze smyczy na jeden, krótki weekend kawalerski korzystają z każdej sekundy wolności, za chwilę będą bowiem musieli wrócić do swoich pięknych, małych światów, opiekować się dziećmi, kochać żony i myśleć o awansach. Mają po trzydzieści kilka lat, patrzą więc na ciebie - z twoim żałosnym, pustym życiem zdesperowanego kawalera - jak na bohatera jakiejś zapomnianej książeczki z dzieciństwa. Jesteś dla nich pokręconym, tłustym spełnieniem chłopięcych marzeń o dorosłej samotności, pozwalającej na szalone noce przed xboxem, przypadkowy seks, kolekcjonowanie brudnych naczyń i zamawianie jedzenia na wynos. Starasz się nadążyć za ich dialogami, ale po prostu kurwa nie ogarniasz tematów, bo wciąż wydaje ci się, że wszystko możesz zmienić, podczas gdy oni wiedzą już, że to nieprawda. Co gorsza wiedzą, że gdyby mogli, nie zmieniliby nic i walą cię tą pewnością w twarz, przypominając, że nie masz gdzie i do kogo wrócić. I choć wiesz, że to nieprawda, to nie potrafisz o tym nie myśleć. Że masz 28 lat, pełen portfel i nudną pracę. Własne mieszkanie, uregulowane rachunki i urlop zamiast wakacji. Kumpli, którzy się żenią, rozmnażają i biorą kredyty. A później wyjeżdżają chuj wie gdzie, a gdy się widzicie, to nie opowiadają już o piciu i podrywaniu, tylko wyjmują smartfony i godzinami skrolują zdjęcia swych dzieci. Dziewczyny myślące o ciążach i przyszłości i odstawiające tabletki, bo "tak będzie lepiej", które na imprezach albo upijają się desperacko, albo (co gorsza) siedzą niezdrowo trzeźwe i wypytują o plany na przyszłość, jakby w skrytości pracowały dla jebanego GUS-u.. To typowa drama klasy średniej – wydumany strach Piotrusia Pana, przerażonego, że nadeszła dorosłość, a on nie wyjechał do Nowej Zelandii, nie poznał miłości swojego życia, nie posadził drzewa i nie zabił niedźwiedzia. Łatwo się z niej otrząsnąć, przypominając sobie Darfur, Bydgoszcz czy wąs prezydenta, ale równie łatwo spędzić cały weekend kawalerski najaranym, najebanym i zapłakanym, słuchając depresyjnej piosenki o uciekającej młodości. O tej:
czwartek, 26 kwietnia 2012
Głównym założeniem "Diamentowego wieku" Neala Stephensona jest rozczulająco naiwna myśl, że chcemy żyć razem, wśród innych, podobnych nam ludzi, dzieląc przekonania i podejście do życia. Dziś uniemożliwiają nam to państwa narodowe, narzucające bezsensowne granice i dzielące podług przestarzałych, XX-wiecznych kryteriów. Dlatego ludzie wezmą i się zreformują i zaczną tworzyć enklawy/plemiona oparte na ideologii i podejściu do życia. Kilka przykładów, co by łatwiej było zwizualizować. Zbudowana na tęsknocie do surowej wiktoriańskiej moralności sztywna i oficjalna Nowa Atlantyda. Matczyzna zbierająca dzisiejszych WASP-ów, wciąż tak samo bogatych i zadufanych w sobie. Działający na zasadzie dawnych afrykańskich plemion Aszanti. Neomarksistowscy Sendryści - komuniści XXI wieku z czerwonymi książeczkami na każdą okazję. Plemiona - nie będąc państwami, nie konkurują ze sobą i żyją we względnej symbiozie. A czuwa nad nimi Wspólny Protokół Ekonomiczny, spis podstawowych praw podporządkowujący wszystko interesom ekonomicznym. To wizja na tyle egzotyczna, by rozruszać nudną i przydługą powieść. Ale problem w tym, że takie zorganizowanie świata przenosiłoby ciężar za utrzymywanie stosunków społecznych na jednostkę. Ile organizowania potrzeba, by ukonstytuować plemię! Ile inicjatywy i kreatywności! Jak wiele interakcji między ludźmi jest wymagane, by enklawy żyły ze sobą w zgodzie - wymieniały się towarami, dobrami i informacjami. Nie wierzę w to, bo nie wierzę w ludzi. Od przyszłości spodziewam się więcej obcości. Coraz bogatszych społeczeństw napędzanych przez wyalienowanych samotników. Coraz większej liczby ułatwiaczy kontaktów. Kolejnych mutacji facebooków, twitterów, komunikatorów i nakładek na życie, dających iluzję bliskości, coraz bardziej izolując. Jak w "Ślepowidzeniu" Petera Wattsa, w którym wygodni bogacze rozmawiają ze sobą już tylko wirtualnie, zamknięci w elektronicznych akwariach. Zwykłe wyjście na piwo postrzegane jest jako niepotrzebne komplikowanie prostych spraw. Istnieje technologia pozwalająca uprawiać seks bez dotykania i emocjonalnego bajzlu. Oraz wirtualne Nieba, które każdy kreuje sobie sam, w realu będąc tylko warzywkiem wpiętym w maszynę. Ten świat nie potrzebuje żadnych protokołów, bo wychodzi z założenia, że każdy sobie panem. Plemiona tracą sens, gdy mamy gdzieś budowanie wspólnoty. To pociągająca ewentualność, wystarczy przełamać podskórną niechęć. "Diamentowy wiek" wrzuca w gąszcz konwenansów i labirynt niechcianych zależności. Ludzie muszą ze sobą rozmawiać, spotykać się, wymieniać płyny, myśli i głupotę. Uzależniać swoje szczęścia od innych - jak nie od miłości to od sukcesu zawodowego, czy pozycji w stadzie. To żadna przyszłość, to smutne "teraz" tylko inaczej ubrane. "Ślepowidzenie" wprawdzie skazuje gatunek na zagładę (rozleniwiona, zatomizowana ludzkość wcześniej czy później po prostu wymrze), ale czyż nie jest to najpiękniejsza z katastrof, jakie możemy wywróżyć? Cicha, spokojna śmierć gatunku, któremu już nie zależy na walce. Ludzie pozostawieni sami sobie, rozgrzeszeni i nieznający wstydu. Istniejący by robić co chcą. Wolni od uczuć, zależności i odruchów społecznych. W błogim zawieszeniu oczekując na koniec. Idealna samotność. Bez melancholii i poczucia winy, pełna spełnionych snów o nas samych. Być może nie jest to najlepsza przyszłość do życia, ale na pewno dobra do umierania.
piątek, 13 kwietnia 2012
Do "Titanica" czuję to samo, co do Gucia - przyjaciela z czasów liceum. Boję się każdego kolejnego spotkania, pewien, że to już nie będzie to samo, bo się postarzeliśmy, zmieniliśmy i jedyne, co potrafimy to niezręcznie milczeć. Ale później na siebie wpadamy i jest zupełnie jak kiedyś: z tymi samymi śmiechami, wspomnieniami i wzruszeniami, i bez żadnej fałszywej emocji. Więc tak jak jakiś czas temu przestałem ukrywać mancrusha do Gucia, tak dziś przestaję ukrywać miłość mą do "Titanica". I publicznie wyznaję oba uczucia. Lektura w 3D* uzmysłowiła mi jednak, że w głębi swojego pełnego pary i lodu serca "Titanic" nie jest filmem o miłości ani morskiej tragedii. Nie jest to nawet film o końcu starego świata, jak sugerowałyby te wszystkie symboliczne sceny z dumnie umierającymi arystokratami. To opowieść o tym, jak pierwsza klasa postrzega trzecią. Vide: jak bogaci widzą biedę. Bo przecież całą historię poznajemy z relacji Rose, która opowiada, to co widziała. A widziała szczęśliwego i wolnego Jacka. Nie miał on wprawdzie grosza przy duszy, ale to dobrze, bo pieniądze tylko nieszczęścia przynoszą, a tak to mógł podróżować na wygranych biletach i rysować w Paryżu. Widziała szczęśliwych nędzarzy, co tańcują pod pokładem, piją za darmo i niczym nie muszą się martwić. Widziała szlachetnych robotników w kotłowni, których godna praca pcha nas ku lepszej przyszłości (w pierwszej scenie) lub ratuje życia (gdy już wszystko się wali). Widziała świat bez zobowiązań, bez zła, uprzedzeń i nienawiści, jakby wyjęty z piosenki Lennona. Świat ubogich, ale kochających się istot, żyjących prosto, ale prawdziwie. Nie ma w tym świecie nikczemników**. Zarezerwowani są dla klasy pierwszej: matka, co zmusza córkę do ożenku, zdradziecki kapitan wpadający w panikę, a przede wszystkim Cal, człowiek tak zły, że znęca się nad wybawcą swej ukochanej (!), bije kobiety, gdy odmawiają mu seksu (!!), wrabia niewinnych w kradzieże diamentów (!!!), wykorzystuje dzieci by ratować siebie (!!!!), a po tonącym okręcie biega z pistoletem, bo za mało mu trupów (!!!!!). W pięknym świecie trzeciej klasy nie ma też prawdziwych problemów. Bo niby czym mają się martwić skoro nie mają pieniędzy? Co innego Rose - ona, uwięziona pośród obrazów Picassa, czuje egzystencjalny ciężar wielkich diamentów. Ale pierwsza klasa to nie stan portfela, to stan umysłu. Więc Rose pozostała rozpieszczoną córką arystokracji, nawet gdy nauczyła się pluć (ach te rozrywki prostaczków!). Bo tylko ktoś taki może w przypływie melancholii utopić diament wielkości skulonego dziecka umierającego z głodu.
* "Titanic" wygląda w 3D słusznie, tak jak Gucio słusznie wygląda w realu ** Daniel Plainview uczy nas, że otchłań czyha czasem i w człowieku pracy
środa, 04 kwietnia 2012
Czego uczą nas "Scrubs" i "Przyjaciele"? Oczywiście tego, że w twoim towarzystwie zawsze znajdzie się przynajmniej jedna (w moim, kurwa, kilka), nieprzyzwoicie szczęśliwa para, która będzie cię do końca życia obrzygiwać swoim szczęściem, nie zdając sobie sprawy, że zawsze gdy na nią patrzysz przypominasz sobie, jak żałosną pomyłką okrutnego boga jest twoje życie. Ale ja nie o tym. Ja o tej drugiej lekcji. Mówiącej, że bolesne rozstania prowadzą do przyjaźni i szczęśliwego zakończenia. To status zarówno Rossa i Rachel, jak i JD i Elliot. Że będą razem to oczywiste jak zaparcie po McDonaldzie i brak talentu braci Karnowskich. Wiesz to od pierwszego odcinka, oraz to, że gdzieś po drodze się rozejdą, żeby było dramatyczniej. Wszak Rachel jest bogatą, rozpieszczoną psychopatką, a JD niepewnym i zagubionym przygłupem. Mimo to, w pięknym świecie seriali telewizyjnych pary, które się skrzywdziły, potrafią się przyjaźnić, rozmawiać ze sobą, obcować, z czasem przekonywać do siebie, a w końcu zejść i odbudować tę miłość. Tylko, że nie. Smutną prawdę przypomina "(500) Days of Summer" - najgenialniejsza komedia romantyczna od czasów "Love Actually", a także film, który powinieneś oglądać za każdym razem, gdy pomyślisz "awww" (więc obejrzałem po finale 8 sezonu "Scrubs"). Przyjaźń i miłość to nie są pokrewne uczucia. Nie następują po sobie, tak jak akceptacja nie przychodzi po masturbacji. Tom nie będzie przyjacielem Summer nie dlatego, że czuje wobec niej jakąś szczególną nienawiść (jeżeli już, to wobec siebie), ale dlatego, że złamane serce ma swój ciężar i swoje konsekwencje. Pewnie Summer, masz prawo być egoistką i odrzucić Toma, to twoje życie, bądź szczęśliwa z kim chcesz i nie przejmuj się, że grubas poświęcił dla ciebie wszystkie myśli, zaplanował przyszłość, nazwał już wyimaginowane dzieci, a nawet olał studia doktoranckie, by mieć więcej czasu na twoje fochy! Ale nie spodziewaj się, że usłyszysz "carry on". Jedyne na co możesz liczyć, to depresyjna rozmowa na ławce w parku i życzenia szczęścia. Szczere, ale ociekające żalem, rozczarowaniem i nadziejami. Gdyby "Scrubs" i "Przyjaciele" były bardziej realistyczne, Elliot już nigdy nie zaufałaby JD, a Ross po prostu machnąłby ręką (serio stary, ona nie jest nawet ładna!). Skończyłoby się na kilku nieszczerych esemesach, samotnych popijawach z przyjaciółmi, wieczorach spędzonych na kasowaniu maili i oddawaniu pożyczonych książek. A później wszystko by umarło - powoli i w ciszy, tak jak w Polsce kiedyś umarło lato i nikt już nawet nie pamięta, że w latach 90. jeszcze je miewaliśmy. Tak jak kiedyś umrze SLD... | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||