Ostatnie notki
Zakładki:
Moje najlepsze wpisy:
Napisz do mnie
Rybia twórczość pozablogowa:
Strony
Tagi
|
piątek, 29 stycznia 2010
Projekt „Tydzień z bloxem” nabiera rozpędu. Dlatego zaraz po spotkaniu z Najprawdopodobniej Najpiękniejszą Kobietą Na Świecie zacząłem katować się „Gamerem” - filmem tak złym, że gdyby nie jego rozkosznie hollywoodzka długość (cudownie neutralne 90 minut), najprawdopodobniej nie dotrwałbym do końca. Z tego, co się zorientowałem z trailera, zrobionego pod muzykę Merlina Mansona, film miał opierać się na trzech filarach - przemocy, aktorach (Butler i Hall) i nawiązaniach do gier komputerowych. I tylko jeden z nich daje radę.
Jest krwawo. I pisząc krwawo mam na myśli naprawdę krwawo. Flaki walają się po arenach, ludzie wyrywają sobie wnętrzności, ujęcia z pourywanymi głowami i poodcinanymi kończynami to tu norma, a końcowe starcie opiera się na poskręcanych karkach, połamanych kościach i brzuchu rozprutym na oczach dziecka. Sweet. Szkoda tylko, że to kolejny film z Gerardem Butlerem, w którym przemoc bardziej kojarzy mi się z jakimś porno dla niedorozwiniętych umysłowo nastolatków, co to nie potrafią walić gruchy przy nagich laskach. Posoka leje się litrami, czaszki rozbryzgują się na potęgę, a kamerę trzeba czyścić, co dwie minuty - bo wciąż ktoś koło niej się rozchlapuje. Sensu nie ma to żadnego i tylko czasem wygląda ładnie. Zazwyczaj jest mocno obrzydliwie i, jak na kino rozrywkowe, zaskakująco odstraszająco. Stylistycznie bliżej „Gamerowi” do slasherów niż kina akcji. Odstraszyło mnie to od „300”, odstrasza i od tego potworka. Bym był wstrząśnięty nie potrzebuję pełnego zbliżenia na wybuchającą głowę. By rozbudzić moje sumienie nie trzeba mnie molestować zdjęciami walających się po podłodze jelit. Nie należę do delikatnych kolesi od gry wstępnej, ale są widoki, przed którymi się bronię i pokazywanie ich w filmie musi być mocno uzasadnione (bywa uzasadnione w kinie wojennym). „Gamer” mnie zgwałcił, obrzydził i obraził. Nie zamierzam pisać o nim dobrze, bo trailer z Mansonem zachęci następną dziwkę i będzie, że nie ostrzegałem.
Mocno się podniecano kinową rolą Michaela C. Halla znanego z niezłego, choć przereklamowanego „Dextera” i bardzo dobrych, choć dla mnie nieco zbyt rozwleczonych „Sześciu stóp pod ziemią”. Hall gra tu konkretnego psychopatę, pojeba zakochanego w tańcu elektro i piosenkach Franka Sinatry, któremu wieczorami marzy się opanowanie świata, a na śniadanie porywa małe dziewczynki. I jest to postać tak karykaturalna, mało prawdopodobna i źle napisana, że gówno mnie obchodzi, że zagrał ją dobry aktor. Co z tego, że potrafi grać, skoro nie potrafi czytać scenariuszy i bierze takie badziewne role? Wstyd, skandal i poruta.
Ciut lepiej poradził sobie Butler, ale jego aktorstwo raz jeszcze opiera się na zaciskaniu szczęki, mamrotaniu pod nosem jakiś przekleństw i wyglądaniu groźnie, więc w zasadzie ciężko powiedzieć, że gra cokolwiek. Ale tak, na tle Halla, obrzydliwego i gorylowatego Terry’ego Crewsa i bardzo nieporadnego Johna Leguizamo (fuck, a już go lubiłem) Butler jakoś sobie radzi. Inna sprawa, że facet występuje teraz w tylu filmach, że mógłby się nauczyć czegoś więcej niż groźnego szczerzenia zębów i zawadiackiego uśmiechu. Dla kogo jest ten film? Teraz już wiem, że dla nikogo, ale wcześniej wydawało mi się, ze dla graczy. Ludzi, którzy, nieco upraszczając, (a jest już po północy i nie chce mi się przeprowadzać socjologicznej analizy) lubią historie niespecjalnie wymagających fabularnie, ale efektowne i emocjonalnie angażujące. Nie lubią natomiast historii, które gry sprowadzają do najprostszych, najbardziej krzywdzących stereotypów o powszechnym zamiłowaniu do seksu i przemocy. Nie lubią, gdy postacie graczy przedstawiane są jako niewiarygodnie otyli zboczeńcy, masturbujący się pod mordowanie. Nie lubią, gdy nikt nie zadaje pytań o sens i moralne aspekty gry, w której w zasadzie chodzi o rozwalanie prawdziwych ludzi. I to nie tylko tych skazanych na czapę. Są przecież też białe kitle - ludzie niemal niewinni, mordowani na potęgę zupełnie bez sensu.
Można by pisać jeszcze trochę. O drętwych dialogach wyluzowanego Ludacrisa. O nieprzekonującej przemianie Kyry Sedgwick. O bezsensownych porno wstawkach (takiego prawdziwego, z gołymi laskami). O idiotycznym zakończeniu. O fabularnych bezsensach. Ale kurna. Po prostu mi się nie chcę. To ścierwo na to nie zasługuje.
Jednym zdaniem: idiotyczna orgia przemocy obrażająca graczy i widzów.
czwartek, 28 stycznia 2010
Wes Anderson to taki reżyser, co to właściwie nie powinien tworzyć w Hollywood. Bardziej pasuje do europejskiego podwórka, gdzie nikt by go nie doceniał, bo jego filmy da się oglądać, mają swój styl, a on zna się na rzemieślniczej robocie i żaden mikrofon mu w kadr nie włazi (nawet gdy robi kino animowane). Ale fakt, że istnieje koleś, robiący smutno-śmieszne filmy, w których humor wymaga od widza nieco intelektualnego zaangażowania, nikt się nie pierdoli na stole, wszystkie przekleństwa są powycinane, a postacie dużo więcej mówią niż się zabijają sprawia, że żywię nawet pewną nadzieję, co do inteligencji hollywoodzkich producentów. I jeżeli jeszcze się nie zorientowaliście (a to możliwe, bo ostatnio zorientowałem się, że mojego bloga odwiedza całkiem dużo kobiet) to tak - „The Fantastic Mr Fox” podobał mi się bardzo i uważam, że to kawał dobrego filmu jest. Nie poziom „Genialnego klanu”, ale wciąż ekstraklasa.
Mrs. Fox: This story's too predictable. Mr. Fox: Predictable? Really? Then, how does it end? Mrs. Fox: In the end, we all die. Unless you change.
Żeby była jasność. Film ten niewiele się różni od innych filmów Andersona, które widziałem (a widziałem dwa - „Rushmore”, który podobał mi się bardzo i „Genialny klan”, który uważam za przewykurwisty). Znów jest powoli, kontemplacyjnie, przegadanie i mocno ironicznie. Znów jest sporo o życiowym niezrealizowaniu, poszukiwaniu siebie, rodzinnych rozczarowaniach i kryzysie wieku średniego. I znów kończy się w sumie bardzo pozytywnie, co mnie w zasadzie najbardziej w filmach Andersona drażni. To samo uczucie mam, gdy po dobrej pyskówce adwersarz przeprasza - no sory, ja nie po to cię gnoiłem, żebym teraz uważał, że równy z ciebie gość!
Mrs. Fox: [to Mr. Fox] I love you, but I should have never married you.
To co mnie się najbardziej podoba u Andersona to sposób w jaki postrzega rodzinę. Damn! Jakby był w moim domu. Olewający swojego syna Mr Fox to wypisz wymaluj typowy ojciec przedstawicieli mojego pokolenia. Spoko gość, który zawsze oczekuje od ciebie nieco więcej niż jesteś w stanie mu dać. Człowiek, który bezrefleksyjnie potrafi powiedzieć „szkoda, że twój najlepszy kolega nie jest moim synem, tak dobrze się z nim dogaduje”, robi świetne wrażenie na wszystkich dokoła nawet tedy, gdy jesteś z nim pokłócony (szczególnie wtedy!) i którego nie da się nienawidzić, bo gdy tylko zorientuje się, że przegiął, zachowuje się jak najporządniejszy, najukochańszy ojciec na świecie i choć bardzo nie chcesz, to jesteś z niego dumny. Wiecznie rozczarowana matka czująca, że coś jest mocno nie tak, ale nie potrafiąca podjąć radykalnych działań, bo przecież to jej rodzina. No i niezrealizowane dzieci żyjące w cieniu rodzicielskich marzeń. Kurwa…
Ash: I can fight my own fights. Kristofferson: [turns to Ash] No you can't...
Mały Ash to oczywiście ja, choć ja chyba nie byłem nigdy taki wściekły na wszystkich - raczej przejawiam tendencję do podlizywania się ludziom, bo lubię być lubiany. Ash jest wściekły, smutny i kurewsko chce by jego ojciec go docenił. Odnajduję się też w panu Oposie, którego największym życiowym problemem jest całkowita przeciętność jego osoby. Nawet gdy przychodzi do wymyślania mocy specjalnej i łacińskiej ksywy, okazuje się, że najlepszy Opos jest w byciu normalnym, a Rzymianie o nim nie pomyśleli nadając zwierzętom imiona. Ale mówiąc szczerze trochę prawdy jest w każdym z tych bohaterów. To cholernie dobrze skonstruowane postacie i ja właśnie takich postaci oczekuje od filmów obyczajowych. Postaci, w które wierzysz bez zastrzeżeń, bo znajdujesz w nich siebie, swoich bliskich i wszystkich, których nienawidzisz.
Borsuk: In summation, I think you just got to not do it, man. That's all. Mr. Fox: I understand what you're saying, and your comments are valuable, but I'm gonna ignore your advice.
Zresztą, to że doskonale czuję bohaterów Andersona jest trochę smutne. To po prostu normalni ludzie (zwierzęta) wychowani w kulcie wyjątkowości. Nauczeni, że tylko specjalni, wspaniali mają prawo do szczęścia i tylko na takich warto zwrócić uwagę. Wszyscy więc bardzo starają się być wyjątkowi nawet gdy nie bardzo im to wychodzi (Ash), nie bardzo mają predyspozycje (Opos), ich wyjątkowość wszystkim działa na nerwy (Kristofferson) lub sprowadzają na okolicę same kłopoty (Mr Fox). Filmy Andersona to taki smutna oda do przeciętności, mówiąca, że pewnie, każdy może być wyjątkowy, ale i tak naprawdę sobą będziesz nie podczas tych rzadkich, niezwykłych chwil gdy spotykasz wilka (jedna z najzajebistszych scen jakie widziałem od miesięcy), a wtedy gdy tęskniąc do tego jebanego wilka będziesz przeklinał siebie, swoją przeciętną pracę, całkiem zwyczajną rodzinę i ułożone życie, którego nie cierpisz.
Mr. Fox: Redemption? Sure. But in the end, he's just another dead rat in a garbage pail behind a Chinese restaurant.
Gdybyście jeszcze się nie zorientowali (a, jak już wspominałem, wcale bym się nie zdziwił, że jesteś kobietą) film może się poszczycić rewelacyjnie napisanymi dialogami. Słuchając tych wszystkich gwiazd, które podkładają tu głosy (Meryl Streep, George Clooney, Jason Schwartzman, stworzony do tego filmu Bill Murray, absolutnie genialny Willem Dafoe i uwielbiany przez Andersona Owen „Nieudana Próba Samobójcza” Wilson) w zasadzie w ogóle nie zwracasz uwagi na to, że to gwiazdy. Po prostu zachwycasz się tymi wszystkimi doskonałymi, ironicznymi, dowcipnymi tekstami. Serio - może film mnie nie urzekł całkowicie, wciąż drażni mnie zbyt podręcznikowy happy end, ale lecą w nim przednie teksty.
Mr. Fox: That was pure wild animal craziness.
A jak to wszystko wygląda? Porządnie. Okazuje się, że nie potrzeba gigantycznego budżetu i komputerów z NASA by zrobić w dzisiejszych czasach porządną animację. Że czarodzieje z Pixaru mogą sobie wsadzić swój chujowy, efekciarski, przekombinowany „Odlot” głęboko w dupę. Wystarczy mieć nieco gustu i całość bardzo porządnie wystylizować. Mnie kolorystyka „The Fantastic Mr Fox” najbardziej kojarzy się ze starymi fotografiami i taką jesienią, co to nigdy jej nie ma, ale wszyscy o niej gadają. Dosyć sentymentalnie znaczy się. Fajosko wykorzystana jest konwencja dwóch wymiarów (film z rzadka przechodzi w trzy), zwierzaki wyglądają bardzo tak, jak powinny wyglądać biorąc pod uwagę charakter ich postaci, a muzyka, jak zazwyczaj u Andersona, wymiata. W bardzo sentymentalno-melancholijny sposób wymiata znaczy się. Mr. Fox: Why a fox? Why not a horse, or a beetle, or a bald eagle? I'm saying this more as, like, existentialism, you know? Who am I? And how can a fox ever be happy without, you'll forgive the expression, a chicken in its teeth? Kylie: I don't know what you're talking about, but it sounds illegal.
I szkoda tylko, że, jak już wcześniej wspomniałem, filmowi brak pazura, ostatniego pociągnięcia. Czegoś, co miał „Genialny klan” i jego depresyjna scena próby samobójstwa. Jakiegoś dotknięcia smutnego geniuszu. Zakończenia, po którym powiedziałbym, że tak właśnie powinno być, bo tak się kończą takie historie. Niestety, Anderson się zawahał. Może celuje w Oskary, a Akademia lubi piękne historie. Może przerosła go nieco obsada. A może po prostu ta historia miała się kończyć ładnie i pięknie, bo inaczej byłoby nieco zbyt prawdziwie? Ja w każdym razie, po szczęśliwym i oczywistym happy endzie poczułem się oszukany, jakbym się kochał dwie godziny i nie doszedł. A to nie jest fajne uczucie. Zaufajcie mi. Żem się rozpisał…
Jednym zdaniem: cholernie dobry film, który powinien być jeszcze lepszy, a nie jest.
Tym razem dwie jutubki. Zwiastunik i scena z "Genialnego klanu" - genialna.
środa, 27 stycznia 2010
Byłe dziewczyny to specjalny gatunek kobiet. Objęty specjalnymi prawami. Tak jak siostry, laski kolegów czy koleżanki z dzieciństwa, którym kiedyś namiętnie pokazywaliśmy penisy, a dziś traktujemy je jak aseksualne istoty z innej planety. Pewnych rzeczy po prostu nie powinny robić. Nie powinny być szczęśliwe. Śmiać się i radować, gdy nie ma ciebie w pobliżu i to nie ty jesteś owego śmiechu i radości powodem. Powinny raczej zdawać sobie sprawę, z tego jak wiele straciły wraz z twoim odejściem. Dochodzić do tej konkluzji wciąż i wciąż, każdego dnia. Ta myśl powinna wpędzać je w nieustającą depresję, bezbrzeżny smutek, powinna odbierać ich życiom sens i sprawiać, że czują się puste i zagubione. Byłe dziewczyny powinny wciąż tęsknić, tęsknotą tą wypełniając swoje jestestwo. Powinny wspominać ciebie i dni z tobą i marzyć o tym, byście jeszcze do siebie wrócili. Byłe dziewczyny powinny być zawsze na ten powrót gotowe, ale bez przesady - muszą też rozumieć twoją potrzebę niezależności i czasem się udostępniać bez uczuciowego zaangażowania, jedynie by raz jeszcze poczuć cię w sobie, tak bardzo za tym tęskniły. Byłe dziewczyny powinny narzekać na swoich obecnych chłopaków, bo to pizdy i cioty, i żaden z nich nie jest tobą. Powinny opowiadać o ich łóżkowej nieporadności z sentymentem wspominając wielokrotne orgazmy przeżyte z tobą. Powinny też często ich zdradzać, najchętniej z tobą, bo tylko ty potrafiłeś sprawić, że drżały. Oczywistym jest, że mężczyzna dożywotnio dzierży prawo do serca i łóżka swojej byłej dziewczyny. Raz naznaczywszy ją swoją osobą sprawia, że zawsze już należy do niego. Żądam bezwarunkowego prawa własności do wszystkich mych eks. Mówiłem im wszystko, co chciały usłyszeć. Śmiałem się z ich nieśmiesznych dowcipów. Nie wybrzydzałem, gdy nie chciały połykać. Udawałem, że interesuje mnie życie przede mną. Ba, czasami nawet udawałem, że słucham! W nocy nie odpychałem ich, gdy się przytulały, choć (piekło tak!) uważam, że mój sen też jest nieco ważny. Pozwalałem im przebywać ze swoją zajebistą osobą, przez co same też były nieco zajebiste. Moje nasienie spływało po ich nagich ciałach. Godzinami udawałem gadu-gadowe zainteresowanie wysyłając wszystkie uśmieszki, cmoki, przytule i podtrzymujące rozmowę „Mhm”. Kłamałem, że kocham. Chyba nie proszę o wiele?!
wtorek, 26 stycznia 2010
Najprawdopodobniej istnieją na świecie ludzie, którym nie podoba się „Król Lew”.
Tak, znajdzie się miejsce dla każdej perwersji. Jeżeli jednak nie jesteś idiotą, fanatycznym wyznawcą filmów aktorskich lub hieną, musisz przyznać, że ten film to pieprzone arcydzieło. W świecie arcydzieł pozbawionym, to jedno z ostatnich wielkich osiągnięć kina. Pomnik klasycznej, rysunkowej animacji. Ostatni bezapelacyjnie wielki film z legendarnej wytwórni Walta Disneya. Jeden z tych filmów, które oglądasz wiedząc, że wszystkie kolejne będzie odwoływał właśnie do niego. To opowieść iście szekspirowska, zresztą w bardzo szekspirowski sposób się rozpoczynająca. Od monologu o marności życia Skazy upozowanego na Hamleta wygłaszającego swój słynny monolog do czaszki.
W szekspirowski sposób rozgrywająca rodzinną tragedię dziejącą się pomiędzy Mufasą i Skazą - było, nie było braćmi, którzy stają po różnych stronach barykady. Podejmująca wszystkie najważniejsze szekspirowskie tematy. To przecież wielka rozprawa o władzy i odpowiedzialność. O tym, że nie można uciekać przed powinnością, gdyż znajdzie nas ona nawet na końcu świata i jeżeli się od niej odwrócimy nasze życia nie będą nic warte. Powracający na Lwią Skałę Simba to nie tylko jeden z najpiękniejszych filmowych widoków wszech czasów. To także piękna ilustracja tego, że obojętne jak trudne jest nasze życie zawsze musimy robić to, co należy. Bo tylko tak możemy być porządni. Jest nawet odwołanie do faszyzmu!
To też film o umieraniu. O godzeniu się ze śmiercią najbliższych. I choć to film dla dzieci, to jeden z niewielu obrazów, który nie wciska pierdół o niebie, życiu wiecznym i innych takich. Umarli odchodzą, ich cząstka pozostaje tylko w nas, a pogodzenie się z tą myślą może zająć bardzo długo (Simbie zajęło co najmniej kilka lat) i zawsze będzie boleć. Można z tego wyciągnąć naukę, ale nie przestanie boleć. To po prostu kurewsko wielki film. Pięknie narysowany. Wspaniale zanimowany. Wizjonersko rozegrany. Godzący ze sobą dwie skrajnie różne filozofie życiowe - beztroskę epikureizmu z conradowskim poczuciem powinności. Mufasa mówiący do Simby, że się na nim zawiódł nie dość, że przypomina mojego ojca tylko ma więcej włosów, to jeszcze mówi prawdę. Koniec końców, najgorsze co możemy zrobić to rozczarować tych, na których nam najbardziej zależy. No i te piosenki. Proste (ba, nawet prostackie), sentymentalne, popowo-ludowe ballady o miłości, śmierci i odwiecznym porządku. Jedna z nich zaśpiewana przez geja, reszta skomponowana do pompatycznych aranżacji Hansa Zimmera zafascynowanego porykiwaniami czarnych szamanów. Ale jak one brzmią! Jak ich się słucha! A skoro już o szamanach mowa, to chyba jedyny film w historii dziejów, który sprzedaje te szamanistyczne, new age’owe gówno o kole życia, entropii i porządku istnienia, tak, że nie chce mi się rzygać. Fakt, wciąż słysząc o tym, że my zjadamy antylopy, a one w zamian wpieralają trawę z naszych grobów, robię małe „co jest kurwa, znaczy, że naprawdę śmierć przerażonej, upolowanej antylopy, jest tyle samo warta co dostojne odejście starego lwa”, ale przynajmniej nie zastanawiam się nad tym za długo.
Ja oczywiście osobiście odnajduję się w postaci Pumby. Odrzuconego grubasa, który schronił się za maską błazna i filozofią nie przejmowania się niczym. Swoją drogą tragiczny rys w postaciach Timona i Pumby to też geniusz. Przecież to typowe postacie komiczne, ta dwójka dowcipasów, co to zawsze chodzą przy głównym bohaterze. A tutaj taka tragedia (jaki dramat stoi za Timonem pierwszy film tylko sugeruje, wszystko tłumaczy bardzo dobra trójka). I choć trudno mi uwierzyć, że są osoby, które nie lubią Króla Lwa, nigdy nie uwierzę, że stąpa po ziemi człowiek, który nigdy nie popłakał się po śmierci Mufasy.
Jednym zdaniem: Najlepszy film w historii kina.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Żeby było jasne, napiszę to od razu na początku. Prosty komunikat, który powinniście zrozumieć, nawet jeżeli czytacie czasem Internet, Wirtualną Polskę, Gazetę Wyborczą lub Motyw Drogi. „Sherlock Holmes” to piekielnie dobry film. Ale cholernie dużo rzeczy mi się w nim nie podobało. Przede wszystkim protestuję przeciwko nazywaniu Sherlocka Holmesa Sherlockiem Holmesem, bo to nie żaden Holmes, tylko najzwyklejsza podróba z ruskiego rynku. Taki z niego Sherlock, jak z Bruce’a Willisa był John McClane w „Żyj wolny albo szklana pułapka”. To, że nazwiesz bohatera Sherlockiem (McClane’em) nie oznacza jeszcze, że będzie on Sherlockiem (McClane’em). Ba! To, że zagra go genialny aktor, też nie znaczy, że to od razu Sherlock. Nawet jeżeli gra tę rolę czwarty raz. Sherlock w wykonaniu Downeya Juniora (wybornego, acz nieco szarżującego, a ja za szarżowaniem nie przepadam) to doktor House skrzyżowany z Robertem Langdonem. Z lekką domieszką krwi speców z CSI. Daleko mu do genialnego detektywa, mistrza dedukcji, wyrafinowanego angielskiego dżentelmena z odchyłami. To raczej złośliwy dowcipniś, który sypie z rękawa one-linerami niczym drobnymi, a my cieszymy się, jak ślepi żebracy na dźwięk monet uderzających o bruk. Fakt, Holmes w książkach Conan Doyle’a wcale nie był święty. Lubił narkotyki, napierdalał jak potłuczony na skrzypcach i bywał naprawdę nieprzyjemny, ale to wciąż nie to samo. Downey jest ze swoim Holmesem zbyt wulgarny, za bardzo błyskotliwy, zbyt chętnie napierdala się po piwnicach na gołe klaty. Zbyt wiele w nim chamstwa, niskich dowcipasów i zwyczajnego, wulgarnego cynizmu. Jego Holmes jest fatalnie wychowany i złośliwy do bólu (wręcz okrutny). Zmysł obserwacji wykorzystuje głównie by dopiekać innym i udowadniać im, jacy z nich idioci. Wzrok ma sokoli niczym Gil Grissom. Potrafi dostrzec najdrobniejsze szczegóły w ciągu kilku sekund obserwacji i oczywiście, jak zawsze spostrzega wszystko, co wcześniej przegapiła cała banda amatorów zatrudnionych w londyńskiej policji. Więcej! W scenie w restauracji wyraźnie sugeruje się, że jakiś z niego Jason Bourne, który ma nawyk obserwowania wszystkich i wyciągania daleko idących wniosków. Z wielkim zapamiętaniem analizuje też masońskie symbole i nawet angażuje się w malowanie pentagramów i krzyży na mapie Londynu (pozdrawiamy Alana Moore’a). No i współpraca Sherlocka z policją jest bardzo Monkowa, ale w tym przypadku nie będę się przypierdalał, bo nie wiem czy inspiracja nie była raczej odwrotna. Co, jak podkreślę raz jeszcze, gdyby do tego momentu dotrwali jacyś czytelnicy „Dziennika Gazety Prawnej”, nie oznacza wcale, że to zły film jest. To po prostu nie jest film o Holmesie. Nie podoba mi się też homoerotyczny charakter związku pomiędzy Holmesem i Watsonem. Pewnie, zabawne to, wzruszające, a czasami nawet niezwykle komiczne, ale znów mało takie Holmesowskie. W zasadzie wszystkie piękne panie z tła (ze szczególnie piękną Rachel McAdams, która mogłaby się rozebrać, gdyż pasowałoby to do rozbrykanego nastroju filmu) są jedynie figurkami, których równie dobrze mogłoby nie być. Chemia między Holmesem i Watsonem zupełnie je przesłania. Fajna chemia, dobra chemia, świetnie rozegrana chemia, ale zupełnie nieholmesowska chemia. Nie odpowiada mi też, że w zasadzie wszystkie elementy nowego filmu Guya Ritchiego widzieliśmy już wcześniej w poprzednich filmach Guya Ritchiego. Jest bardzo londyńsko, jest dziwaczny, ale rozkoszny pies z „Przekrętu”, stamtąd też walki bokserskie, mieszkanie Sherlocka to wypisz wymaluj mieszkanie tytułowego gościa z „Rock’n’Rolla”, scena odjazdu na haju zapożyczona została z fatalnego „Revolvera”, wielki zły koleś, którego nie można zabić to skrzyżowanie Bollet-Tooth Tony’ego z Borisem The Blade („Przekręt”), a cały film jest tak przesiąknięty wszystkimi wcześniejszymi obrazami Ritchiego, że czułem się trochę jakbym spał z własną siostrą - niby super zabawa, ale wszystkie te akcje są zbyt oczywiste.
Jednym zdaniem: doskonale zrealizowane, idealnie skrojone widowisko, którego głównym bohaterem jest koleś podający się za Holmesa. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||