statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Tomek czyta Wiedźmina, odcinek 2 - "Granice możliwości"

Rozczarowany "Mniejszym złem" pognałem do "Miecza przeznaczenia", bo przecież to już prawie początek sagi - sugerowane są wątki, pojawiają się postaci, ogólnie we wspomnieniach mych jakoś tak mi się drugi tom opowiadań jawił, jako wstęp do wielkiego nilfgaardzkiego pierdolnięcia.

Tymczasem jednak "Granice możliwości" nie mają jeszcze wiele wspólnego z tym, co się później będzie działo. Ot, taka tam historyjka o złotym smoku, co nie za bardzo ma sens. Sapkowski nie miał chyba jeszcze pomysłu na postacie, bo np. z Yennefer zrobił po prostu głupią jędzę, gotową zabić rzadkie, myślące stworzenie, by naprawić sobie macicę. Upartą do tego stopnia, że nie jest gotowa wybaczyć Geraltowi nawet wisząc nad przepaścią, uczepiona jego paska. A Yarpen Zigrin - stający się później postacią dość sympatyczną i heroiczną - tutaj jest zwykłym skurwysynem. I to takim śliskim, co to sugeruje gwałty i morderstwa, a jak przychodzi do bitki ze smokiem, to po prostu ucieka.

yarpen_zigrin_card

Sam Geralt jak zwykle miota się pomiędzy zaangażowaniem, a obojętnością. Powieka mu nawet nie mruga, gdy egzotyczna zabójczyni odcina głowę nieco zbyt porywczemu (ale przecież dla takich kozaków - niegroźnemu) wieśniakowi. Ale, gdy przychodzi do rozmów o smoku, to nagle wielki z niego pacyfista - ba, koniec końców nawet aktywnie występuje w jego obronie, rzucając się na, było nie było, kolegów po fachu.

Najfajniejszym momentem opowiadania jest scena na łące przy posterunku. Jaskier jest w niej Jaskrem i zabawnie opowiada o szewczyku Dratewce, Geraltowi przez kilka stron udaje się nie strzelić emo, a gwiazdą drugiego planu zostaje dziesiętnik na oczach czytelnika awansujący na setnika i "wielmożnego pana". Równie udanie wychodzi pojedynek pomiędzy rycerzem (którego wszyscy zapamiętaliśmy jako Stępnia z 13. posterunku, a nie Paździocha idioto!) a smokiem. Ale nie ze względu na samą walkę, ale z powodu Yarpena, walącego naprawdę dowcipny monolog. Nawet chichnąłem i na głos przeczytałem lubej mej. Nieźle wypada też młodziutki król, który mówi mało, więc nie gada głupot. A gdy w końcu mówi, to mądrze. Najgorszym momentem jest niestety to nieszczęsne wiszenie na skale - nie tylko dlatego, że to punkt kulminacyjny słabego wątku miłosnego, ale i dlatego, że to zapowiedź, że ten słaby wątek miłosny będzie się w przyszłości rozwijał i komplikował.

Nie byłoby to opowiadanie o Geralcie z Jebaklandii, gdyby nie było w nim beztroskiego bara-bara ku uciesze gawiedzi. I, oczywiście, jest. Z egzotycznymi wojowniczkami chroniącymi Borcha Trzy Kawki, co to oczywiście oh, jakie są ciekawe czy wiedźminowi staje i czy dobrze se w alkowie radzi (tak, radzi sobie doskonale, o czym informuje nas Borch - co jest nieco dwuznaczne).

To jest niestety także ten moment, gdy zaczyna mnie mocno uwierać zamiłowanie Sapkowskiego do cytowania tytułu w opowiadaniu. O ile jeszcze w "Mniejszym złu" miało to sens, to tutaj bohaterowie szastają tą "granicą możliwości" na lewo i prawo, wbrew logice i stylistyce. Nieco się lękam, bo wiem, że najgorzej będzie w "Czasie pogardy" - no ale na razie mój plan przewiduje tylko opowiadania, więc może do tych wszystkich "czasów pogardy, zniszczenia, pogardy, samotności, pogardy i ognia" nie dotrę.

Ilustracja tej notki może być oczywiście tylko jedna - o ile jeszcze twórcom serialu można wybaczyć samego smoka (uchodzącego wtedy za szczytowe osiągnięcie polskiego CGI), to już nie da się wybaczyć, że zabijają jedną z lepszych scen opowiadania, psując pojedynek błędnego rycerza ze smokiem tak, że naprawdę bardziej się nie dało.

niedziela, 26 lipca 2015, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: