statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Żegnaj, Terry

Nie wiem, czy Terry Pratchett ukształtował mnie takiego, jakim jestem. Wiem, że ze wszystkich pisarzy, którzy przewinęli się przez moje życie, to jego książek przeczytałem najwięcej.

***

Długo kochałem go bezwarunkowo, jak przystało na nastolatka. Nie rozumiejąc jeszcze do końca "Równoumagicznienia" czy "Trzech wiedźm", zagłębiałem się w Świat Dysku z naiwnością dzieciaka wychowanego na DragonLance, odkrywającego, że fantastyka mieści w sobie coś więcej niż półnagie torsy, dwuręczne miecze i pradawne smoki. Dopiero na studiach dostrzegłem, że za żółwiem, słoniami, magami i świetnym humorem kryją się kunsztowny język i mądra myśl.

Przesadziłbym pisząc, że to dzięki Pratchettowi stałem się lewakiem, ale z pewnością otworzył me oczy na kilka tematów. Jego Rincewind uświadomił mi, że nawet męscy bohaterowie heroicznego fantasy bywają egocentrycznymi idiotami. Straż Miejska nauczyła szacunku do instytucji państwa i przypomniała, że czasem za idiotycznymi prawami i upierdliwymi procedurami stoi troska o zwykłego obywatela. Babcia Weatherwax nie tylko dała wykład z Szekspira, ale i nauczyła doceniać surowy hart ducha - i pamiętać, o suchych, starszych paniach, na których barkach nasz świat opiera się w tym samym stopniu, co Świat Dysku na czterech słoniach.

Jednak najbardziej udaną postacią Pratchetta była niedoceniana dziewczyna z Kredy - Tiffany Obolała. Książki o niej przyszły do mnie w idealnym momencie. Akurat, gdy dorosłem na tyle, że zdałem sobie sprawę, iż twórczość Pratchetta to jednak literatura dla nastolatków i akurat, gdy wykształciłem się wystarczająco, by przyznać się przed sobą samym, że wcale mi to nie przeszkadza.

Tiffany to jedna z najpiękniejszych postaci współczesnej literatury. Pospolita, nieładna dziewczyna, która nie radzi sobie zbyt dobrze z magią. Nie tak zgrabna, jak ładniejsze koleżanki. Nie tak utalentowana, jak koledzy magowie. Nie tak twarda jak legendarna Babcia Weatherwax. Ale dzielniejsza niż oni wszyscy. Czerpiąca siłę właśnie ze zwyczajności. Z poczucia godności, zrozumienia dla innych i zwykłej empatii. Jej misja nie polega na ratowaniu świata, a heroizm ogranicza się do prostych, ludzkich aktów miłosierdzia. Wobec 13-latki, która poroniła i pijanego ojca, który ją skatował. Wobec zagubionego dziecka i zbyt dumnej księżniczki.

Gdy przeczytałem już kilka książek, dostrzegłem w Tiffany fatalistyczne poczucie konieczności z książek Josepha Conrada, "Innego Świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy wierszy Herberta. To właśnie Pratchett, a nie oni, nauczył mnie, by ponad krzykaczy z wielką wizją składających obietnice bez pokrycia, przedkładać mrówczą pracę anonimowych społeczników. A zachwyt nad Tiffany obolałą pchnął mnie w objęcia platonicznej miłości do Janiny Ochojskiej.

***

Czasem się z nim nie zgadzałem. Jak chociażby czytając książki o finansjerze. Nie rozumiałem skąd w nim ten zachwyt nad pieniężną szarlatanerią. W typach pokroju Moista von Lipwiga dostrzegam więcej zagrożeń niż szans, zaś ich krasomówcze popisy i tabelkowe czary mary, kataloguje jako zwykłe oszustwa.

Czasem mnie wkurzał. Wychwalając postęp zapominał, iż nowoczesne technologie niosą i niebezpieczeństwa. Zdarzało mu się ignorować wykluczone grupy społeczne (Ziemia Podstawowa w Długiej Ziemi) naznaczając je, jako zacofany "ciemny lud". W technologii, w której coraz więcej współczesnych widzi zagrożenia dla bezpieczeństwa, prywatności i miejsc pracy, on dostrzegał tylko szanse. Naiwnie i bezsensownie, jakby niczego nie nauczyła nas rewolucja przemysłowa.

Czasem pakował mnie w kłopoty. Chciałem się do niego zbliżyć tak bardzo, że parłem nawet, gdy go nie było w pobliżu. Podczas wywiadu z Nailem Gaimanem dużo bardziej niż na autorze "Amerykańskich bogów" zależało mi na komentarzu wobec twórczości jego przyjaciela. Wyszło niezręcznie i niegrzecznie, a ja do tej pory wspominam tę rozmowę, jako jedną z najgorszych, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem.

Czasem mnie rozczarowywał. Wyżywałem się na nim ostatnio za cykl o Długiej Ziemi. Niepotrzebny, nietrafiony, przegadany i nieśmieszny. Nie pozostawiający w czytelniku żadnej głębszej myśli, edukujący topornie, na siłę. Karykaturalnie nieudany w porównaniu do niedawnej "Nacji" - doskonałej. Pratchett zdaje się w nim zafascynowany własnymi pomysłami tak bardzo, że zapomina o tym, co zawsze wychodziło mu najlepiej - przekonujących, pełnowymiarowych bohaterach, będących czymś więcej niż egzemplifikacją myśli przewodniej.

Czasami mnie zwyczajnie nudził. Ostatnie powieści ze Świata Dysku odpuściłem. Schematy są w nich zbyt czytelne, bohaterowie zbyt dobrze znani, pomysły zbyt przewidywalne. Miałem dość tych samych powieści wydawanych w równych odstępach czasu. Tej samej struktury powtarzanej wciąż i wciąż. Skserowanych dowcipów. Książek produkowanych, a nie tworzonych. Pisanych zgodnie z wzorem, który wprawdzie Pratchett wymyślił, ale z którego korzystał zbyt długo.

***

Myślałem ostatnio, że Terry Pratchett już mi przeszedł. Że ciągnąca się od 16 lat "faza" dobiegła końca. Przecież odkryłem China Mieville'a! Ale cholernie się myliłem. Bo, inaczej niż nastoletnie zauroczenia, miłości do pisarzy nie przechodzą wraz z wiekiem - zagnieżdżają się tylko w najdziwniejszych rejonach naszych dusz, by co jakiś czas o sobie przypominać. Pratchett robił to zaskakująco często. Mimo, iż przestałem kupować jego książki, wciąż nim myślałem. Wyłaził mi w rozmowach i dyskusjach politycznych. Dawał znać, przy lekturze każdego innego fantasy. Chciałem do niego wrócić, ale wydawało mi się, że nie muszę się z tym spieszyć, że skoro przez całe życie jakaś jego kolejna książka była na wyciągnięcie ręki, to zawsze tak będzie.

Cóż. Głupi byłem.

 

PS. Nie zapominajmy o Joshu Kirbym...

czwartek, 12 marca 2015, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: hmm, *.laguna.net.pl
2015/03/12 22:06:56
nie czytałam jego książek. ale widziałam dokument Terry Pratchett: Choosing to Die. dzisiaj znowu obejrzałam.

...www.dailymotion.com/video/xnu340_terry-pratchett-choosing-to-die_shortfilms...
-
Gość: hmm, *.laguna.net.pl
2015/03/12 22:10:20
jutro ide do biblioteki.
-
Gość: Horikawa, *.dialin.vsenet.de
2015/03/13 10:45:45
Pamiętam moje odkrycie, że za zwykłym humorem jest ukryta ogromna ściana wiedzy.
Nie wspomniałeś o fascynacji nauką, ale to właśnie mnie Pratchett bardziej niż Hawking zafascynował fizyką kwantową. Kiedy pierwszy raz czytałem piramidy w dawanych czasach, śmiałem się z paradoksów Xenona i dowcipów o tym, że nie trafił do żółwia ze strzały, bo prawie wcale nie napiął łuku. Pomijając już jego zaangażowanie w Naukę Świata Dysku.
Dla mnie jednak niekwestionowanym zwycięzcą jest Jego Łaskawość Sir Samuel Vimes Diuk Ankh-Morpork. Od książki z nim zacząłem i tego książki z jego udziałem czytałem wręcz fanatycznie. Widziałem w nim to czego brakło mi gdzie indziej, z natury bestia, pijak, impulsywny, władczy i niezbyt inteligentny, ale jednak sam decyduje się być jak skała, o którą rozbija się wszystko. Jak Atlas starał się podtrzymywać sklepienie świata, chodź złożone było z samego gówna, a przy tym nie miał nawet nadludzkiej siły imponowało mi przełamanie jego wewnętrznego ja i oczywiście pojawiające się pytanie, odwieczne pytanie, wręcz oklepane do bólu, ale jednak tak ważne: czy natura osoby stanowi ją czy jej decyzje?
Mam 27 lat miałem urodziny 5 dni temu. Płakałem. Może nie wypada. Moja dziewczyna, z którą mieszkam od pól roku, nie mogła zrozumieć jak można płakać po kimś kogo się nigdy nie spotkało. Spotkałem Pratchetta setki razy i zostawił we mnie ślad tak wielki, jaki może zostawić tylko przyjaciel.
-
2015/03/17 15:36:59
Jak się dowiedziałem aż kupiłem z marszu dwie ksiazki które mi brakowały to pozbierania całej jego kolekcji. Zorbiłem nawet wystawkę w pracy. Ucieszyła sie wręcz moja cała drukarnia wroclaw zdecydowanie go uwielbiał.