statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Uwiedziony u progu sławy

To jeden z tych wpisów, które zaczynają się w połowie zdania...

 

Bo przecież siedzisz w domu w czwartek (taki nibypiątek), przełożyłeś właśnie wyjazd na Warmię i zastanawiasz się jak strawić wieczór, skoro już pojeździłeś na rowerku, spaliłeś kalorie i załatwiłeś zlecenia. Powinieneś coś poczytać, pouczyć się, posiedzieć nad doktoratem, ale zamiast tego otwierasz wino ze swoją dziewczyną i odpalacie torenta na chybił trafił. Wciąż zdołowani po śmierci Philipa Seymoura Hoffmana, przeszukujecie jego filmografię i nagle zostajecie w trójkącie z "Almost Famous", filmem tak dobry, że dopijacie wino, siadasz przed lapkiem i zaczynasz pisać w drugiej osobie liczby pojedynczej, jakbyś był, nie przymierzając Michałem R. Wiśniewskim i właśnie wydał debiutancką powieść, o której Tomek Pstrągowski napisał już do Konwerskiego, że zapowiada się wybornie.

Ale cokolwiek wypływa spod palców, nie ma nic wspólnego z filmem, bo jedyne, co potrafisz napisać, to proste: "ściągnijcie, obejrzyjcie, zakochajcie się", jakbyś miał 16 lat i znów obejrzał "Boogie Nights"; jakbyś ledwo wchodził w filmoznawstwo i odkrywał teorie rytuału kinowego; jakbyś trafił na film wybitny po całej masie filmów dobrych, średnich, nijakich, słabych, prostych, prostackich, zabawnych i głupich.

Robisz więc to co zwykle - wyjmujesz z opowieści Camerona Crowe jeden wątek, ten najbliższy tobie i znęcasz się nad nim jak sadystyczny dzieciak nad bezpańskim kotem. Wątek, oczywiście, dziennikarski, bo przecież jakiś idiota (Paweł Huelle) zapłodnił cię na czwartym roku myślą, że dziennikarstwo jest cool i dzięki temu siedem lat później siedzisz w Wirtualnej Polsce, bez żadnych szans na awans i rozwój, wkurwiony na wszystkich, którzy cię zdradzili i załamany kondycją zawodu. Patrzysz na Williama Millera - 15-letniego geniusza maszyny do pisania, wyruszającego w pierwszy rajd za zespołem rockowym ze zleceniem od "Rolling Stone" - i zastanawiasz się, kiedy to, co robisz przestało przypominać twoje marzenia, a zaczęło brudną, prostą prostytucję wieszczoną w latach 80. przez Davida Simona, a uprawianą dziś, między innymi przez ciebie: wyzbytego ze snów, cynicznego, myślącego tylko o podwyżce, szansach na przekwalifikowanie i jakiejś przygodzie, najlepiej w innym, lepszym korpo, które przecież istnieje. Prawda?

Nagle budzisz się w nieistniejącym świecie zaliczek, dwóch tygodni na napisanie tekstu, opłaconych delegacji i mentorów o twarzy Philipa Seymoura Hoffmana powtarzających, iż najważniejsza jest uczciwość i brak litości - tak szczerze i prawdziwie, że zaczynasz się zastanawiać, czy jego śmierć nie nabiera jakiegoś intymnego, symbolicznego wymiaru, tylko dla ciebie, egoisty bez sumienia, wystarczająco skupionego na sobie, by interpretować cudzą śmierć pod siebie.

 

Choć wiesz, że te czasy już się skończyły i nigdy nie wrócą. Czasy, w których mogłeś ufać czytelnikom nawet nie dlatego, że ich lubiłeś, ale dlatego, że to im zależało na twoim krytycyzmie. Czasy dżentelmeńskich umów i chińskich murów. Czasy tekstów krytycznych, szczerych, wypracowanych, opłacanych. Czasy, gdy wynagradzano za słowa i warsztat, gdy ktoś sprawdzał cytaty, zatrudniano korektorów i organizowano prawdziwe kolegia redakcyjne - na których ścierały się idee, a nie tabelki Excela.

Duma każe ci tęsknić. Za niezależnym dziennikarstwem, pismakami pokroju Williama i telefonami z "Rolling Stone". Ale przeklęta lewacka wrażliwość pyta, czy naprawdę byłbyś po właściwej stronie lustra. Czy w tych wyidealizowanych latach 70. nie znalazłbyś się po drugiej stronie - niedostrzeganej, pomijanej zapomnianej. O której Pratchett napisał "Ruchome obrazki"* - której nigdy nie pozwolono odkryć własnego talentu, bo z góry przesądzono o jej losie. Nagle stajesz przed wyborem, czy twoje marne pisarstwo w kiepskim portalu nie jest więcej warte niż niemożliwy do zrealizowania sen o sławie w staroszkolnym dziennikarstwie.

Przecież jeszcze w latach 90. szansa, że ktoś odkryje chłopaka z Olsztyna i pozwoli mu prowadzić największy portal o czymkolwiek była minimalna. Prawdziwych Williamów nie było (poza tym, że był, bo "Almost Famous" to film semi-autobiograficzny), byli tylko wybrańcy u koryta - przeciętni lub utalentowani, ale zawsze dobrze urodzeni - i zastępy świetnie piszących anonimów, nie mających szans na nic więcej niż laury w powiatowym konkursie literackim, uścisk dłoni marszałka i ekskluzywne wydanie "Potopu" w prezencie.

A później film się kończy, po raz drugi, wino wciąż krąży w żyłach i jedyne, o czym myślisz to, jak przekonać kogokolwiek do obejrzenia "Almost Famous". Przeżycia tego, co ty. W jakim języku krzyczeć? Jakie słowa dobrać? Jak sformułować zdania? Jedyne w czym jesteś dobry, to język polski, więc nalewasz kolejną szklankę wina (zaśpisz na poranny pociąg do Olsztyna, to pewne, już prawie świta), siadasz do biurka i zaczynasz napierdalać w klawiaturę. To ostatni sposób, jaki znasz na przekazywanie skomplikowanych uczuć, a tylko takie w sobie znajdujesz po obejrzeniu tego majstersztyku.

 

Amen.




 

* "Wiesz, co jest największą tragedią tego świata? - Ginger wcale nie zwracała na niego uwagi. - Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć." T. Pratchett, "Ruchome obrazki"

czwartek, 14 sierpnia 2014, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: kazberg, *.google.com
2014/08/26 23:01:35
Tomaszu, wyciskaczu łez. Jak dobrze znów czytać twoje teksty. Brakowało mi tego. Peace.
-
Gość: Jam, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/09/11 22:03:28
True - dziennikarstwo schodzi na psy. Dziś wchodzisz na GW i widzisz pytanie "cenisz dobre dziennikarstwo - zapłać" - a w środku roi się od błędów na poziomie gimnazjalisty, literówek i braku znajomości gramatyki. Wszędzie rządzi teraz kasa - mam znajomego, który był dziennikarzem w Pulsie Biznesu i opowiadał, że kiedyś mieli minimum 4 korektorów, by w końcu został 1 i to student, bo był najtańszy.
Niestety w dzisiejszym świecie trzeba czasem robić to na co nie ma się ochoty, uważać na słowa - bo "reklamodawcy się obrażą" i iść do przodu niczym Syzyf, z tą różnicą, że ma się kamień u szyi, który ściąga w dół.
-
Gość: smq, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/10/16 21:21:36
dziękuję. za dobry tekst i ;)...
Pozdrawiam
-
Gość: Ekstravaganza, *.connected.pl
2014/12/04 18:04:54
Czwartek 4.12.2014
Wciąż wchodzę tu codziennie w oczekiwaniu na nowy tekst,ostatnie miesiące były dla mnie szczególnie trudne i nie wiem na jak długo starczy mi jeszcze sił.Jednak nadzieja umiera ostatnia.
bez odbioru
-
2014/12/05 09:28:26
Dziękuję za wierność i wiem, że daję ciała. Ale naprawdę nie mam czasu pisać. Nie mam czasu nawet myśleć o pisaniu:) Spragnionych mojej twórczości odsyłam do podcastu Niezatapialni i serwisów książki.wp.pl i gram.pl.
A z blogiem zobaczymy jak będzie. Póki co jeszcze go nie zamykam.
-
2015/01/05 11:23:51
Jeeeej.. Po TAKIEJ rekomendacji na pewno obejżę ten film. Świetna notka. Niestety często idealizujemy niketóre sprawy, a gdy już w nich siedzimy po uszy okazuje się, że wszystko kończy się na schematycznej, brudnej robocie... W trudnych chwilach pomyśl o tym jak plułbyś sobie w brodę gdybyś nie został dziennikarzem? Czy inny zawód satysfakcjonowałby Cie bardziej?
powodzenia :)