statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

W wigilię wigilii

Kiedyś znałem ich wszystkich. Kubę, co zawsze był bardziej śmieszny niż zabawny, ale lubiliśmy go, bo dobrze jest mieć w paczce śmiesznego, małego Kubę, który miał fajki, sympatię starszych dziewcząt i często pustą chatę. Martę z dobrego domu, zaangażowaną we wszystko co miało w sobie choć trochę gotyckiego mroku - od satanistycznych mszy organizowanych przez przygłupich metali w lasku pod osiedlem, poprzez poezję Poego i muzykę Artrosis, a na bieganiu nago w noc przesilenia kończąc. Gosię, tę szaloną, czasem nawet popieprzoną, która zawsze wpadała na dziwaczne pomysły i, z pełną determinacją, dążyła, by je zrealizować, obojętne czy po drodze musiała przekupić szkolnego ciecia, poczęstować wódką panią od chemii, beznadziejną alkoholiczkę, czy nawrzucać dresiarzowi z 4b, przypominając mu, że jego matka się puszcza, a ojciec siedzi za rozbój i na pewno kapuje. Karalucha, kolesia o najoryginalniejszej ksywie w szkole, wziętej najpewniej z jakiejś głupiej kreskówki, kojarzonego jednak nie dzięki obrzydliwemu mianu, ale dzięki uroczo-żałosnej akcji odstawionej podczas szkolnych jasełek, gdy nawalony, ledwie na nogach stojący, wyznał na środku sali do wuefu miłość Kasi z 2b, na co ona go wyśmiała i odrzuciła, nie tylko łamiąc mu serce, ale i niszcząc najbliższe dwa lata życia i skazując na miano "Karalucha, co się ośmieszył na jasełkach". I oczywiście, kurwa, jakże by inaczej, Marysię, największy talent drugiego liceum ogólnokształcącego w Olsztynie, wielką nadzieję wschodniej Polski na jakikolwiek sukces w europejskich programach wyrównywania szans, wysyłaną na olimpiady do Warszawy i darmowe turnusy wakacyjne w Zakopanem, mózgowca z biologii, który w przerwach pomiędzy zdobywaniem nagród na międzyszkolnych konkursach doprowadzał się na naszych imprezach do takiego stanu, że nie potrafił już nie tylko stać, ale i siedzieć, potrafił za to, półleżąc i wymiotując, zdjąć stanik jedną ręką, recytując jednocześnie wszystkie elementy układu nerwowego człowieka.

Kiedyś znałem ich wszystkich i byłem tak fajny jak oni. Razem chodziliśmy za garaże, gdzie paliliśmy pety, wciągaliśmy marychę i szprycowaliśmy się klejem, a przynajmniej tak to sobie wyobrażali rodzice i nauczyciele - naprawdę przecież po prostu rzucaliśmy plecaki na asfalt, siadaliśmy na nich po turecku i rozmawialiśmy o klasówkach, pracy domowej i Quake2, modląc się, by nie było nalotu na palaczy i by pani od polskiego nie sprawdzała obecności. Imprezując razem, opróżnialiśmy te wszystkie dziwne butelki podprowadzone z barków rodziców i udawaliśmy, że 80-procentowy rum przywieziony z delegacji nie robi na nas żadnego wrażenia. Tylko po to, by później razem rzygać, przyklejeni do jednego kibla, półprzytomni, zasmarkani, przerażeni tym, co z nas wylatywało, przekonani, że to już naprawdę ostatni melanż, po którym zaczniemy się uczyć i przepełnieni nadzieją, że jednak ktoś, najprawdopodobniej Karaluch, pozostał trzeźwy i trzyma nasze włosy - nie tylko dziewcząt, ale i chłopców, bo przecież to wszystko się działo w cholernych latach 90., kiedyśmy jeszcze kochali grunge i Kurta Cobaina i, miłością tą zwiedzeni, zapuszczaliśmy te androgeniczne fryzury w oczekiwaniu na chwilę prawdy i jakiś piękny, złoty strzał, który skończy nasze cierpienia (a tylko ktoś, kto klęczał kiedyś nad kiblem martwiąc się o włosy, może wiedzieć, jak wielkie były cierpienia bogatych dzieciaków z niższej klasy średniej) i zapisze nasze smutne życia na kartach historii lub chociażby Gazety Olsztyńskiej.

Kiedyś znałem ich wszystkich, bo byli dla mnie jak bracia i siostry, jak palce u dłoni, albo u stóp, to zależy na jaki temat masz fetysz. Kiedyś ich znałem i byłem gotów za nich wszystkich oddać nie tylko rękę, ale i płuco, nerkę, a nawet tę zajebistą koszulkę Nirvany, którą ojciec Leszka (czy Lecha, nie pamiętam nigdy jak on miał na imię, a ostatnio dowiedziałem się, że to są dwa różne imiona i od tej pory nie wiem, jak nazywać przyjaciela z dzieciństwa) przywiózł mu kiedyś z RFN wraz z bluzą-kangurką do kompletu, a którą oddał mi na jakiejś grubszej imprezie bodajże w Luzaku, bełkocząc przez łzy, że skoro już stracił bluzę i serce, to na chuj mu koszulka, i żebym ją przyjął bo to jest najcenniejsza rzecz, jaką posiada, a ja jestem najpiękniejszym człowiekiem jakiego zna.

A dzisiaj siedzę, w wigilię wigilii, w Baltazarze, barze tak chujowym, jak jego nazwa, zimnym, pustym i pozbawionym jakiegokolwiek charakteru, wypełnionym rekwizytami nawet nie z innej epoki, ale z innego świata - świata pełnego ciężkich, bordowych zasłon; martwych plastikowych roślin w kolorze psiego gówna; prawdziwych, wielkich poroży, przywiezionymi z jakiegoś polowania z prezydentem; wielkich, ciężkich ław z oszukanego drewna; i potężnych, kurwa, zaprawdę potężnych, barokowych żyrandoli dających przyćmione, żółto-brązowe światło, które, w zamierzeniach domorosłych projektantów wnętrz urządzających tę żałosną ruderę, miało najpewniej zapewniać intymność, ale sprawia jedynie, iż wszyscy wciąż mrużą oczy, próbując dostrzec, do kogo właściwie mówią, upewnić się, że sięgają po swoje piwo i potwierdzić, czy na pewno siedzą przy dobrym stoliku. Siedzę z tymi ludźmi, Kubą, Martą, Gosią, Karaluchem i Marysią, zwabiony enigmatycznym esemesem z ostatniej chwili, który przecież mogłem zignorować, przecież wiedziałem, ja to się skończy, i zastanawiam się, co ja tu robię, dlaczego nie jestem w domu i nie gram w asasina czwórkę. Chociaż nie, nie będę kłamał, wcale nie myślę o tym cholernym asasinie, tak naprawdę zastanawiam się, w którym momencie popełniłem błąd, gdzie źle skręciłem, że siedzę i udaję, że myślę o asasinie, a oni opowiadają o swoich życiach i są to życia, których im tak cholernie zazdroszczę, że aż mnie to fizycznie boli. Życia pełne międzynarodowych korporacji, które dobrze płacą, życia pełne stanowisk, na które rekrutują headhunterzy, życia, w których trzypokojowe mieszkania w Warszawie kupuje się za gotówkę, wakacje spędza na Filipinach, a na pytanie "co u ciebie" odpowiada "spoko, robię kasę i jeżdżę po świecie". Nie chodzi nawet o to, że czuję się przy nich biedny, choć oczywiście się czuję, ale o to, że nigdy nie byłem tak pewien siebie, jak oni są pewni siebie, gdy tłumaczą mi fuzję, którą właśnie nadzorują, dodając na marginesie, że tak w zasadzie to zajmują się głównie przesuwaniem kapitału z jednego konta na drugie i obserwowaniem jak im rośnie.

Rozumiecie? To są ludzie, dla których kapitał nie jest abstrakcyjnym pojęciem politycznym, ale zwykłym określeniem na w chuj dużo kasy, najprawdopodobniej wystarczająco wielkiej, by mnie nią, po spieniężeniu, obrzucić, przysypać i udusić.

I kiedy pytają mnie, co u mnie zastanawiam się, jak zestawić te Filipiny z przeprowadzką do falowca, jak odpowiedzieć człowiekowi nadzorującemu fuzje i restrukturyzacje, życie człowieka, któremu fuzja i restrukturyzacja najprawdopodobniej zaraz pożre posadę, a który do tej pory cieszył się, że przynajmniej odłożył tyle, by stać go było na dwa miesiące szukania roboty nim wyląduje na zmywaku w fast foodzie. Jak chwalić się niedokończonym doktoratem, na uczelni, która nigdy nie dała mi nawet złotówki, przyjaciółce, która zdobywa granty w Berlinie, mądrzejszej i sensowniejszej (i, kurwa, piękniejszej) niż wszystko, co ja kiedykolwiek mógłbym napisać. Jak wpierdolić się ze swoją olsztyńską codziennością pomiędzy ich wyjazdy, projekty i mitingi. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że przepełnia mnie zawiść, bo zajebiście się cieszę, że Karaluch chodzi z modelką i w końcu możemy się śmiać z tego licealnego epizodu bez okrucieństwa, ale o to, jak to się stało, że stałem się taki powszechny, pospolity. Kiedy ludzie z tego samego podwórka, z tej samej szkoły, zza tych samych garaży zmienili się w tych, co zdobywają dzisiaj Polskę i europejskie dotacje i nie narzekają na umowy śmieciowe, Donalda Tuska, ceny biletów ulgowych w PKP i kolejki do laryngologa przyjmującego na NFZ?

Więc na pytanie, co u mnie, odpowiadam, że świetnie, że schudłem 35 kilo w ciągu roku. Bo moje chudnięcie, to jedyne osiągnięcie, jakim mogę się pochwalić, a które oni zrozumieją i docenią. To wyrażenie w ich języku, w narzeczu architektów, copywriterów, marketingowców, finansistów, prawników i lekarzy, którzy chcą być na czasie, dbają o siebie i realizują marzenia - swoje i innych. Rozumiemy to moje chudnięcie oczywiście inaczej, oni przeliczają kilogramy i kalorie na życie fit i w modzie, na wizyty na siłowni i filmiki z Chodakowską, ja przypominam sobie tego żałosnego, tłustego dupka, którym byłem rok temu, wizytę u psychologa na NFZ i decyzję, że nigdy więcej, nigdy, kurwa, więcej nie odwiedzę żadnego pana od głowy, że sam wezmę się za siebie i niech on spierdala z tym swoim Freudem dla przygłupów. I przez moment autentycznie wzbudzam w nich zainteresowanie, czuję jakąś jedność z ludźmi siedzącymi przy tym samym, brudnym, pogrążonym w mroku stoliku, z którymi spędziłem najlepsze lata mojego życia, a których dziś już w zasadzie nawet nie wiem o co pytać. Odpowiadam na kilka gratulacji, tłumaczę, że ćwiczę, streszczam swoją dietę i przez krótką chwilę znów, tak jak w czasach liceum, na sylwestrze u Adama, kiedy się rozebrałem i robiłem fiutem helikopter, jestem gwiazdą imprezy, ale tylko do czasu, aż wróci temat wyjazdu do Japonii, a ja znów się wyłączę i zacznę myśleć o asasinie - jedynej opcji, bym zobaczył jakiś kawałek świata wart zobaczenia...

 

wtorek, 24 grudnia 2013, taqwa

Polecane wpisy

  • To nie jest hejt na Toma Clancy'ego

    Tom Clancy był świetnym pisarzem, którego powieści doczekały się udanych ekranizacji. Dla mnie był jednak przede wszystkim współautorem wciągających gier akcji,

  • Zawiodłem Schopenhauera

    Miałem w tym tygodniu seks. Skończyłem "Bioshocka" . Obejrzałem "Spring Breakers ". Przeczytałem "Nakręcaną dziewczynę" (notka w drodze). Byłem dwa razy na base

  • Korto, Kortau, Kortowo

    I "Ludzie z Korto w okresie przedkrzyżackim wiedli życie raczej spokojne, nie będąc przez długi czas przez nikogo niepokojeni". Ale w XIII wieku przyszli Krzyża

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Horikawa, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/12/24 18:56:48
To samo dzisiaj.
Jestem korposzmatą. Za średnio chujowe pieniądze, co z punktu zachodu wygląda na chujowe. Na nic w życiu się nie zdecydowałem.
Dzisiejszego dnia, poszedłem do DINO w przerwie w pracy, bo pracuje w Handlu i spotkałem moją byłą miłość z Geniuszem, który osiągał wyniki 100% z rozszerzonych Matur. Obaj z mojej klasy z Liceum. Z dzieckiem, ze swoim "11 kilo szczęścia".
Tak bardzo chujowego spotkania nie mogłem sobie wyobrazić.
-
Gość: zbych, *.dynamic.chello.pl
2013/12/28 13:25:04
Dobry wpis. Propsy chudzielcu.

Kolobrzeska czy Obroncow Wybrzeza ;)?
-
Gość: veve, *.dynamic.chello.pl
2013/12/29 20:07:03
ej, wpis spoko, ale z tym Lechem/Leszkiem to nie jest skradzione z innej historii o Lechu/Leszku krążącej po necie?
-
2013/12/29 20:36:44
jep, ukradłem go sam sobie. a może po prostu buduję uniwersum?;)
-
Gość: veve, *.dynamic.chello.pl
2013/12/30 19:28:25
to ta love story o bluzie, lechu/leszku i prześladowcy też Twoje?
-
2013/12/30 21:10:50
na to wychodzi
-
Gość: adamoski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/12/30 22:07:57
Dla pocieszenia powiem, że nie jesteś sam. Ja się cieszę choć tym, że z pomocą rodziców jestem wart cokolwiek dla banku i mogę się zadłużyć na 30 lat żeby w ogóle gdziekolwiek mieszkać (i nie jest to miejsce hipsterskie, ba nawet nie w wawie). A prawda jest taka, że jedyne czego nam trzeba to ...miłości. Mając miłość swojego życie pierdoliłoby mnie kompletnie czy inni żyją lepiej lub gorzej. Bez tego zastanawiamy się co dzień nad naszą smutną egzystencją zapijając kolejną porcją alkoholu.
Pozdro z Wawy, gdzie nie wszyscy robią fuzję i restrukturyzacje ;)
-
Gość: som, *.dynamic.chello.pl
2014/01/17 13:00:04
Ważne, byś miał kogoś, kogo kochasz i na kim masz oparcie, kto odwzajemni to uczucie. Potem to idzie z górki (we dwoje można więcej!). Plus nawet garstkę znajomych, do których można normalnie otworzyć paszczę.
I taka mała porada zawodowa - nie ugrzęźnij w ciepłym qrwidołku pracowniczym. Rozwijaj się jakkolwiek możesz, bo potem, przy ewentualnych zmianach pracy może się okazać, że zbyt wyspecjalizowany zakres sobie obrałeś i trudno ze znalezieniem czegoś nowego, lepszego (rada akurat na czasie).
Podziw za te 35 - to jest fajnym przykładem na hasło "zamiast się użalać, zacznij działać". Propsy i więcej wiary w siebie :}
-
Gość: rhqq2, 118.34.139.*
2014/01/21 15:05:32
Coś w tym jest, że spotkania znajomych po latach zawsze kończą się na opowieściach o swoich podróżach i czego to się ciekawego nie robi w pracy. Ciekawe jest to zwłaszcza, gdy mówi to osoba pracująca dla korpo.

Bo o ile zazwyczaj znajomi opowiadają o tym jak dotarli do egzotycznych krajów i jak to balowali po nocach to jakoś tak umyka aspekt konkretnego zapierdzielania przez resztę doby 'u strategicznego klienta'. Do tego na pytanie co robią słyszałem "wykonuję pełne wyzwań zadania które pozwalają mi udowodnić moim przełożonym swoją wartość'. Co oznacza ni mniej ni więcej - jeszcze większy zapierdziel.

A jak człowiek nie wie już co powiedzieć podczas takich dyskusji i przez przypadek zada to niefortunne pytanie 'jakie książki teraz czytasz' to nastaje taka cisza. Bo oprócz pracy i wyjazdów chyba nie ma już czasu na nic 'dla siebie'.

Zatem - Assassin's Creed 4 to fajny cel myśli w momencie, gdy rozmowa zaczyna być 'niekompletna', z samymi superlatywami.
-
Gość: Kacper Z., *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/01/29 23:57:18
Witam Panie Tomaszu! Pytanko mam, czy będzie podsumowanie najlepszych książek przeczytanych w ubiegłym roku tak jak w ubiegłym roku?:) Dzięki ostatniemu raknkingowi natrafiłem dzięki Panu na kilka perełek, pozdrówka!
-
2014/04/28 01:59:46
Tak zaglądam co kilka dni i czekam... I smutno mi bo nadal tu cisza