statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Ender przegrywa

Jakże żałośnie słaba jest filmowa "Gra Endera"…

Jeżeli nie chcesz spoilerów, to przestań czytać w tym momencie, wypożycz książkę i nie oglądaj filmu.

Naprawdę byłem dobrej myśli. Nie tylko dlatego, że to ekranizacja kultowego science fiction, ale także dlatego, że specjalnie na tę okazję owo kultowe science fiction przeczytałem i okazało się, że powieść Orsona Scotta Carda nie zestarzała się ani odrobinę. Wciąż jest doskonałym dramatem psychologicznym, w którym mniej chodzi o pif paf z kosmitami, a bardziej o rozważania na temat granic ludzkiej wytrzymałości, mesjanizmu i faszystowskich promilitarystycznych ideologii dzielących ludzi (i obcych) na "naszych" i "innych", usprawiedliwiających zrobienie z "innymi" wszystkiego, co najgorsze, by chronić "nasze" i przedkładających dobro ogółu ponad dobrem jednostki.

gra endera okładka

To w żadnym momencie nie jest przygodowa powieść o walce z robalami. To jest książka napisana przez skrajnego chrześcijanina (nie chcę nikogo obrazić, ale Mormoni to chyba już naprawdę skrajność?) o genialnym dziecku wyhodowanym w jednym tylko celu - by zbawiło ludzkość. Zmuszonym poświęcić wszystko dla ludzi, którzy przez całe życie je okłamują, szykanują i krzywdzą. Nie chcę napisać, że to opowieść o kosmicznym Jezusie Chrystusie, ale inspiracje są czytelne.

"Gra Endera" to historia o okaleczonej, sponiewieranej, połamanej istocie ludzkiej, którą wielka machina przetrwania wchłania, miele i wypluwa w imię wyższego dobra, ignorując całkowicie jej wolę czy marzenia. Ender jest najbardziej samotnym człowiekiem we wszechświecie. Odizolowanym od rodziny, skonfliktowanym ze wszystkimi rówieśnikami, szanowanym tylko dzięki inteligencji, zmienionym w potwora zdolnego do morderstwa, a nawet ludobójstwa. To nie jest miła historia dla hollywoodzkich aktorów i podtatusiałego Harrisona Forda. To okrutna, przejmująco smutna fabuła w stylu "Władcy much", w której kosmosy i robale, są tylko tłem, bo co nas obchodzi jakaś inwazja, jeżeli na pierwszym planie kilkuletnie dziecko zostaje doprowadzone na skraj, a następnie pchnięte, i znów pchnięte, i znów, i znów…

Końcowy zwrot akcji jest tu równie oczywisty, co w Nowym Testamencie. To, pisząc słowami mego przyjaciela Dominika, bardziej "plot" niż "plot twist". Rozgryzie go każdy, kto przeczytał wcześniej więcej niż jedną czytankę. O ile jednak czytelnik książki wie, że Ender może nie chcieć stać się Peterem, ale i tak się nim stanie, o tyle w spłycającym psychologię postaci filmie zwrot sugerują nam efekty specjalne. To co w powieści z lat 70. opisywane było jako gra i symulacja, w kinie zobrazowano z przepychem typowym dla fabryki snów. Dzięki czemu widz przez cały trzeci akt domyśla się, że przecież nikt nie wydałby tylu pieniędzy na jakąś tam symulację. To głupie, ale do obronienia - twist w finale "Gry" powinien być zaskoczeniem tylko dla Endera: genialnego dziecka, ale jednak dziecka. Nie spodziewającego się, jak perfidny i zdradziecki potrafi być świat dorosłych. Nie spodziewającego się, że jego okrutni opiekunowie wrobią go w ludobójstwo.

Smutnej historii Endera nie da się opowiedzieć w efektownym blockbusterze operującym tradycyjną strukturą, dwoma obowiązkowymi punktami kulminacyjnymi, wymuszonym plot twistem i dodanym na siłę wątkiem romantycznym. A tym chce być "Gra Endera" - zwykłym, płaskim blockbusterem. Tymczasem tutaj trzeba by nie kina akcji, a filmu-opowieści. Nie "Szybkich i wściekłych" w kosmosie, ale "Życia Adeli"* z wielkimi mrówkami zamiast scenek porno. By opowiedzieć o samotności tak wielkiej, że zaczynasz rozumieć (i kochać) obcą rasę, potrzeba cierpliwości, a nie wysokiego budżetu. W tej marnej, pozbawionej ambicji ekranizacji, za którą Card jest niestety współodpowiedzialny, nie ma nic z geniuszu powieści. Najsamotniejsze dziecko na świecie ma tu nie tylko przyjaciół, ale i kochających rodziców i sympatycznego przełożonego. Nie odczuwamy jego bólu i osamotnienia, bo kilkuletnie szkolenie polegające na ciągłym przekraczaniu granic wytrzymałości skrócono do kilku króciutkich scen i dwóch (liczbowo: 2) mało wymagających walk! W geniusz Endera, w który w powieści wierzymy zarówno dzięki jego wspaniałym strategiom, jaki i dzięki rodzeństwu, zdobywającemu ukradkiem władzę na Ziemi, w filmie musimy wierzyć na słowo, bo nie ma czasu, żeby je przedstawić (wątek rodzeństwa całkiem wycięto). Jeżeli jakaś książka zasługuje na trylogię, to właśnie "Gra Endera", a nie ten cholerny, głupi "Hobbit". Tylko, że nikt nie ma dziś jaj, by zrobić trzy smutne filmy sf o odrzuconym, poniewieranym dziecku i z rozczarowującym finałem, w którym trzeba by pokazać wektorową symulację i głównego bohatera złamanego własnym sukcesem.

 

* Lofciam totalnie!

wtorek, 12 listopada 2013, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/12/29 09:24:05
Z tymi skrajnymi mormonami to trochę chyba jednak pojechałeś, ew. pomyliłeś z amiszami? Ja rozumiem, że w Polsce to dość egzotyczne, ale z opisu wyglądają dość liberalnie. I z widzenia - jeśli ich z kimś nie mylę - to samo.
-
Gość: Klavo, *.polkomtel.com.pl
2014/08/05 11:04:32
Przeczytałem więcej niż 4 elementarze ale czułem się całkiem nieźle gdy domysłem się zakończenia. Sprawiłeś, że mój sukces z pierwszego miejsca trafił w okolice "- o, super że udało Ci się przebiec cały dystans".

Najgorsze jest to, że wiem że masz racje - a film był średni takie mocne 6/10.
Na tyle średni, że nie chce mi się sięgnąć po książkę.