statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Sen o pięknej ciuchci

To jedno z najpiękniejszych uczuć jakich kiedykolwiek doświadczyłem. Kiedy wskakujesz w książkę niczym w głęboką toń. Nic nie rozumiesz, jesteś zdezorientowany, spanikowany i idziesz na dno. I nagle przypominasz sobie, że kiedyś umiałeś pływać, chwytasz się najczęściej powtarzanych zwrotów, na wpół zdefiniowanych pojęć, rozszyfrowujesz narrację i po pewnym czasie czujesz się coraz pewniej. Dumny, że 24 lata po tym, jak nauczyłeś się czytać rozumiesz powieść fantasy…

Niewielu pisarzom udało się to osiągnąć unikając podtapiania czytelnika. Gibsonowi w "Neuromancerze", Herbertowi w "Diunie", Wattsowi w "Ślepowidzeniu". Do tej pory myślałem, że to domena fantastyki naukowej z całym jej naukowym jazgotem i przyszłościową nowomową. "Żelazna Rada" China Miéville'a, steampunkowe fantasy niepodobne do niczego, co znałem, uświadomiła mi jak bardzo się myliłem.

Z początku nie rozumiałem nic. Nazwy własne śmigały wokół, a ja czułem się jakbym stał nagi, najebany na środku drogi szybkiego ruchu (nie pytajcie skąd znam to uczucie). Ludzie-kaktusy zmierzały do Nowego Crobuzon, Stiltspeary o dłoniach jak włócznie uczyły Judasza golemowej magii, Wieczny Pociąg pomykał przez świat, śmiercionośne prawice opanowywały stworzenia, a legendy o Tesh szeptał mi do ucha sam szeptacz. Teraz, gdy zanurzam się w "Dworcu Perdido" witam Nowe Crobuzon, tak jak witają je bohaterowie Miéville'a - z mieszaniną lęku, fascynacji i odrazy, myśląc, że znam miasto na wylot (przecież widziałem jak rodził się Kolektyw!), ale wiedząc, że i tak mnie zaskoczy.

To powieść jednocześnie o spełnionym śnie i niemożności jego spełnienia. Żelazna Rada, robotnicza utopia powstała z buntu przeciwko kolejowemu magnatowi, istniała tylko kilka dekad. Od początku skazana była na zagładę, zaś jej misja od zawsze skończyć miała się klęską. Ale te kilka dekad z dala od milicji Nowego Crobuzon, kiedy Wieczny Pociąg po prostu jeździł w kółko po równinie, to przecież marzenie każdego zdrowego człowieka, niekoniecznie lewaka - żyć z tego co wypracowałeś, pomagać innym, nie nienawidzić, nie służyć nikomu, być szczęśliwym, być wolnym. Judasz zatrzymujący Radę w czasie ma rację, mimo iż kara wymierzona mu przez Ann-Hari jest sprawiedliwa. Radzie nigdy by się nie udało, bo sny nie spełniają się ani w naszym świecie, ani w Bas-Lag. I nie trzeba doktoratu z marksizmu, by to zrozumieć.

"Żelazna Rada" może być lewicowa tylko dla kogoś pokroju Sknerusa McKwacza. Bo co jest wywrotowego w marzeniach o wolności? Albo w wizji społeczeństwa żyjącego w zgodzie? Co jest niesłusznego w pytaniu o los uciśnionych, prostytutek, źle opłacanych robotników, prześladowanych mniejszości i okrutnie prze-tworzonych? Zdrowe odchylenie Miéville'a, zadającego pytanie o to, kto pracuje na potęgę tych wszystkich fantastycznych miast-państw jest zresztą o tyle urzekające, że przecież zazwyczaj fantasy skręca w kierunku dokładnie przeciwnym - ku przestarzałym, rycerskim bredniom, wychwalaniu arystokracji i pierdoleniu o szkodliwości wszelkiego postępu, naturalnym porządku rzeczy i ludziach, którym należy się więcej, bo się ładniej urodzili.

A jakby tego było mało, strasznie zrobili mnie też bohaterowie. Zwłaszcza Ori, zagubiony marzyciel, który chce już działać. To ucieleśnienie piłsudczykowskiego: "kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie skurwysynem". Spiskowiec, który wbrew sobie zostaje mordercą. Idealista idący zbyt daleko. Sprawiedliwy wśród siepaczy w sprawiedliwość już nie wierzących. Ale czyż nie było warto choćby dla kilku chwil z Kolektywem? I dla przepięknej sceny, gdy Toro w końcu zdejmuje hełm i tłumaczy swe motywy?

Po raz pierwszy też poruszył mnie wątek gejowski i to na uczuciowo-emocjonalnym poziomie. Zakochany w Judaszu Cutter jest najsmutniejszą postacią "Żelaznej Rady", takim mną tylko bez fiksacji na temat cycuszków. Jemu nie chodzi przecież o żaden Wieczny Pociąg, politykę czy ideały. On się po prostu zakochał w kimś, kto nigdy nie będzie jego. W swoim własnym "the one that got away". W sentymentalnym, egoistycznym głupcu, nie potrafiącym docenić faceta, który przeszedł dla niego cały świat.

Tak… Zdecydowania najlepsza rzecz jaką czytałem w 2012 roku.

czwartek, 03 stycznia 2013, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: crono_85, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/01/04 12:33:14
Namówiłeś mnie.
-
2013/01/11 11:59:38
Właściwie wszystkie książki, które wydano Mievilla w Polsce są rewelacyjne. Wyjątkiem od tej zasady jest "Miasto i Miasto". Bo tam China rozdmuchał do rozmiarów powieści nietuzinkowy pomysł, który dobrze by się sprawdził w opowiadaniu. No i niestety zapomniał o czymś takim jak "fabuła" i "suspens"...