statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Moje nasze klasy

To nie jest dobry czas dla popkultury. Kraj zwariował. Co w moim życiu objawia się podwyższoną dawką telewizyjnego jazgotu i pogłębiającym się uzależnieniem od Facebooka, przez który przechodzą właśnie ideologiczne wojny - prawdziwi mężczyźni brodzą tam w prawdziwej (choć znanej z przekazów medialnych), polskiej krwi, znów zdradziecko przelanej; w pogardzie mają kino i komiksiki. Są przy tym tylko trochę bardziej owłosieni niż zazwyczaj.

Niespecjalnie chce mi się jeszcze o tym gadać. Nie lubiłem tego kraju już w czasach, gdy był jeszcze nasz, a nie mój czy ich. Problem w tym, że wtedy lubiłem go nie lubić. Dziś nienawidzę go nienawidzić. Z tęsknoty za tamtymi dobrymi czasami dzisiejszy tekst.

*

Piosenkę Kaczmarskiego - pierwszą, prawdziwą "Naszą Klasę" - znałem na pamięć jeszcze w czasach, gdy nie wiedziałem, że żyję w komunie i nie miałem pojęcia, co to takiego te porno kluby. Słuchałem jej ze zjechanych kaset znalezionych u ojca i szczerze mówiąc nie bardzo przejmowałem się jakimikolwiek słowami - cieszyłem się, że z pudełka z przyciskami wychodzi muzyka, a ja mogę potańczyć w sukienkach siostry. To trochę tłumaczy mój do niej sentyment - niestępiony nawet nieudolnie poetyckim finałem i nieudaną drugą częścią. Najbardziej zawsze biorą mnie wersy o tych, którym się nie powiodło. O Goście z Przemkiem, co ledwie przędą. Nie dlatego, że coś szczególnie spieprzyli, ale po prostu dlatego, że kiedy można było wyjeżdżać do tych wszystkich Stanów, Tel Awiwów, Paryżów i szwedzkich porno klubów, oni za bardzo się bali zmian w swoim życiu, siedzieli więc w ciasnym, nie swoim mieszkanku i płodzili kolejne dzieciaki. Niespecjalnie to politycznie poprawne, powinienem pewnie identyfikować się z tymi, co to ginęli w grudniu albo siedzą za odmowę, ale chyba Kaczmarski też lubił ich najbardziej, bo mówi o nich najwięcej - dużo miejsca dostaje jeszcze tylko fizyk z Moskwy, będący zgrabną ilustracją skomplikowanych wyborów tamtych czasów.

W latach 90. powstała niestety druga część "Naszej Klasy". Niestety, bo lubię myśleć o idolach mojego dzieciństwa jako o kolesiach, których bym przyjaźnił. "Nasza Klasa (ciąg dalszy)" sugeruje coś innego. To w zasadzie jeden wielki lament nad tym, jak chujowa jest ta nasza nowa III RP, tylko z pozoru wolna. Kaczmarski porusza chyba wszystkie tradycyjne prawicowe bóle - a, że Solidarność jest skłócona; a, że to nie tak wszystko miało wyglądać; a, że nawet te nasze piękne kobiety się teraz ciągle puszczają. Bliski w tym jest innej zawiedzionej miłości mojego chłopięctwa, Rafała Ziemkiewicza - gdy byłem młody autora świetnej książki o teoriach spiskowych, gdy dorosłem wyznawcę wszystkich popieprzonych teorii spiskowych i chyba najbardziej nawiedzonego z polskich publicystów.

Na szczęście na drugiej "Naszej Klasie" się nie kończy. Naszoklasowa idea jest ponadnarodowa i można dzięki niej narzekać nie tylko na komunę i Gazetę Wyborczą, ale i na amerykańskie przedmieścia. Udowodnił to kolejny z moich młodzieńczych kochanków - Dexter Holland, lider the Offspring. "The Kids Aren't Alright" nie opowiada o naszej klasie, ale o dzieciakach z jednej ulicy. Poza tym konstrukcja piosenki jest dokładnie taka sama - depresyjny wstęp z przypomnieniem beztroskiego dzieciństwa, kilka ponurych wyliczanek o dorosłości, jakaś samobójcza śmierć i znowuż depresyjne, ciut banalne zakończenie. Utwór jest hołdem dla młodszego o 43 lata hitu "The Kids Are Alright" The Who. Piosenka Brytyjczyków też nie jest zresztą specjalnie pocieszająca - w najlepszym razie opowiada o chłopaku patrzącym na swoją dziewczynę tańczącą z jego kumplami (pozostaje mu tylko im zaufać, gdy śliski robal przewraca się w brzuchu), w najgorszym to rzecz o odchodzeniu i rozwalaniu związków bez żadnego wyraźnego powodu, w imię nieuzasadnionej wewnętrznej potrzeby.

Ostatnio po mem naszej klasy sięgnął jeszcze Tadeusz Słobodzianek pisząc niesamowity dramat o mordzie w Jedwabnem. Najbardziej przejmujące w tym tekście jest to, jak jasno Słobodzianek pokazał bliskość tych ludzi - katów i ofiar. Piękne są zwłaszcza dialogi, w których mordercy powołują się na solidarność i litość, bo przecież "nasza klasa i wspólna ławka". Tutaj znów emocjonalnie najbardziej bierze mnie smutna historia miłosna - Polaka ratującego Żydówkę, żyjącego z nią później jak z żoną, ale w bardzo polskim, zapijaczonymi i ponurym stylu, gdzie ona od niego nie odchodzi, a on wciąż czuje się przez wszystkich oszukany.

Nie mam już konta na Naszej-Klasie.pl nie mogę więc napisać, jakie depresyjne historie przydarzyły się moim kumplom ze szkolnej ławki. Wiem tylko, że kurewsko żałuję, tego jak kierowałem swoimi znajomościami. Te paręnaście lat później w dupie mam już, czy byłem popularny, piękny i lubiany. Nie obchodzą mnie losy ludzi, którym próbowałem wtedy imponować. Gdzieś mam, czy Przemek jest jeszcze z Edzią, Gosia z Matysem, czy może jakiś inny Kacper wciąż jest przezajebisty. Jeżeli już wspominam liceum, to zastanawiam się, co u Czarka - leniwego geniusza z problemami rodzinnymi, który potrafił przejechać pół miasta, by zobaczyć Pieczewo tylko dlatego, że wciąż o nim gadałem. Albo u Łukasza - uzdolnionego muzycznie odludka wyglądającego niczym kolumbijski mafiozo. Albo u Moniki - cichej kujonki, która nigdy nie odmówiła mi pomocy, choć nigdy nie dałem jej żadnego powodu by żywiła do mnie jakiekolwiek pozytywne uczucia.

Chciałbym im powiedzieć, że, mimo iż bardzo starałem się być zajebisty i lubiany, to wyrosłem na zaczytanego w komiksikach nerda, który nic nie wie o prawdziwej, patriotycznej krwi lejącej się ulicami naszego kraju. I, że żałuję, że ich nie poznałem póki mogłem, bo znam się trochę na popkulturze, a ona mówi, że albo już nie żyją, albo zjebali sobie życia, albo za chwilę sobie zjebią.

czwartek, 21 października 2010, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: