statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Ryba w cieniu Ojca - o skomplikowanych relacjach cioty z mężczyzną

 

Normalni ludzie boją się budzić z koszmarów. Zlani potem, z krzykiem na ustach, wprost w pustkę nocy. Ja boję się miarowego dźwięku uderzenia siekiery. Nie dlatego, że jest to część koszmaru, w którym śniłem, że ktoś ćwiartuje moją matkę, by później kazać mi ją zjeść, ale dlatego, że dźwiękowi temu towarzyszy zawsze przerażająca myśl - "ojciec pracuje".

Nigdy nie był tatą. Ani tatusiem. Ani tatkiem. Nie był nawet Stasiem. To po prostu do niego nie pasuje. Do charakteru zahartowanego w kuźniach samego Szatana, w których chwilę wcześniej wykuto miecze na bitwę na polach Armagedonu. Ani do wszechstronnego, staroszkolnego wykształcenia, które zdobywał w przybytkach, dziś nazywanych więzieniami o zaostrzonym rygorze - w swojej młodości on uczył się w nich pod czujnym okiem polonistek z Waffen-SS i dawał radę. Ani do okrutnego, śmiertelnie precyzyjnego poczucia humoru, przy którym nawet najlepsi amerykańscy komicy stend-up zeszliby ze sceny z rumieńcem dziewicy oglądającej film porno. Ani do tytanicznej sylwetki. Żaden tatuś nie zamachuje się siekierą tak jak on. Jakby była średniowiecznym toporem dwuręcznym, który ja znam tylko z gierek RPG. Jakby ścinał nim głowy nieprzyjaciołom, a nie rąbał drwa do kominka. Dlatego od zawsze był Ojcem. Majestatyczną, posągową figurą, do której bardziej pasuje funkcja (pisana od wielkiej litery) niż imię. Przecież nie nazwałbyś starotestamentowego wszechmogącego Boga (tego od wygnania z Raju, strącenia Lucyfera, zagłady Sodomy i Gomory, potopu, siedmiu plag i Hioba) pierdolonym Stasiem. Prawda?

Jednak nie przebudzenie jest najgorsze. Leżąc w łóżku, skacowany (musiałem się wczoraj upić, nie mogłem kurwa po prostu odpuścić?), zmęczony, brudny, smutny i samotny, zdaję sobie sprawę z jednego. Jego praca oznacza kres mojej żałości, to w zasadzie przysługa, zrozumiała tylko w naszym pokręconym ojcowsko-synowskim kodzie, z zewnątrz wyglądającym jak miłosne rozmówki sadysty z masochistą. Napierdalając od rana ojciec daje mi szansę udowodnienia, że jestem coś wart. Wyciąga swe umięśnione, owłosione, skrwawione krwią wikingów ramię, by wyciągnąć mnie z tej nieszczęsnej namiastki egzystencji, którą na co dzień zwę swoim życiem.

Oczywiście nie od razu. Jego pokolenie niczego nie ułatwia. Przecież gdybyś tak jak oni własnoręcznie obalał komunę i budował polski kapitalizm, wiedziałbyś, że nic w życiu nie przychodzi bez walki. O wszystko musisz się starać. Każdą piędź swojego życia zrosić musisz brunatną krwią swojego wysiłku. Tylko takie osiągnięcia są coś warte. Tylko krew, pot i ciężka praca nobilituje. Oczyszczająca świadomość, że zapierdalałeś do utraty tchu, a później jeszcze trochę, by zdobyć coś, co zwykłe wymoczki dostają bez wysiłku, i co nic nie jest dla nich warte. To oczywiste, że czasem trzeba zstąpić do piekła, przerżnąć się przez armię demonów, napluć Diabłu w twarzy i rzucić błyskotliwy komentarz odchodząc. Czasem po prostu trzeba się postarać.

Wiem o tym. Nie myję się, nie ogarniam. To strata czasu, zresztą nieogolony, brudny i śmierdzący trochę bardziej przypominam mężczyznę, a nie metroseksualną namiastkę człowieka, której on nie rozumie, nie toleruje, a czasami nawet (jestem tego pewien) wstydzi się, że spłodził. Liczy się każda sekunda. Za chwilę drzewo może runąć z rozdzierającym łoskotem upadających rodzicielskich nadziei. Śmierdzący wódką, petami i wyznaniem winy staję do apelu. Spięty, gotowy, przestraszony jak 6-latek sięgający po pierwszego peta, pragnący przypodobać się starszym kolegom gówniarz, który wie, że wszystko robi źle. To nie będzie łatwe. Nie może być. Nie chcę by było, bo tylko tak mogę zasłużyć na jego uznanie.

Wpierw spotykam się z ostracyzmem. Otwartym mnie ignorowaniem. Brakiem odpowiedzi na choćby "cześć". To pierwsza próba. Chce mnie sprowokować, pokazać jaką płaczliwą piczką jestem, udowodnić, że pobiegnę zaraz do mamy, przytulę się do cycka i zacznę płakać skarżąc się, że ojciec mnie nie kocha. Muszę wytrwać, ignorowany, odpychany, pogardzany muszę udowodnić, że zasłużyłem by być jego synem. Niczym rekruci w Legii Cudzoziemskiej stojący w piekielnym słońcu Sahary, lżeni lub ignorowani, ale pewni, że ich upór na coś się przyda.

Powoli, sekunda po sekundzie (to może się ciągnąć cały dzień, muszę trwać!) pomiędzy naszymi ciałami wytwarza się nić porozumienia. Widać to w sposobie w jaki się poruszamy, w jaki ustawiamy się względem siebie. Matematycy nie dostrzegliby pewnie tych drobnych różnic, lecz antropolodzy znają to doskonale - podobnie komunikują się samce goryli, najprawdopodobniej tak też rozmawiały ze sobą Tyranozaury. Milimetr po milimetrze ojciec odwraca się do mnie, dopuszcza mnie do siebie, wykorzystując to robię minimalne kroki do przodu, wchodzę w jego strefę, daję mu znać, że wiem, jestem, czuwam. Delikatnie, by go nie spłoszyć zbytnią oczywistością tego rytuału, by nie wyszło gburowato, bezczelnie i homoseksualnie. Ten taniec milimetrów to najtrudniejszy moment dnia, ba, czasami nawet miesiąca. Obaj wiemy, że możemy się spłoszyć jednym niepotrzebnym ruchem. Że chwiejną, pełną napięcia równowagę pomiędzy nami może zburzyć każdy dźwięk. Dlatego gdy nasze ciała rozmawiają ze sobą, nasze usta milczą. To nie jest czas na pogawędki, dowcipaski i uśmieszki. Tu się kurwa dzieje męskość!

To może trwać moment, lecz bardziej prawdopodobne, że ta czuła gra zajmie nam kilka godzin. W końcu, po zsumowaniu milimetrów dochodzimy do kompromisu i staję się godzien fizycznego kontaktu. Nie tam od razy siekiery, ale mogę przecież podać szklankę z wodą, otrzeć to majestatyczne czoło z potu, pomóc mu zachować równowagę, gdy pod ciężarem swej zajebistości chwieje się niczym Jezus pod krzyżem. To kluczowy moment dla naszych relacji. Jeżeli nic nie spieprzę, wyczekam i nie uronię łzy, z pizdy stanę się wspólnikiem. Obserwatorzy mogą ten moment przegapić, dla nas jednak jest równie oczywisty, co słońce oświetlające jego muskuły, gdy po raz kolejny zamachuje się na ten bezduszny kawał drewna. Z sekundy na sekundę napięcie znika, powietrze skłębione do tej pory pomiędzy nami ucieka, wkrada się świeże powietrze. Tak pachnieć musi postnuklearna pustynia po pierwszym deszczu.

Wtedy, i tylko wtedy, przez jeden ułamek sekundy, którego nie mogę przegapić, gdyż następna okazja może nadarzyć się już w przyszłym życiu, nazwać go mogę "tato". Przejmując od niego siekierę, zamachując się na drzewo, zmęczony, poniżony, głodny, lecz męski jak kolekcja filmów z Sylvestrem Stalone, na krótką chwilę staję się równy bogom, a on myśli, że być może jest dla mnie jeszcze szansa.

Że stanę się kiedyś mężczyzną. Dzięki tobie. Tato, kurwa, nie płacz…

piątek, 30 lipca 2010, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: red_normal, *.chello.pl
2010/07/30 19:07:19
To jeden z lepszych postów na Twoim blogu.
-
Gość: Jan Dżonattan Kwak, *.chello.pl
2010/08/05 18:15:39
"...gdy pod ciężarem swej zajebistości chwieje się niczym Jezus pod krzyżem." Ja pierdole, padłem...
-
Gość: Patryk, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2016/01/02 16:12:23
Zajebiste, dosadne i w dużej mierze prawdziwe :) Jak to mawiają angole: "been there, done that, my friend!". Father and son activity. Peace.