statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Ostatnio oglądane - "Avatar"

 

Należę do tej niewielkiej, elitarnej grupy populacji, która nie płakała po śmierci papieża i nie oglądała „Tańczącego z wilkami”. Dlatego wszelkie podobieństwa „Avatara” do filmu z Costnerem są mi zupełnie obojętne. W tym tekście nie będzie żarcików na poziomie „tańczącego ze smerfami”. Postaram się za to wrzucić kilka tekstów o połykających nastolatkach.

„Avatar” to najprawdopodobniej najlepszy kawałek hollywoodzkiego kina od czasów „Titanica”. To film, na którym siedzisz z rozdziawionymi ustami i zastanawiasz się, czy wymyślisz słowa, by opisać innym to, co widziałeś. To lektura obowiązkowa dla każdego reżysera, któremu zamarzy się kiedyś nakręcić blockbustera. Kojarzycie to rzadkie uczucie towarzyszące oglądaniu naprawdę dobrego filmu rozrywkowego? Szept gdzieś w tylnej części mózgoczaszki, który podpowiada ci, że to właśnie po to wynaleziono kinopleksy. Że o to zawsze chodziło. Że na ekranie dzieje się coś niezwykłego, jakaś pieprzona magia, a przecież hej! nie oglądasz wcale pornola! Wielu frajerów miało to uczucie oglądając „Władcę Pierścieni” albo „Harrego Pottera”, ale ja ostatni raz czułem się tak chyba na pierwszym „Matrixie”, kiedy powoli zdawałem sobie sprawę, że jestem świadkiem rewolucji, po której kinematografia nie będzie już taka sama. Wiedziałem, że na ekranie dzieje się coś pięknego, że od tej pory wszystkie filmy będę porównywał do tego. Że nie da się już zrobić strzelaniny bez konfrontacji z unikającym kul Neo. Podobne uczucie towarzyszy seansowi „Avatara”. Z tym, że trwa niemal 3 godziny. 

Piekło tak! Ten film wyznacza nowe horyzonty. Pokazuje jak wiele można osiągnąć w kinie. Jak dużo jeszcze zostało do pokazania. W świecie Pandory dosłownie się zanurzasz, czujesz, jak cię oblepia, jak oddychasz jej powietrzem, czujesz jej zapach, czujesz frakturę wszystkich połyskujących roślinek, a gdy bohaterowie wskakują na smoki musisz się złapać krzesła by poszybować za nimi. To magia, najprawdziwsza magia, czujesz ją tylko w kilku momentach życia – oglądając pierwszy film z Charliem Chaplinem, pierwszy musical, pierwszy film o Alienie lub otrzymując pierwszą laskę w kinie.

Cameron zjada Petera Jacksona na kolację. Wszystko, co widzieliśmy w trzech częściach „Władcy Pierścieni” tutaj pokazywane jest w ciągu piętnastu minut łażenia po Pandorze. A przecież dopiero później zaczyna się frajda. „Avatar” daje widzowi wszystko, czego zapragnie, obsługuje go kompleksowo, jest jak luksusowa call girl, za którą płacisz kupę kasy (27 złotych kurwa!), ale po piątym orgazmie wiesz dokładnie na co poszła każda złotówka. Ten film od siebie uzależnia, sprawia, że nigdy więcej nie będziesz chciał iść na zwykły film scence-fiction, bo to tak jakbyś znów wrócił do masturbacji.

Nie rozumiem zupełnie zarzutów dotyczących fabuły „Avatara”. Tak, „Avatar” ma zajebistą fabułę, i tak, od początku wiesz jak to wszystko się potoczy i jak się skończy. I bardzo, kurwa, dobrze. Opowiadanie historii to nie tylko sztuka zaskakiwania, to także sztuka sprzedania czegoś, co odbiorca zna, w atrakcyjny sposób. I dokładnie tak działa „Avatar”. Świetnie skonstruowani bohaterowie (no może poza niezbyt wyraźnymi postaciami drugoplanowymi, które mogłyby się nazywać „ten jego kumpel” i „ten wściekły elf, co będzie bzykał Neytiri”). Dobrze poprowadzona intryga. Idealnie wymierzone punkty kulminacyjne. Odpowiednio dramatyczne sceny, które dramatyczne być powinny. Filmy to nie test ciążowy, nie każdy musi zaskakiwać! Większość filmów opowiada po prostu dobre historie, które nie udają kryminałów. Całe to szaleństwo z obowiązkowym twistem fabularnym, które jak dla mnie zaczęło się po nagrodzeniu Oskarem genialnego scenariusza „Podejrzanych”, jest już nieco wkurwiające. Ogarnijcie się ludzie!

A i przesłanie filmu nie jest głupie. Że trzeba chronić planetę? Że Amerykanie byli idiotami wyrzynając Indian? Że ropa nie jest warta wywołania wojny? Że Wietnam i Irak to jednak porażki? Że wielkie korporacje w dupie mają ludzi i ich prawa? Że militaryzacja to nieszczególnie udany pomysł na rozwój ludzkości? Przecież to wszystko prawda – chciałbym by więcej filmów za ponad 200 milionów powtarzało mi takie mądrości, w tak naturalny i nienachalny sposób.

Wszystko to jest świetnie opowiedziane – gdy trzeba jest szybko i widowiskowo, w innych momentach wolniej i bardziej refleksyjnie, czasami trafi się nieco patosu (acz nawet końcowe przemówienie Jake’a nie wywołało we mnie odruchu wymiotnego), czasami jest śmiesznie (choć na szczęście nie slapstickowo). Sam Worthington i Zoë Saldana może nie będą nominowani do Oskarów, ale przynajmniej ich gra nie boli. Za to już Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez i Giovanni Ribisi grają bardzo sprawnie, naturalnie i na luzie. Żal nieco Stephena Langa, bo aktor to w sumie niezły, a rolę dostał bardzo mało wymagającą – ot szczerzy się i gada o wojnie i zabijaniu, taki z niego Kilgore z „Czasu Apokalipsy”, ale o ile Kilgore’a widzieliśmy w kilku mocnych, krótkich scenach, o tyle w „Avatarze” pułkownik pojawia się dużo częściej i z czasem trochę męczy.


Jednym zdaniem: Ja jebię!

PS W filmie pojawiło się też parę mądrości życiowych, chociażby takie dwie:
1. Facet z fajnym smokiem, zawsze zdobywa najfajniejsze laski. Jeżeli najfajniejsza laska cię odrzuca, zdobądź fajniejszego smoka.
2. W bezpośrednim starciu ważniejsza niż siła jest zręczność, więc elfy są groźniejsze niż trolle.

poniedziałek, 28 grudnia 2009, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/01/14 15:13:36
Taką recenzję to ja rozumiem :D "Avatara" trzeba umieć docenić, Ty to zrobiłeś bardzo dobrze :) Pozdrawiam serdecznie!
-
Gość: au, *.chello.pl
2010/02/25 00:34:29
poważnie? wyszedłem wkurwiony. rozumiem zachwyt nad warstwą wizualną, ale nie rozumiem, czemu nie można zrobić filmu który będzie jednoczesnie piękny i mądry (są takie kobiety, naprawdę) tylko jak juz widowisko to fabuła musi być durna jak filmy Michaela Moore'a, i nawet o tym samym: Ameryka jest złaaaaaaaaaaaaa, brakowało tylko żeby się kurwa zjawił Hugo Chavez. jestesmy w przyszłości, w pierdolonym kosmosie, a nadal "Ameryka jest złaaaaaaaaaaaa", no kuwasz żesz.
(i , tak, widziałem Tańczącego z wilkami. jeden z najbardziej niezamierzenie rasistowskich filmów evar. poza tym- to samo, brakowało tylko żeby się kurwa zjawił Hugo Chavez)
po wszystkim przyszedłem do domu i odpaliłem Aliens.