statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

10 najlepszych filmów, których nie wiedziałem.


Ciąg dalszy mojego filmowego wyłażenia z szafy. Oto dziesięć filmów, których nigdy nie widziałem, chociaż pewnie w rozmowach wielokrotnie się na nie powoływałem udając znawcę. Oto dziesięć grzechów głównych filmoznawcy i fanatyka popkultury, za których przecież się podaję (za filmoznawcę by popisać się przed dziewczynami, za fanatyka by wytłumaczyć krępujące w niektórych środowiskach zafascynowanie komiksem).

10. Ojciec chrzestny 3 – po prostu nie rozumiem zafascynowania Ojcami Chrzestnymi! Okej, przyznaję, to świetnie zrealizowane filmy. Odpowiednio dramatyczne, czasami wręcz w iście szekspirowski sposób tragiczne (jak na przykład scena zamordowania Freda). Jednak przede wszystkim są to filmy gloryfikujące mafię, mordowanie i wymuszanie. Przestępcy jakich pokazał Coppola to tak naprawdę smutni i dumni dżentelmeni, którzy kierują się zasadami honoru i troską o najbliższych. Kurwa mać, przecież to mordercy! Obejrzałem jedynkę, bo tak często leci w TV, że ciężko było nie obejrzeć. Obejrzałem dwójkę, bo ponoć lepsza niż jedynka. Fakt, lepsza, pokazuje przynajmniej przerażającą przemianę Michaela, który z patrioty staje się despotą. Ale trójki już nie dałem rady. Za rzadko leci w TV, za mało spodobały mi się dwie poprzednie, żeby się zmusić do obejrzenia na DVD. No i w ogóle jakoś mnie odstrasza ten wątek watykański (tak, wiem, że opowiadający o prawdziwych wydarzeniach) i Andy Garcia, który moim zdaniem nie należy do tej samej ligi co DeNiro, Pacino i Brando.

9. Trzy kolory – problem z trylogią Kieślowskiego jest taki, że panicznie boję się intelektualnego polskiego kina. Przeraża mnie Zanussi, przez Kieślowskiego nie śpię po nocach, dreszcze mnie przechodzą gdy myślę o Agnieszce Holland, a Konwickiego znam tylko jako pisarza. Lubię Wajdę, ale chyba właśnie przede wszystkim dlatego, że jest jedynym polskim reżyserem próbującym się w wielkobudżetowym kinie w stylu amerykańskim – czyli dla widza (jest jeszcze Pasikowski i ci panowie od Testosteronu, których przestałem oglądać po tym jak ich najlepszy film „Ciało” okazał się plagiatem i tępotą). Wiem, to poniżające i niesłuszne, ale tak właśnie jest. Nie będę nawet pisał, że coś w tych filmach by mi się nie spodobało, bo naprawdę nie widziałem ani jednej całej sceny. Podobno w jednym jakiś facet włazi do walizki, a w drugim jest goła baba. Tyle wiem.

8. Miś – po co mam oglądać film, którego każdą scenę znam na pamięć z tych żałosnych imprezowych momentów, kiedy nagle wszyscy przypominają sobie najśmieszniejsze sceny z „Misia” bo alkohol się skończył, a trzeba się z czegoś pośmiać. Naprawdę, chciałbym obejrzeć „Misia”, ale teraz już nie ma sensu. Ten film zamordowali we mnie wszyscy jego wielbiciele, wszyscy ci, którzy bez przerwy się na niego powołują. Każdy mój znajomy, który używa frazy „scena zupełnie jak z Misia” może się czuć osobiście odpowiedzialny za moją niechęć wobec tego dzieła.

7. Jakikolwiek film Almodovara – nie widziałem, boję się. Nie żebym był ignorantem. Dokładnie na odwrót. Czytam wszystkie recenzje jego filmów i uważam się za intelektualnego przyjaciela hiszpańskiego reżysera. Jednak są pewne rzeczy, których nie chcę oglądać. Nie dlatego, że jestem im przeciwny, ale dlatego, żem wrażliwy heteroseksualny mężczyzna. Dlatego boję się tych wszystkich gejów, transwestytów, molestujących księży i małych ludzików wchodzących w wielką waginę. Pedro – podziwiam twoją pracę, jesteś wielkim reżyserem. Ale ja po prostu nie jestem twoim targetem. 

6. The Game – uwielbiam Finchera, a to ponoć najlepszy jego film po „Podziemnym Kręgu”. Więc czemu? Dwa słowa: Michael Douglas. Choć do samego aktora nic nie mam (świetny w „Upadku”), to jakoś nie mogę się przemóc by zobaczyć go w czymkolwiek co nakręcił Fincher. Dauglas mi po prostu nie pasuje.

5. Las Vegas Parano – kultowy film dla ćpunów. Nie oglądałem go głównie dlatego, że za mało ćpam. Zawsze wyłączałem się po piętnastu minutach i stwierdzałem, że to jednak nie dla mnie. Niestety najprawdopodobniej nigdy tego arcydzieła nie zobaczę. Tak się bowiem składa, że w międzyczasie przeczytałem książkę, która okazała się napakowaną narkotykami czytanką dla niegrzecznych dzieci. Żadnego tu buntu, kontestacji czy intelektualnej potęgi. Thompson po prostu faszeruje się dragami i opisuje to na dwustu stronach. Najlepsze z tego wszystkiego jest posłowie Żulczyka (Bądź przeklęty Jakubie Żulczyku!), w którym wskazuje momenty mające zachwycać (nie zachwyciły) i punktuje jaka potęga intelektualna idzie za tą książką (przeze mnie niedostrzeżona).

4. Sokół Maltański – są trzy powody, dla których to wyznanie jest dla mnie szczególnie upokarzające. Po pierwsze kocham Bogarta. Uważam, że on, Mickey Rourke i Steve McQueen są jedynymi prawdziwymi twardzielami w historii kina (w poczekalni siedzi Bruce Willis). Ich męskość mnie poniewiera, sprawia, że na kilka chwil staję się napaloną na samca nastolatką i przez moment wiem jak to jest zwilgotnieć. Po drugie kocham to wszystko, co nazywamy dzisiaj czarnym kryminałem lub filmem noir (wymawiam <nojr>). „Sokoła” nie obejrzałem z kilku powodów. Po drugie rzadko dosyć leci w TV, u nas nie ma tego kultu amerykańskiej klasyki, który pozwala obejrzeć jakiś film Hitchcocka raz na tydzień, u nas by obejrzeć „Casablankę” trzeba czekać na specjalny odcinek Kocham Kino, który zacznie się od przeprosin Grażyny Torbickiej, że sory, chcieliśmy pokazać jakiś koreański film o masturbacji prowadzącej do samotnej śmierci i przeżyć egzystencjalnych, ale pies zjadł taśmę, więc puścimy taki amerykański shit, który jest mniej shitowaty. Po drugie jest to taki film, który trzeba oglądać w całości, a jak już go dorwę na jakimś Ale Kino czy TCM to akurat jest w połowie i nie wiem o co chodzi. Po trzecie w końcu to film czarno-biały. A nie oszukujmy się, ludzie z naszego pokolenia mają olbrzymie problemy z przyswajaniem czarno-białej klasyki.

3. Przeminęło z wiatrem – trzy godziny o dyskryminowaniu czarnych, płonącym Południu, strasznych Jankesach, którzy niszczą naturalny porządek wprowadzając jakieś tam równouprawnienie i gapieniu się sobie w oczy i pieprzeniu o miłości (choć niemal nikt nikogo nie bzyka!). Dla mnie to za wiele. Kiedyś zmusiłem się do obejrzenia pierwszej części, drugiej już nie dałem rady.

2. Lśnienie – krótko, bo i nie ma o czym gadać. Nie oglądałem, bo nigdy nie miałem prawdziwej okazji. I boję się trochę.

1. Taksówkarz – rzucajcie błotem, jestem gotowy. Wiem, to jeden z najgenialniejszych filmów w historii kina. To najlepszy film Scorsese w jego karierze. Chyba najbardziej niedoceniony przez Akademię arcydzieło w dziejach Oskarów. Jeden z tych tytułów, które wykorzystuje się podczas wykładów dla młodych filmowców. Do tego świetne kino w amerykańskim stylu, które ja przecież uwielbiam i za wzór stawiam całemu światu. Ze świetnym, kultowym monologiem przed lustrem młodego De Niro, śliczną Jodie Foster w głównej roli kobiecej (Bogowie! Przeklinam was, że nie stworzyliście mnie lesbijką!) i z Harveyem Keitelem w jakiejś roli drugoplanowej, którego też kocham. Do tego film ściągnąłem jakiś czas temu i mam go na dysku, na przeszkodzie nie stoi więc ani TV ani ogólna niedostępność. Dlaczego więc? Po prostu głupi i leniwy ze mnie skurwysyn, który woli zapuścić „Zack i Miri kręcą porno” (rewelacyjna pierwsza godzina, trochę gorsza druga, jedna naprawdę obrzydliwa scena, jedna naprawdę genialna) niż „Taksówkarza”. 

DODATEK SPECJALNY

W tym roku Oskara powinien dostać Mickey Rourke, za genialną rolę w „Wrestlerze”. O oskarowych filmach będę zresztą jeszcze pisał w następnych odsłonach mojego tymczasowego cyklu filmowego. Ale póki co krótka lista ról, które przeszły Mickey’owi koło nosa – tak, żebyście mogli się cynicznie uśmiechnąć, że wcale nie jesteście takimi życiowymi kretynami jak wam się wydawało (na podstawie Filmwebu).


- odrzucił główną rolę w „Nieśmiertelnym”
- odrzucił rolę w „Milczeniu owiec” (miał zagrać szefa Jodie Foster)
- przegapił rolę w „Rain Manie”, dostał ją Tom Cruise
- odrzucił rolę Kaskadera Mike’a w „Death Proof” Tarantino
- odrzucił rolę Butcha w „Pulp fiction”
- odrzucił rolę w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, dostał ją Robin Williams
- stracił miejsce w obsadzie „Inglorious bastards” Tarantino, jego miejsce zajął równie dobry Michael Madsen
- pierwotnie razem z Nickiem Nolte mieli zagrać w „Bad Boys”
- pierwotnie miał być Axelem Foleyem z „Gliniarza z Beverly Hills”
- odrzuciła rolę Ice Mana w „Top Gun”
- odrzucił rolę Elliota Nessa w „Nietykalnych” De Palmy
- odrzucił główną rolę w „48 godzinach”, dostał ją Nick Nolte
- jego rola w „Cienkiej czerwonej linii” została wycięta
poniedziałek, 09 lutego 2009, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/02/09 18:22:18
Ja odrzuciłam propozycję Łepkowskiej, gdy obsadzała rolę Oli Lubicz w Klanie.
-
2009/02/19 16:25:58
dziesięć grzechów głównych, powiadasz? Oj, grzeszę strasznie, bo do większości nie potrafię się zmusić.
Pozdrawiam:)
-
2009/07/27 15:18:53
Co do Mika i reszty gentlemanów którzy sprzatali mu role sprzed nosa - żaden z nich nie zagrał w Sin City, przy boku uroczej Alby.
-
2010/02/10 23:40:22
Miałem podobne obawy co ty i do podobnych filmów. Jedne obawy się sprawdziły, inne nie, a jeszcze innych dalej nie sprawdziłem. I tak Douglas rzeczywiście nie pasuje do Finchera. Strasznie mnie irytować swoim widokiem, dopiero po "Upadku" nabrałem do niego sympatii. "Las Vegas Parano" jest nudne i obejrzałem tylko z przymusu niejako. Tak jak mówisz - 2-óch gości się zaćpało i film właśnie o tym jaki oni mają odlot. Zdecydowanie bardziej ja wolę mieć ten odlot niż na nich patrzeć. "Przeminęło z wiatrem" do tej pory nie obejrzałem, boję się z nim zmierzyć, bo przecie to taki klasyk! I trwa niecałe 4 h, a nie 3. Dla mnie taka długość filmu jest nie do wyobrażenia. Tak szczerze to mam go na dysku, ale napisów nie mogę zsynchronizować :D

Co do Rourke`a to z tym Tarantino chyba chodziło ci o "Wściekłe psy", nie widziałem Madsena w "Bękartach" :p

Poza tym bardzo fajny ranking, który z chęcią przeniósłbym na siebie na bloga (w sensie, że ze swoimi filmami, a nie że skopiuję bezczelnie cały tekst :D), ale chyba mi się nie chce.
-
Gość: ZojaWarcislawowa, *.play-internet.pl
2012/02/08 14:07:50
high 5! też nie widziałam taksówkarza, ani ojca chrzestnego 3, a Kiślowskiego nie musisz sie bać, naprawde.
-
2012/05/22 20:21:50
Ojciec chrzestny 3 - inny od jedynki i dwójki. Obejrzyj.
Trzy kolory - trzy różne filmy, a różnice między nimi są takie jak między batmanem a przeminęło z wiatrem. Mie sie wszystkie trzy podobały.
Miś - misia oglądam zawsze gdy się natknę w tv
Jakikolwiek film Almodovara - oglądnąłem "porozmawiaj z nią" i okazało się że to zerżnięty pomysł z 3 kolory niebieski. Więcej nie próbuję.
The Game - Zajebisty film, świetne zakończenie.
Las Vegas Parano- nudy
Sokół Maltański - Strasznie pozawijana intryga, film dobry, casablanca lepsza.