statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Konsekwencje

Budził się powoli, wciąż myślami goniąc za uciekającym snem. Wydawało mu się, że był w nim szczęśliwy, a jego życie nie przypominało krwawego, oblanego alkoholem, strzępu mięsa, na które zaraz rzucą się hieny. Starał się namierzyć swoją aktualną pozycję. Wiedział już, że nie spał u siebie. Jego łóżko było mniejsze i zimniejsze, odwiedzane tylko przez wyimaginowane dziewczyny, o których myślał w trakcie masturbacji, pozostawało samotne w smutnym, dwupokojowym mieszkaniu, które dzielił z obcymi ludźmi. Łóżko, na którym się obudził miało to wszystko, co powinno mieć - pościel była miękka, pachniała snem i ciepłem, matczynymi dłońmi i spojrzeniami pełnymi miłości, esmesami o 3 w nocy do ukochanego, ciepłym oddechem śpiącej dziewczęcości, kartkami zapisywanymi w pamiętniku, pierwszym listem do fanklubu Edyty Górniak i marzeniami o domach spokojnej starości dla umierających psów, pierwszym okresem i poważną rozmową z matką, cichym szeptem kochającego ojca, pełnym niepokoju i niepewności, kiedy obserwował swoją wkraczającą w dorosłość córeczkę, rozmowami z przyjaciółmi, pierwszymi miłosnymi wyznaniami, przytulaniem i tuleniem poduszki, udawanym z nią całowaniem, pluszowymi zwierzakami i kłótniami z młodszym bratem, pierwszymi numerami Bravo, Popcornu i Dziewczyny, i smutnymi piosenkami Starego Dobrego Małżeństwa, Tori Amos i Alanis Morissette, a także pierwszymi scenami erotycznymi odkrywanymi w romantycznych powieściach, których nie czyta nikt szanujący swoją inteligencję. Czuł ten zapach, ale czuł też coś innego, całkiem obcego. Zaschniętą spermę i cichy, nocny krzyk ekstazy, na tyle głośny, by wyładować energię, i na tyle cichy, by nie obudzić śpiących w okolicy rodziców. Wiedział, że te zapachy są obce, bo były to jego zapachy, przynosił je do obcych domów i zarażał nimi czyste pościele, przynajmniej tak mu się wydawało, teraz, w porannym, postalkoholowym otumanieniu, kiedy całe jego życie przypominało mu festiwal zmieniających się cipek.

Po chwili jednak przebudził się do końca. Wiedział już, że kariera nałogowego podrywacza, seksoholika jedynie mu się przyśniła, w pamięci powtórzył bowiem, krótką listę brzydkich dziewczyn, z którymi miał okazję spółkować. Dokonał przeglądu tych wszystkich nieszczęśliwych dzieci, dziewczyn, kobiet, które oglądał nago, tych samotnych posiadaczek piersi i cipek - jedynych cech, których tak naprawdę u nich szukał. I ten przegląd był tak krótki jak jego męskość w tym momencie, przestraszona żałosnością swoich dokonań. Zapragnął się napić i była to myśl o wiele bardziej konstruktywna niż jałowe przedzieranie się przez suchą pustynię swoich wspomnień.

Milena leżała koło niego, pogrążona w głębokim śnie przez moment zdawała mu się nawet ładna, ale wtedy powróciły do niego obrazy poprzedniej nocy i wiedział już, że nigdy więcej nie będzie mógł na nią patrzeć i myśleć o jej urodzie. Zawsze przecież towarzyszyć jej będzie tamten odgłos, kiedy przełknęła. Kołdra zsunęła się z nich w nocy i odsłaniała ją teraz do pasa. Leżała na plecach, lekko przechylona ku niemu, z jedną dłonią wygiętą pod nienaturalnym kontem i wciśniętą pod policzek, drugą zaś zarzuconą niedbale na jego biodro. Włosy opadały na jaj twarz i przyklejały się do niej w okolicy ust, gdzie co jakiś czas wraz z wydechem pękały baloniki śliny. Ogarnęła go znajoma tkliwość, poczuł jak oczy wypełniają się łzami, a oddech staje się urywany. Ale potrafił nad tym panować. Otrząsnął się zaraz i cicho wyślizgnął z łóżka.

Jej pokój był jeszcze dziecinny. Stojący w nim nagi dwudziestotrzylatek nie pasował tu wcale. Ściany były poobklejane plakatami. Już nie the Offspring, czy Nirvany, jak to robiły dziewczyny za jego czasów, ale innymi zespołami, znanymi mu, a jednak całkiem obcymi, należącymi do innej generacji, odległymi o lata gwiezdne - jak Linkin Park, Papa Roach, Stare Dobre Małżeństwo, Britney Spers (ten wyraźnie starszy, wyblakły i popisany długopisem), Justina Tiberlake'a, Comy, Maroon 5, Nelly Furtado i Jeya- Z. Zimne promienie wczesnego świtu prześlizgiwały się pomiędzy żaluzjami i dodawały temu przeglądowi jakiejś surowej magii, w której wszystkie gatunki muzyki mieszały się w jeden, tworząc podstawy wzoru jej osobowości.

Na niedużym regale wisiał stanik, rzucony tu nocą, kiedy on, żałosny i pijany wymiotował do wanny, na tyle trzeźwy jednak, by po powrocie zanurzyć się w nią jeszcze raz i, nie mówiąc nic, posuwać aż do jej orgazmu, bo sam już nie miał sił dojść. Odruchowo poszukał wzrokiem majtek, ale nie odnalazł ich, wrócił więc do regału. Stały na nim głównie książki - opracowania lektur, kilka pozytywistycznych tomiszczy, między innymi pięknie wydane "Nad Niemnem", najprawdopodobniej prezent od babci, pozaginana na rogach "Zbrodnia i kara", która, było to czuć, musiała być prawdziwą męką, niemal cała twórczość Coelho, Carolla, Schmitt'a, Prachetta, Sapkowskiego, opowiadania Marka Hłaski i album z najpiękniejszymi fotografiami National Geographic, kilka książek o buddyzmie i poradników uczących jak prawdziwie żyć. Były tam też płyty, oryginalne, drogie płyty CD popularnych muzyków, absolutnego mainstreamu, przewidywalne i masowe. Cicho otworzył jakąś szufladę i natrafił na bieliznę - drobne, pełne majtki nie miały w sobie nic seksualnego, przynosiły na myśl kilkuletnie dziewczynki, które bawiąc się w piaskownicy rozkładają szeroko nogi, nie wiedząc ile wulgarności dostrzegają w ich pozycji dorośli. Była jeszcze tablica, prosta, korkowa płyta, najprawdopodobniej spreparowana przez jej ojca, tak, by jego córeczka mogła wieszać na niej swoje ulubione wiersze (ostał się tylko jeden, Szymborskiej), zdjęcia z wakacji (tych nie było wcale) i szczególnie udane klasówki (te zostały zastąpione niezapłaconymi mandatami od komunikacji miejskiej), pośrodku zaś wisiało zdjęcie. I chociaż nie chciał go oglądać od razu wiedział, co to za zdjęcie. Pamiętał tamtejszą bryzę i ciepłe promienie słońca na policzku. Jej drobną dłoń w swojej i śmiech, kiedy, autentycznie szcżęsliwa (chyba pierwszy raz odkąd ją znał), śmiała się do niego, choć nie powiedział nic śmiesznego. I tego Niemca fotografującego ich, który powiedział, w łamanym angielsko- polsko- niemieckim esperanto, że bardzo ładnie razem wyglądają i poprosił, by sfotografowali się z nim jego własnym aparatem.

Odwrócił szybko wzrok, ale trafił jeszcze gorzej. Na podłodze, obok tandetnych różowych kapci w kształcie królików, przykryte majtkami, których wcześniej szukał, ale nie odnalazł, leżał "Fight Club", który dał jej w prezencie jakiś czas temu, mówiąc, że chciałby, żeby zaczęła czytać prawdziwą literaturę. Obok książki leżał otwarty zeszyt, wypełniony notatkami, pisanymi ładnym, skrupulatnym pismem spostrzeżenia z lektury, przemyślenia i nieudolne próby interpretacji, wszystko pisane z wyraźnym wysiłkiem i olbrzymim samozaparciem.

Było jeszcze biurko, ale na nie nie patrzył już wcale, nie chciał widzieć notesików z telefonami, żółtych kartek z datami ich spotkań, randek i miłosnych uniesień przylepionych do komputera, ze skrupulatnie obliczonym kalendarzykiem, i bilansem wydatków uwzględniającym pierwsze opakowanie tabletek antykoncepcyjnych. Nie chciał widzieć swojego numeru w stojącym pod biurkiem śmietniku, wyrzuconym tam wtedy, kiedy już nauczyła się go na pamięć. Ani kalendarza wiszącego nad komputerem, gdzie czerwonym markerem zaznaczyła przyszły piatek - datę ich drugiej miesięcznicy. Nie patrzył więc na biurko, ale nie miało to już żadnego znaczenia, dostrzegł siebie w tym pokoju. Zobaczył jak, pomimo iż był tu pierwszy raz, wcześniej wkroczył tu i dokonał zmian, choć w zasadzie to nie zmiany, a jedynie zniszczenia. Zobaczył jej ojca, niemającego o niczym pojęcie człowieka, który bardzo pragnął ją uchronić przed kimś takim jak on. I jej matkę, wierzącą katoliczkę, uspokajającą męża i cieszącą się z pierwszej, szczeniackiej miłości swojej córki, stopującej ją w zapalczywych tyradach o tym jak wspaniale było w kinie, na mieście, jakich ma świetnych kumpli i, że już się całowała (bo, miał nadzieję, tylko o tym wspomniała). Zobaczył (choć wiedział to już wcześniej), że wtedy na imprezie u niego z nikim nie spała, nie całowała się nawet. Tylko z nim. Bo kiedy się upił przyszedł do toalety i niemal ją do tego zmusił, a później położył się koło niej na tym swoim tapczaniku i tam, półprzytomną, przeleciał. Tak po prostu. Nie pamiętał już nawet czy była dziewicą, czy nie.

Ubrał się szybko, w ciszy i wyślizgnął z tego pokoju, nie całując jej na pożegnanie. Zostawił jedynie żółtą karteczkę przypiętą do ich zdjęcia na tablicy korkowej, na której koślawo nagryzmolił "zadzwoń". Równie cicho wyślizgnął się z mieszkania. Zdążył tylko przechodząc koło kuchni kątem oka dostrzec siedzącego przy stole mężczyznę z twarzą w dłoniach, o którym wiedział, że nie spał, ale mimo to nie poruszył się gdy on zakładał buty, kurtkę i przekręcał zamek w drzwiach. A później wyślizgnął się na zewnątrz, na klatkę schodową, a stamtąd już przed blok, gdzie połknęły go opary zimnego świtu.

wtorek, 27 listopada 2007, taqwa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: